DAJĘ... NIEKONIECZNIE W SZYJĘ

 


Panie Prezesie i Pana Zwolenniczki!
Pozwolicie, że zacznę najpierw od kobiet. Wszak to one wedle dobrych manier mają pierwszeństwo.
Wiecie co Dziewczyny, wstyd mi za Was. I mówię to do każdej z Was tam siedzących i oklaskujących biednego rechoczącego człowieka. On Wam pluje twarz, a Wy udajecie, że deszcz pada i na dodatek pachnie. Na litość boską, Baby gdzie nasza solidarność??!!! Przecież w takich kwestiach jak macierzyństwo, ciąża czy kariera powinnyśmy się wspierać a mężczyzn słuchać tylko tych, którzy:
a) nie chcą nam zaszkodzić,
b) mają pojęcie, o czym mówią,
c) doświadczyli w życiu tego, o czym perorują.
Wasz Prezes pojęcia o związkach, małżeństwie, staraniu się o ciążę, samej ciąży, macierzyństwie i tacierzyństwie nie ma za cholerę, a Wy mu bijecie brawo podczas gdy on w głos się śmieje z Waszego durnego poddaństwa.
Przypomnę Wam Drogie Panie, że uprawnienie to mamy od dawna. Że kobieta ma prawo myśleć o swoim zdrowiu i życiu, decydować czy i z kim będzie uprawiać seks i czy będzie on prokreacyjny czy też (trzymajcie się mocno) rekreacyjny!
Kobieta jest świadoma swoich potrzeb, może być niezależna finansowo, ma prawo mieć pasje, karierę i życie takie, jakie chce i z kim chce.
I naprawdę nie pojmuję Waszego entuzjazmu. Jeszcze żebyście mdlały, bo Elvis przyjechał lub Beatelsi albo Czerwone Gitary to rozumiem. Jest co i kogo podziwiać. Ale tu? Człowiek Wam uwłacza, nabija się z Was, Waszych córek, sióstr, koleżanek, przyjaciółek, a Wy siedzicie biernie na tyłkach???
Hańba!
Hańba Wam i Panu także!
Tak się składa, że echa Pańskiej pożal się Boże przemowy nie milkną. I nie ma się co dziwić. Mamy świadome babki w naszym społeczeństwie, które nie pozwolą się obrażać.
Pan w żaden sposób nie ustosunkował się do swoich słów. No cóż. Można było się tego spodziewać. A pozwoli Pan, że przypomnę, że powiła Pana kobieta. Kobieta taka jak tysiące innych Polek. To tak gwoli ścisłości, gdyby Pan o tym zapomniał.
Widzi Pan zabieram tutaj głos, bo akurat jestem kobietą, matką, żoną, dobrą obywatelką. Wiem sporo o związku z mężczyzną, o trudnej ciąży, o chorobie w jej trakcie i myśli czy urodzę zdrowe niemowlę. Wiem co to strach o utrzymanie ciąży, szczęśliwe rozwiązanie i o samo dziecko. Wiem, co to łączenie macierzyństwa z pracą, chęć samorozwoju i bezwarunkowa miłość do córki. Wiem też co to walka o zdrowie, gdy rząd nie daje dotacji dla konkretnej grupy chorych. Niech chorzy se radzą sami.
Wie Pan, było ciężko, cholernie i jakoś nie czułam nigdy potrzeby dać se w szyję. Dawałam se za to w brzuch lub udo zastrzyki ratujące moje życie. Oj dawałam. A jaki odlot po nich był! Legalny! Pewnie lepszy niż u tych, co rzekomo przed dwudziestym piątym życia za kołnierz nie wylewają.
Ani ja ani bliskie mi kobiety ani te w moim otoczeniu nie dawały i nie dają se w szyję. Sięgam pamięcią daleko wstecz i nie przypominam sobie, by któraś z nich tak chlała, że zagrażałoby to jej zdolności do rozrodu.
Ale doskonale przypominam sobie moich kilka koleżanek z liceum, które mają niepełnosprawne dzieci.
Dwie kobiety w mojej rodzinie, które opiekują się dziećmi autystycznymi.
Znajomą, która nie może zajść w upragnioną ciążę, bo wytwarza jakieś przeciwciała, które sprawiają, że roni każde poczęte dziecko.
Sąsiadkę, która ma taką endometriozę, że chodzi w trakcie menstruacji zgięta w pół i nie może mieć dzieci.
Znajomą znajomej, która choruje na bezpłodność i jedynym ratunkiem dla niej jest in vitro. Jednak ona, dziewczyna pełna ciepła matką nigdy nie zostanie, bo na in vitro jej po prostu nie stać. Na adopcję zresztą też nie, bo nie ma odpowiednich warunków lokalowych. Całe czterdzieści metrów na kredyt, którego raty ostatnio tak dziwnie poszybowały w górę. Słyszał Pan o tym? Nie? No tak właśnie myślałam.
I wie Pan co, może Pana zaskoczę, takich kobiet jest caaałe mnóstwo i one w szyję se nie dawały i nie dają. Jedyne co, to jakoś dają sobie radę w tej popieprzonej rzeczywistości, gdzie znikąd pomocy ani wsparcia. Gdzie rząd zamiast wspomagać zabiera i obraża, zamiast przeprosić chowa głowę w piasek, zamiast mówić prawdę, manipuluje faktami.
A może w szyję se daje i nie wie, co się dzieje dookoła?
Przecież każdy mierzy swoją miarą prawda?
I wie Pan z tej złości to faktycznie chciałoby się wychylić kieliszek na skołatane nerwy, ale zapewne jak miliony innych odpowiedzialnych, rozsądnych Polek w tygodniu tego nie zrobię. Czy w weekend? Nie wiem, bo mam mnóstwo innych ciekawszych rzeczy do załatwienia aniżeli dać se w szyję.
Bo niech sobie Pan wyobrazi, ja chętnie sobie daję:
- luz,
- spokój,
- i wycisk!
To ostatnie polecam szczególnie. Jak się człowiek tak porządnie zmęczy to od razu zrobi się szczęśliwy. Życzę Panu tego, bo moim skromnym zdaniem szczęśliwy to Pan nie jest. A nieszczęśliwi ludzie chcą by inni też tacy byli. Całe szczęście (sic!), że Pan nas tylko wkurwia, a nie unieszczęśliwia!
Dodam jeszcze, że kobiety spełnione, które żyją jak chcą, u boku męża, partnera, partnerki, bez nikogo, z dzieckiem, ich całą gromadką czy bez, pracujące, robiące karierę, studiujące czy wychowujące swoje pociechy, dają z siebie wszystko, a w szyję dają jedynie w Pana wyobraźni z rzeczywistością niemającą na szczęście niczego wspólnego.
Łączę pozdrowienia
Poli Ann - kobieta współczesna, spełniona, wiedząca czego chce. Dumna z innych niedających se w szyję Polek, ale z Pana niekoniecznie.
Ps. Zdjęcie własne, z archiwum prywatnego. Pana zdrowie. Mam już dziecko i więcej niż dwadzieścia pięć wiosen, więc rozumiem, że mogę? Spokojnie, to było pytanie retoryczne. Ja decyduję i wiem, czy i kiedy dać se w szyję!

#DAWANIEWSZYJĘ

 


Szanowny Panie Prezesie!
Pan to nie da się kobietom nudzić. Naprawdę dba Pan o nasze ciśnienie lepiej niż poranna kawa z trzech łyżeczek, bez cukru i bez mleka.
Zastanawiam się cóż takiego strasznego Panu płeć piękna uczyniła, że jej Pan tak nienawidzi, tak nią gardzi i obraża?
Moim skromnym zdaniem Pan kobiet nie tylko nie znosi, ale także się ich boi. Jakże mało szacunku trzeba mieć do drugiego człowieka, by takie brednie opowiadać.
Doprawdy niesamowite!
Gwoli wyjaśnienia, kobieta to też człowiek, gdyby miał Pan jakieś wątpliwości.
Widzi Pan piszę dopiero teraz, bo w weekend pracowałam (w niedzielę także, olaboga!) i nie bardzo było kiedy naskrobać tych kilka słów. Jednak zrobił mi Pan weekend, nie ma co! Ciśnienie mi Pan żeś podniósł, za co w sumie powinnam być wdzięczna, bo jestem niskociśnieniowcem. Mogłabym też dać w sobie w szyję tylko tak się składa, że czynię to okazjonalnie. Poza tym mam więcej niż dwadzieścia pięć wiosen, więc statystyk Panu nie psuję. Tak więc byłam w pracy, dorabiając do mojej nauczycielskiej pensji i robiąc to, co naprawdę lubię i potrafię. Dałam radę!
Tak samo dałam radę dwanaście lat temu powić dziecko i wywalczyć leczenie, na które nie było dla mnie pieniędzy. Poddałam się terapii eksperymentalnej, jestem zdrowa i ku Pana zaskoczeniu nie daję sobie w szyję za często. Owszem zdarza się, mea culpa, czasem aperol sobie zapodać i o dziwo jestem, mimo to, dobrą matką, żoną i generalnie fajną kobietą bez względu na to, czy w szyję se dam czy nie.
Wie Pan co, nie bardzo mam na to czas i ostatnio pieniędzy nieco mniej, bo aperol spritz tanim trunkiem nie jest. Da Pan wiarę, że kupić prosecco poniżej trzech dych jest trudno? A aperola poniżej pięciu niemal niemożliwe? Ach burżujstwa mi się zachciewa prawda?
Ale do rzeczy.
Myślę sobie, co się Pan tak tych bab uwziął. I do rodzenia je zmusza? Czy kobiety w dwudziestym pierwszym wieku to maszynki do wydawania dzieci na świat? A pomyślał Pan jak je wspierać w tych wszystkich rolach, jakie przychodzi im wypełniać? Oj chyba nie!
Grunt by baba dzieci rodziła, za dużo nie gadała, posłuszna była, a i w szyję za dużo nie dawała. I szlus. Mission completed.
Tylko tu pojawia się problem. Wie Pan, mamy równouprawnienie. Babki są już bardziej kumate i świadome i tak się składa, że na porodówkę im ostatnio nie jest spieszno.
Niech mi Pan powie, czemu zmusza nas Pan do rozrodu w nieludzkich warunkach, patrzy na ilość a nie jakość, oczekuje poświęcenia totalnego, kładzenia własnego zdrowia i życia na szali w imię macierzyństwa, nie pyta o zdanie i potrzeby, nie akceptuje osób z inną orientacją seksualną? Wie Pan, że lesbijki też są matkami i to fantastycznymi i by nimi zostać na pewno nie dają se w szyję!
Matki dzieci niepełnosprawnych natomiast to są dopiero heroski, powinien być Pan z nich dumny. One se w szyje nie dają, choć w sumie powinny dla odreagowania, ale tak się składa, że nie mogą, bo są pielęgniarkami dla swoich dzieci 24/7 i w ciągłym biegu i strachu nie bardzo mają czas, by sobie dla kurażu chociaż jeden kieliszek wychylić.
Jak już sobie tak rozprawiamy, powiedz mi Pan, skoro już o dawaniu mowa, czemu nie wspomniał Pan o mężczyznach dających se w gardło? Przecież oni nasienie dają i takim to nasieniem kobiety zapładniają. I to już Panu nie przeszkadza i Pana nie martwi? A nie martwi Pana przemoc domowa gdy mężczyzna po tym ja da se w szyję to chce by mu żona dała, choć ona niekoniecznie ma ochotę i on przed, po lub w trakcie daje jej w twarz, po żebrach czy w brzuch? I to nie buziaka.
A nie martwi Pana depresja u młodych ludzi, samobójstwa i to że dzieciaki nie dają sobie rady z życiem?
A jak się zapatruje Pan na tych, co kobiecie swoje nasienie podarować chcą ale wbrew jej woli, w parku na ten przykład pod osłoną nocy? Śledzi Pan rejestr gwałcicieli?
Co im Pan powie? Żeby nie dali się złapać?
A co Pan powie pedofilom, świeckim i tym odzianym w sutanny także? Żeby dali sobie spokój czy na mszę dla spokoju ducha?
Naprawdę ciekawa jestem to i pytam. Wie Pan, kto pyta nie błądzi.
Zatem pełna nadziei czekam na rozwianie moich wątpliwości.
Z poważaniem
Poli Ann - kobieta, matka, żona, nauczycielka, blogerka, która to za często se w szyję nie daje, bo ciągle w niedoczasie ma w życiu co robić. Ot, kobieta jakich wiele!

DZIEŃ WIEDŹMY

 


Dzisiaj Dzień Wiedźmy!
No masz. Mogę w końcu świętować bezwstydnie i delektować się faktem, że z wiedźmami mi po drodze!
Wszak wiedźma to ta, co wie. A mnie życie już trochę przeczołgało więc i wiedzy mi przybyło. Trochę już doświadczyłam, widziałam, słyszałam, przeżyłam i oswoiłam demony, gdzieniegdzie wyluzowałam, włączyłam tryb "nie, bo nie i tłumaczyć się nie będę".
Wciąż się rozwijam, uczę asertywności, nie boję się mówić tego, co myślę. Mam świetną intuicję i inteligencję emocjonalną. Nabieram dystansu, gdzie nie mam ma coś wpływu, a gdy mam to walczę i używam czarów.
Na sabaty jeżdżę i owszem, i "knuję" z innymi wiedźmami. Miotła zawsze gotowa, zaklęcia już znam. Jest fajnie!
Pozdrawiam wszystkie Wiedźmy!
Jesteście tam?
Meldować mi się tu!

#DAJCIEŻYĆ

 


Drodzy Rządzący!
Wciąż zachodzę w głowę jak bardzo polityka wtrąca się w życie obywateli. I jako, że jestem płci żeńskiej to pozwólcie, że skupię się na kwestiach związanych z obywatelkami naszego wspaniałego kraju. O panach ściśle zaangażowanych nie zapomnę także, bo dzięki ich wsparciu "nie szłyśmy same".
Wciąż odnoszę nieodparte wrażenie, że kobiety w tym kraju są wiecznie na cenzurowanym. I dosłownie i w przenośni. Zagląda się nam pod spódnice, do łóżka ostatnio nawet do gardeł, ale nie w celach sprawdzenia czy aby infekcja się tam jakaś nie rozwija. Zagląda się nam do wnętrza, do macicy rzecz konkretniej ujmując. Rozlicza z płodów tam się znajdujących, kontroluje, nakazuje, zabrania grozi. Ale NIE POMAGA, NIE WSPIERA, NIE DOSTOSOWUJE RZECZYWISTOŚCI DO OBOWIĄZUJĄCYCH PRZEPISÓW!
Matki i ojcowie dzieci niepełnosprawnych alarmują, że wsparcie finansowe, jakie otrzymują na opiekę nad swoimi pociechami jest rażąco niskie. Błagam, serio 2119 złotych świadczenia pielęgnacyjnego i zakaz podjęcia jakiejkolwiek pracy zarobkowej???? Ja chyba śnię.
Cudownie jeśli taki rodzic ma wsparcie swojego męża/partnera czy swojej żony/partnerki. Wtedy jakoś, podkreślam (jakoś i naprawdę nie wiem jak) ciągną ten wózek. Umówmy się, leczenie, rehabilitacja, terapie są nieodzownym elementem życia osób niepełnosprawnych i kosztują bajońskie sumy. I jak napisała Pani Agnieszka Jóźwicka w swoim poście, który rozrywa serce na miliony kawałków, ma się te 2119 polskich złociszy i trzeba sobie radzić. Nie ma zmiłuj.
A ja tak bardzo chciałabym wiedzieć, skoro Pan Prezes i jego świta tak wspiera polskie rodziny to gdzie jest ta pomoc? Gdzie elastyczność rządu? Aktualizacja wsparcia? Serio to taka zbrodnia gdy matka czy ojciec niepełnosprawnego dziecka dorobi sobie coś do tej jałmużny, jaką pobierają od łaskawego rządu, który trwoni nasze pieniądze na lewo i prawo ZAMIAST REALNIE POMAGAĆ? No krew mnie zalewa! Po raz kolejny zresztą.
Drodzy Rządzący! Te matki dawać w szyję by se mogły w takich warunkach, ale jako że są odpowiedzialne, troskliwe po prostu dają sobie radę. Jak zwykle.
I wspaniale tylko czy na tym polegać życie w nowoczesnym kraju w XXI wieku?! Czy te heroski i herosi nie mają prawa do godziwego życia i zapewnienia swoim pociechom opieki i leków? No do cholery jasnej!!! Cywilizowane społeczeństwa rozumieją chyba czym jest empatia i wsparcie?
Czy ktoś z Państwa Rządzących z racji pełnionych funkcji społecznych poświęcił choć jeden dzień ze swojej doniosłej służby obywatelom, by zobaczyć z bliska jak wygląda rzeczywistość opiekunów osób niepełnosprawnych i samych ich podopiecznych? Czy ktoś zapoznał się z ich rachunkami, paragonami i potrzebami? No chyba nie! Na posadce polityka wygodnie, ciepło. Fotek się kilka pstryknie, wrzuci w internety i obywatele widzą, że taki polityk bardzo zapracowany i zatroskany o losy społeczeństwa, dzieci w szczególności. A za te 2119 niech się bujają ci, co pasożytują i łapę jeszcze po kasę wyciągają. Naprawdę nikt nie zadał sobie trudu, by zrozumieć położenie takich rodzin? Niejedna garsonka czy garnitur Rządzących kosztuje ze dwa koła, a tu za tyle przeżyć trzeba. Opiekunowie osób niepełnosprawnych to naprawdę guru marketingu. Jak dają radę to już wiedzą tylko oni. Mają pod górę z każdej strony, ale dzielnie się wspinają. Mają honor. Czy niektórzy Rządzący wiedzą co to jest? Te matki i ci ojcowie nie wyciągają ręki po gotowe. Nie oczekują utrzymywania. Oni tylko chcą uczciwie pracować, rozwijać się, ratować domowy budżet, który szczególnie przy takiej inflacji jest mocno nadszarpnięty i tego im się zabrania? Uczciwej pracy? Serio nie rozumiem. Absurd absurdem pogania, człowiek próbuje to jakoś pojąć, ale ni ch...nie da rady. I weź tu żyj, kiedy Rządzący nie dają żyć...
Wsz

STO CZTERY

 


Sto cztery lata mamy prawa wyborcze.
Ponad wiek w końcu prawnie jesteśmy, a przynajmniej powinnyśmy być traktowane na równi.
Jednak cały czas odnoszę nieodparte wrażenie, że jako kobieta w naszym kraju gram niezłą rolę!!! Serio. W super operze mydlanej, która się rozkręca i co chwila dorabiane są nowe odcinki.
Inne Polki też tam zostały obsadzone! Serio! Mówię Wam. Każda z Was, która ma już na tyle rozwiniętą macicę, żeby comiesięcznie krwawić. Matki przyszłe i obecne. No po prostu sztos.
Serial można by określić różnymi tytułami, ja proponuję „Klan”, „Bardzopolscy” albo „Na złe i na złe”.
Gramy tam w sumie same siebie, trochę jednak kukiełki, bo niczym u Orwella wielki brat (celowo z małej) chce kontrolować każdy nasz ruch, sam decydować, co wolno nam ubrać, czytać, jak się prowadzić, do kogo/czego się modlić, jak mamy myśleć (byle nie za dużo). A propos rozmnażania też chce mieć sporo do powiedzenia, nieważne jakim i czyim kosztem! Jako że uważa się za wielkiego może nawet okaże nam chwilę uwagi i łaskawie powie, że mamy cierpieć, bo to wpisuje się w naszą kobiecość. A my powinnyśmy wtedy otrzeć łzę i wziąć ten ciężar na swoje barki nie skarżąc się za bardzo. No bo jakżeby się sprzeciwić temu wielkiemu????
Posłusznie więc staniemy w równym rządku, odziane schludnie po kostki i szyję, oczy spuścimy (ależ okropne słowo, tfu!!!). Wróć! Oczy skierujemy w dół i będziemy czekać na naszą kolej.
Na nagrody?
Nie tym razem Dziewczyny Moje
Na numerek (znów obrzydliwe, tfu tfu, niegrzeczna ja!).
Wróć!
Na liczbę zatem, kiedy to nasze macice będą wpisywane w rejestr. Nieważne w jakim stanie, grunt, żeby były wypełnione (i to najlepiej „po bożemu” – z całym tu szacunkiem do Pana Boga). A jak Matka Natura zdecyduje inaczej to tłumacz się Dziewczyno, cóżeś Ty uczyniła niegodziwego. Stań przed wielkim bratem i jego podwładnym i przeżywaj te katusze i jeszcze raz, i jeszcze, żeby zapiekło do żywego, żeby serce krwawiło, bo jak to możliwe żeś pusta? A jak na dodatek się jaki medyk znalazł, który Twoje życie ratował to biada mu, oj biada!
Bo baba przecież wszystkiemu winna!
Bo gdzie diabeł nie może to babę pośle!
Tak, babę z piekła rodem!
Gdzie ja żyję, ja się pytam do cholery jasnej?
W państwie totalitarnym?
Na folwarku zwierzęcym?
Za żelazną kurtyną?
W średniowieczu, gdzie tylko nieliczni wiedzą, że zaćmienie księżyca to nie gniew Najwyższego, a prawa natury?
Gdzie kobieta nie ma żadnych praw, bo jest własnością ogółu i jako gorsza płeć nie jest w stanie decydować o sobie?
Mam się bać wyrażać własne zdanie?
Tańczyć jak marionetka, bo ktoś wie lepiej, jaki jest cel mojego życia?
Być jak dziecko i ślepo ufać temu, co mówi pan na wysokim krzesełku?
Zacisnąć zęby i cierpieć albo poświęcać życie?
A czy ktoś w tym kraju spisuje gwałcicieli?
Albo pedofilów, którzy piastując często wysokie urzędy, hasają sobie wolno?
Czy obok definicji cnót niewieścich pojawiły się też tych rycerskich, jak dbać o damę swego serca, nie kalać jej dobrego imienia, a swoich myśli wulgarnym pożądaniem i nieokiełznaną chucią?
Czy zajście w ciążę ma się wiązać ze strachem o siebie?
Czy ktoś heroskom, które zdecydują się urodzić chore dzieci ktoś pomoże, długofalowo przez kilkanaście lub kilkadziesiąt lat czy tylko spojrzy z politowaniem w myślach się ciesząc: „Jak dobrze, że to nieszczęście na mnie nie trafiło?” i zrzuci całą pomoc na Pana Owsiaka i rzeszę jemu podobnych, którzy cerują sprzętowe braki w polskich szpitalach, a przed którymi ja osobiście chylę czoła, że im się chce ruszyć doopę?
Obawiam się, że znam odpowiedź.
Ktoś tu musi bardzo nienawidzić kobiet. Z całych sił, aż się trzęsąc. I to nie tylko jest kilku facetów, którzy dorwali się do władzy. To też kobiety, z jedną na czele, która musi także nie znosić samej siebie, która żyje w jakimś matrixie nie mając pojęcia jak wiele twarzy ma macierzyństwo.
Ten ktoś musi bać się kobiet. Panicznie.
Atak bowiem i spętanie kajdanami jest tylko i wyłącznie rezultatem strachu i nienawiści.
Strachu tak wielkiego, że poza nim nic się nie liczy…
I nienawiści do siebie samego tak ogromnej, że na inne uczucia nie ma już miejsca…
Na szczęście Nam - Kobietom te sto cztery lata dały ogrom siły.
Damy radę.
Nawet tutaj. Przecież siła jest kobietą!
Poli Ann – kobieta, matka, żona, córka, ciotka, kuzynka, obywatelka, Europejka, Polka!
Poli Ann - CZŁOWIEK!
Zgadzasz się?
Podaj ten post dalej!!!
Obserwuj moją kobiecą stronę życia, gdzie poruszam różne tematy!
Warto!

DZIEŃ HERBATY

 


Dzień jak co dzień zaczynam od dawania se w szyję jak na prawdziwą Matkę Polkę przystało.
W robocie też popijam, a jak!
Generalnie cały dzień tak se sączę.
Kto mi zabroni?
Szczególnie dziś przy minus trzynastu stopniach pić trzeba. Ja wypiję zaraz, potem w drodze do pracy i w samej także. A jakże!
Dziś DZIEŃ HERBATY - mojego ulubionego napoju, bez którego nie istnieję. Piję ją latem nawet. Koniecznie czarna (wcale nie zielona ani nie czerwona, wiem, że zdrowe, ale smak jakiś taki...błotny?), z cytryną, miodem, a w okresie zimowym wszelkimi dodatkami - cynamony, goździki, imbiry, pomarańcze - wszystko co się da!
Sokiem malinowym w herbacie także nie pogardzę. Pychota!
W Gdańsku mam swoje kawiarnie, gdzie podają tak zwaną herbatę zimową. I się nią raczę albo daję se nią w szyję (to już jak kto woli).
Miłego dnia zatem!
Wasze zdrowie!
Idę pić
PS. Tu herbatka ze znanej cukierni pana P.

Do PANA PREZYDENTA

 


Drogi Panie Prezydencie,
Z małym opóźnieniem piszę, ale na pewno Pan zrozumie, że pod koniec semestru belfer zawalony jest robotą, toteż dziś żem dała radę wystukać tych kilka słów.
Dziękuję Panu za już drugie weto w kwestii Lex Czarnek. Jako szary nauczyciel, trybik w wielkiej maszynie, który zwie się polską szkołą, pozwalam sobie kierować do Pana właśnie te słowa wdzięczności. I nie ma w nich ani krzty ironii, żeby była jasność!
Naprawdę wspaniale, że Pan żeś tego NIE podPISał, jednak braw na stojąco Panu bić nie będę. Tak się składa, że w edukacji robię już kilkanaście lat. Robię - to najwłaściwsze słowo. Robię za nauczycielkę, psycholożkę, pedagożkę, mediatorkę, opiekunkę, organizatorkę wyjść i wycieczek, animatorkę, dekoratorkę, trenerkę itp. Uczę w sumie przy okazji, jak starczy czasu.
Ostatnie cztery lata są najtrudniejsze - strajk (olaboga! Jak śmiałam domagać się godziwej zapłaty za moją pracę?), pandemia (pożal się Boże nauka zdalna której nauczyciele tak naprawdę uczyli się sami, a w której rząd nas nie wsparł nawet ma centymetr), wybuch wojny w Ukrainie (belfrze radź sobie z nowymi uczniami w klasie, z ich traumami, nieznajomością języka i strachem), sHIT'y, za które polskiej inteligencji jest po prostu wstyd, no i oczywiście już dwa podejścia do ustanowienia Lex Czarnek.
To co się wyprawia w obecnych czasach w edukacji to jakaś farsa. Uczę i oczom nie wierzę jak się przerabia treści w podręcznikach by pasowały do panującej propagandy, jak się zaniedbuje dzieciaki milcząco wołające o pomoc z żyletką albo garścią tabletek w ręku, jak się trwoni kasę na Laboratoria Przyszłości podczas gdy w szkole brak papieru na ksero czy na ręczniki papierowe. Nieważne, że rodzice kupują ryzy papieru. Ważne, że szkoła ma drukarki i długopisy 3D, ale że jest coraz więcej dzieci z depresją i zaburzeniami wszelakimi, że coraz mniej psychologów i pedagogów i nauczycieli jest w ogóle, bo ludzi przestaje być stać na wolontariat z powołania, to już się przemilcza.
Widzi Pan Panie Prezydencie, jestem germanistką z wykształcenia. Mówi to Panu coś? Nie jestem pewna, gdyż Pana Małżonka coś mało mówi, zatem dopytuję. Mam nadzieję, iż mimo faktu posiadania nierozmownej żony wie Pan jak wygląda praca w szkole z perspektywy belfra. I przez tyle lat nic Pan nie zrobił poza dwoma niemachnięciami długopisem? Wybaczy Pan, ale to mało.
Serio nie widzi Pan tego, co się dzieje w polskiej edukacji? Nie chce Pan widzieć? Ja jako nauczyciel i rodzic jestem przerażona. Przepełnione szkoły, przeładowane plany lekcji, egzaminy, które tresują uczniów nie pozwalając im na kreatywność, brak miejscach w szkołach ponadpodstawowych, brak budżetu, by godziwie opłacić pracowników edukacji.
Pan i Pana ludzie mieliście tyle czasu, by naprawić błędy innych. Niestety Pana Minister pogłębia je tylko i sprawia, że idziemy po równi pochyłej. I proszę się nie dziwić, że nauczyciele tracą cierpliwość. Jesteśmy napędem społeczeństwa i zamiast wsparcia, szacunku, o godziwej pensji nie wspominając, nie dostajemy nic poza pogardą i krytyką?
Nie wierzę, że nie spotkał Pan ma swojej drodze choć jednego wspaniałego belfra!!! Wie Pan, nie ma ludzi idealnych, jednak są tacy, którzy do uczenia się po prostu nadają i robią to naprawdę dobrze. Dlaczego im się nie ufa, zakłada kajdany, nie pozwala mówić prawdy?
Nauczyciel ma nauczać, formować młodego człowieka, a nie produkować bezmyślne istoty zdające testy. Ma inspirować, ale trudno być inspiracją, gdy człowiek myśli o zmianie pracy, bo w okresie szalejącej inflacji nie zarabia już nawet na waciki. Jak nauczyciel ma być wzorem, skoro ciągle podjudza się społeczeństwo przeciw niemu?
Tych kwestii jest naprawdę ogrom, ale jako że jest piątek i nie chciałabym już Panu zabierać cennego czasu, zakończę moje rozważania tutaj, dziękując Panu za wczorajsze weto, kiwając głową z wdzięcznością, ale bez owacji na stojąco. W tym momencie w sumie mogłabym zagwizdać, ale że mam szacunek do Głowy Państwa i równowaga w przyrodzie musi być, zamilknę bacznie patrząc co dzieje się wokół, niestety bez nadziei na rychłe zmiany w obszarze edukacji.
A może jednak się mylę? Och, byłoby cudownie, móc powiedzieć, że zbyt ostro Pana oceniłam. No ale nie myli się ten, kto nic nie robi, nieprawdaż?
Z poważaniem
Poli Ann
Kobieta, obywatelka, filolożka, nauczycielka, matka, żona, blogerka

LIST DO MINISTRA EDUKACJI

 


Szanowny Panie Ministrze Edukacji i Nauki,
Wybaczy Pan, że w przeddzień sylwestra zawracam Panu głowę, ale coś tam Pan ostatnio powiedział i tak z nudów pomyślałam, że skrobnę kilka słów. W końcu belfer jestem, wolne mam to sobie czas zagospodaruję.
Tak się zastanawiam, czy te słowa o stu tysiącach nauczycieli do zwolnienia to Pan tak dla żartu powiedział czy chce Pan podgrzać atmosferę przed Sylwestrem, coby obywatele mieli o czym gadać jak Zenek będzie śpiewał w Zakopanem i żeby nauczyciele za pewnie się nie czuli w tych swoich strefach komfortu (jak to się uparcie społeczeństwu wmawia)?
Widzi Pan, tak się składa, że jestem nauczycielką z kilkunastoletnim stażem. Mam doświadczenie w pracy z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi. Uczę języków obcych, przygotowuję do matury, do egzaminów wszelkiej maści i sama też wciąż się dokształcam i rozwijam. Mam to szczęście, że jako dwuprzedmiotowiec mam w szkole etat, czasami bywa że i dwa, bo koledzy i koleżanki odchodzą ze szkoły albo do innej placówki (bo na przykład bliżej, a paliwo coraz droższe więc każdy grosz się liczy) albo żegnają się z edukacją i realizują w zupełnie innych dziedzinach.
Naprawdę wspaniali nauczyciele odchodzą nie dlatego, że się ich zwalnia, lecz nie chcą pracować za tak śmieszne pieniądze, nie będąc w dodatku respektowanym przez społeczeństwo. Mnóstwo z nich pracuje w firmach, korporacjach, zakłada swoje biznesy lub idzie nawet na kasę do supermarketu, gdyż przy takich stopach procentowych nie są w stanie spłacać kredytów ani utrzymać rodziny. Ci, co zostali trwają niczym załoga Titanica. Wielu kolegów po fachu łączy pracę w kilku szkołach, by uciułać etat. Jak oni to robią pracując w trzech, czterech placówkach to nie mam pojęcia. W ten sposób zmęczonymi nauczycielami łata się drastyczne braki kadrowe, a niżu demograficznego jakoś nie widać. Nie wspomnę już nawet o obecnych ósmoklasistach, którzy mówią, że nie ma sensu się uczyć, gdyż świetny wynik z egzaminu i piękne świadectwo nie gwarantują im dostania się do wymarzonej szkoły. Nie dość, że są zdublowane dwa roczniki to w ławkach zasiedli również uczniowie z Ukrainy, dla których miejsce w szkole ponadpodstawowej też musi się znaleźć. Toteż nasze dzieciaki często sfrustrowane rzeczywistością w najlepszym wypadku się nie uczą, a w najgorszym wpadają w szpony depresji, zaburzeń odżywiania lub też targają się na własne życie. Dodajmy do tego nauczycieli, podkreślę, że tych z prawdziwego zdarzenia, którym się naprawdę chciało (ale już niekoniecznie chce, bo ileż można znosić plucie w twarz i udawać, że to deszcz? Bo z czegoś rachunki płacić trzeba, bo praca nauczyciela to nie wolontariat).
Tak więc wracając do sedna sprawy, zastanawiam się intensywnie o jakich stu tysiącach nauczycieli Pan prawisz, skoro tylu jak nie więcej porzuciło mury szkolne, a kolejni do takiego ruchu dojrzewają? Jako nauczyciel wykładowca na uczelni wyższej widzę jak likwiduje się specjalizacje nauczycielskie na wielu kierunkach, bo coraz mniej studentów pragnie iść w stronę nauczania. Nauczycieli zatem nie przybywa, a ubywa. I choć matematyka nie jest moją mocną stroną, to dziwnym trafem widzę, że uczniów jest coraz więcej albo tyle samo, a belfrów brakuje. Wnioski zatem narzucają się same i są chyba dość klarowne?
Wybaczy Pan, że tak analizuję Pańskie słowa, ale dotyczą one bliskiej mi sfery więc chwilę jeszcze podrążę.
Bo przecież na pewno wypowiedział Pan te słowa z troski o tenże jakże ważny zawód nie chcąc straszyć społeczeństwa, nauczycieli w szczególności, nie chcąc ich skłócić ani podjudzać negatywnych emocji w stronę belfrów już od jakiegoś czasu skierowanych? Po co robić takie rzeczy pod koniec roku kiedy tyle innych problemów dookoła, nieprawdaż? Po co nadmuchiwać sprawy, których nie ma i przykrywać nimi ważne kwestie? Och, zapewne poniosła mnie wyobraźnia i nie takie miał Pan intencje. Po prostu stwierdził Pan fakty. Ojejku, nie wiem czy powinnam używać takich słów...Ujmę to zatem inaczej, chciał Pan uczciwie poinformować o stanie faktycznym (ups, I did it again!).
Spróbujmy więc trzeci raz - zamierzał Pan przekazać nam swoje prognozy co do zawodu nauczyciela z racji pełnionej przez Pana zaszczytnej funkcji i nie ma powodów ani do zmartwień, ani do obaw. Na pewno wszystko będzie dobrze, jakżeby inaczej!!!
I nie chcąc zabierać już Pańskiego cennego czasu, tego Panu, sobie i moim kolegom i koleżankom po fachu w przededniu sylwestra serdecznie życzę.
Z poważaniem
Poli Ann - kobieta, obywatelka, filolożka, nauczycielka, wykładowczyni, aktywna zawodowo matka i żona
Zdjęcie Michał Szczepankiewicz

PODSUMOWUJĄC 2022

 


Przez te ostatnich kilka dni, gdy już wróciłam do siebie po rewolucjach żołądkowych, rozmyślałam nad minionym rokiem.
Zaczęty jak zwykle pięknie świętowaniem urodzin mojej córki, przeraził nas początkowo wojną, która wybuchła w Ukrainie. Pamiętam, że byłam przerażona. Pamiętam pomoc organizowaną dla naszych sąsiadów, a jako belfer przerażone twarze nowych uczniów, którzy przeszli przez niewyobrażalny dla nas koszmar.
W pracy więc znowu trzeba było stawić czoła zupełnie nowej rzeczywistości, która tak naprawdę trwa do dziś...
Dzień 24. lutego tak pamiętny dla historii dla mnie osobiście był ciekawym dniem, gdyż byłam wówczas gościem programu pani Agnieszki Kuszeli pt. "Co czytają włocławianie?". Tego samego dnia popołudniu pognałam w mury mojego byłego liceum, by przeprowadzać warsztaty literackie z młodzieżą z mojego rodzinnego Włocławka.
Pod względem literackim zatem rok zaczął się dobrze. Blog rozkwitał, ja pracowałam nad wydaniem mojej drugiej powieści, która drukiem ukazała się 1. czerwca i zebrała bardzo dobre opinie. Na swoim koncie mam także spotkania ze Słuchaczami Uniwersytetu Trzeciego Wieku z Włocławka, teksty pisane dla portalu psychologicznego Oh!Me oraz współpracę z Centrum Herdera, dla którego mam zaszczyt recenzować książki niemieckojęzycznych autorów.
Jednocześnie policzyłam, że na moim Miętusie (dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że jest to mój rower holenderski w miętowym kolorze, który tak pieszczotliwie nazwał mój przyjaciel), który w tym roku idzie ma zasłużoną emeryturę (oczywiście bicykl,a nie kumpel!) przejechałam ponad 1500 km !!! Po moim kochanym Gdańsku!!!
W październiku po dwudziestu latach wróciłam do tańca. Tańczę różne formy street dance i dawno nie byłam tak szczęśliwa! Do domu wracam spocona, sponiewierana, ale spełniona.
Zawodowo wciąż się rozwijam, córka mi dojrzewa, Beza robi się coraz mądrzejsza, luby też;)
Myślę sobie, to nie był zły rok. Skończyłam go z dużym plusem, uśmiechnięta, zapracowana jak zwykle, z większym bagażem doświadczeń, ale wciąż taka sama. No, troszkę starsza. Jednak póki poznaję siebie w lustrze, mam swoje zęby i bez problemu mieszczę się w stare portki to chyba nie ma co narzekać. Jest dobrze i będzie dobrze. Musi!
A jak Wasze podsumowania?
Jestem ich szalenie ciekawa.

DZIEŃ DZIWAKA

 



Dziś ponoć Dzień Dziwaka i jako że każdy na swój sposób dziwny jest to bezczelnie uzurpuję sobie prawo do złożenia sobie życzeń i uśmiechnięcia się do siebie.
W sumie dla wielu bywam dziwna, bo dziwne było to, że już chrzcili mnie w szpitalu, podłączali do miliona rureczek, rodzicom kazali trumienkę wybierać, a ja dziwnym trafem, mimo złych rokowań, zaczęłam żyć!
Dziwnym byłam dzieckiem w latach osiemdziesiątych, co to chleba jeść nie mogło. Dziś tak znana dieta bezglutenowa była kiedyś wydziwianiem. A że jeszcze na dodatek byłam niejadkiem, to już w ogóle byłam dziwolągiem do kwadratu.
W podstawówce jako jedyna miałam za zębach stały aparat. Rodzice się wykosztowali, w stolicy mi lekarza znaleźli, a na mnie wszyscy patrzyli jak na kosmitkę, bo jakieś żelastwo w otworze gębowym miałam.
Dziwne tez były objawy mojej choroby, bo marudziłam, że mi niedobrze po pewnych produktach i że mam wzdęcia, a jako że byłam szczupła to uznano mnie za dziwaka czytaj: przewrażliwioną na swoim punkcie maniaczkę.
Dziwnie patrzyła na mnie moja przyjaciółka w liceum (wtedy jeszcze nie przyjaciółka), bowiem włosy mi się kręciły przy twarzy, a z tyłu były proste (obecnie też tak mam). I owa koleżanka uznała, że jakaś dziwna jestem skoro sobie loki kręcę z przodu, a z tyłu już nie:)
Najpierw dziwnie, a potem już jednak z podziwem patrzyli na mnie kumple z pracy gdy na miętowym holendrze z wiklinowym koszyczkiem dzień w dzień zasuwałam do pracy. Nakręciłam tysiące kilometrów. Deszcz nie deszcz, a ja na bicyklu. Dziwna prawda?
Podobnie było ze szpilkami, jakie nosiłam w pracy. Po cholerę ona się tak męczy? - myśleli, a ja stukałam sobie obcasikami bez względu na to czy to było dziwne czy nie.
Jestem aktywna fizycznie, co też wielu dziwi, bom szczupła bardzo. I choć mogłabym czipsy czekoladą popijać to jakoś mi nie na rękę taka dieta (ale samą czekoladę uwielbiam).
Generalnie w sumie mogę być dziwna w czyichś oczach - gadam sama do siebie, zapisałam się na jakieś tańce, lubię czytać słowniki, nie tknę owoców morza i tatara, choć nigdy tego nie jadłam. Nie pijam kawy, nie przepadam za bigosem, nie znoszę chodzić na ryby i grzyby, nie cierpię wódki, kocham język niemiecki i w generalnie filologiczne klimaty, jestem chuda, choć mam niedoczynność tarczycy i Hashimoto, i pracuję jako belfer. No dziwaczka do kwadratu, albo i potęgi entej.
No cóż, dlatego dziś sobie poświętuję, a innym dziwakom i dziwaczkom zdradzę, że w języku chorwackim "divna żena" oznacza wspaniałą kobietę i tego się będę trzymać!

LIST DO MADKI

 



Droga Mamo trójki dzieci, która na forach internetowych wypisujesz, że prawdziwy poród to tylko taki, który następuje siłami natury, a cięcie cesarskie nazywasz wydobycinami.
Ty tak serio? Czy dla żartu takie bzdury z nudów wypisujesz? Człowiek rano przegląda se internety, a mu ciśnienie podnoszą. Czytam i oczom nie wierzę. Dwudziesty pierwszy wiek, medycyna na wysokim poziomie, a tu kobiety zdawać by się mogło, otrzaskane, piszą na forach stwierdzenia takie, że włos się jeży na głowie
Szczerze mówiąc to zaklęć kilka rzuciłam, bo na spokojnie czytać się tego nie dało. Niesamowite, że baby to lubią sobie tak po mordzie dawać. Przypominam, że z jaskiń już dawno wyszłyśmy i że o chłopów walczyć nie trzeba. Dostajemy od życia i losu naprawdę ostro w kość i zamiast się wspierać to obrzucamy się błotem. Jestem ciekawa czy tej pożal się Boże mamuśce zrobiło się lepiej, skoro jako rodząca drogami rodnymi dowartościować się musiała podkreślając, że dokonała tego trzy razy. Nie powiem, namęczyła się kobita, ale zabiera stanowisko w kwestii, o której bladego pojęcia nie ma.
Rozumiem, że według takiego myślenia poród to musi być pot, krew i łzy, najlepiej dwadzieścia godzin, żeby rozerwało, bo tylko taka martyrologia stanowi o sile macierzyństwa? Jeszcze niech się hemoroidy zrobią. I rozstępy i cellulit, a cycki niech pasa sięgają. O tak, Matka Polka Męczennica.
A jak tylko którejś kobiecie pójdzie łatwiej to to nie poród, prawda? Serio w XXI wieku kobieta kobiecie wilkiem?
Lżej Ci się Madko zrobiło jak uraziłaś tysiące kobiet, dla których cięcie cesarskie było ratunkiem lub jedyną opcją? A nawet jak któraś sobie taką opcję załatwiła to co, żal Ci? Cesarskie cięcie to operacja, która niesie ze sobą mnóstwo powikłań, to nie zabawa.
Nie wiem czy ta dziewczyna ma córkę. Co jeśli ta córka będzie musiała urodzić przez cc? Też jej powie albo synowej (przy założeniu, że ma synów), że nigdy nie rodziła, bo jej dzieciaka z brzucha wydobyli? Wolne żarty!
Wedle światopoglądu takiej madki najlepiej się wykrwawić, nie myśleć o swoim życiu. Cierpienie musi być i to po równo. I poród tylko przez kanał rodny, najlepiej w bólu nieziemskim. Wtedy to jest to!
Witamy w średniowieczu!!!! Normalnie ręce opadają.
Ano moja droga Pani, nic nie jest w życiu po równo i niestety nie będzie. Po co sobie i innymi życie uprzykrzać? Nie lepiej powiedzieć:
"Dziewczyny świetnie dajecie radę. Nieważne jak rodzicie, ważne że jesteście matkami. Że dajecie sobie radę, że chcecie i walczycie o te często trudne ciąże?"
O ileż by była Pani szczęśliwsza, gdyby Pani zmieniła tok myślenia. Sądzę bowiem, że jest Pani cholernie samotna w tym macierzyństwie, umęczona i wkurwiona, że być może komuś jest/było łatwiej. Otóż pozory mylą to raz. Dwa, trzeba polecam cieszyć się szczęściem innych. Serio. Głowa spokojniejsza, zmarszczek mniej, żuchwa nie boli od tego złowrogiego ściskoszczęku. Świat jest piękniejszy, naprawdę.

Życzę mimo to miłego dnia.
Matka która urodziła przez cc, spełniona, szczęśliwa, mająca wspaniałą zdrową córkę.
Ps. Przy porodzie naturalnym najpewniej bym zmarła. Moja córka także.
Image by Pixabay

RÓŻNICE

  - Po co z nim jesteś? - pytają. - Ty taka śliczna. On, no przystojny niech będzie, ale Bradem to on nie jest. - kontynuują. - Po co z nim ...