NOC KUPAŁY

 


Gdy byłam dzieckiem uwielbiałam, gdy mama opowiadała mi rodzinną opowieść o prababci Katarzynie. W okresie letnim prosiłam mamę, by co wieczór opowiadała mi ją do snu.
Mama miała wielki dar mówienia. Powinna była być aktorką. Zupełnie nie wiem czemu pracowała w kadrach w wielkich miejskich zakładach. Ta praca dusiła jej talenty, o których wiedziałam tylko ja i moja siostra, którym to opowiadała niezliczone bajki, bawiła się w teatrzyki i szyła cudowne ubrania na bale przebierańców. Historię prababci Katarzyny pokochałam do tego stopnia, że chciałam być przebrana z rusałkę z wiankiem z żywych kwiatów na głowie. Skąd mama brała te kwiaty? Nie wiem. Chyba była czarodziejką. Co roku czekałam na letnią czerwcową noc, by przypomnieć sobie magię rodzinnej opowiastki, którą tak pięknie opowiadała mi moja mama, że wszystko byłam w stanie sobie wyobrazić jakbym tam była.
Prababcia siedziała przy oknie, a wieczorne światło miękko osiadało na jej srebrnych włosach. W dłoniach obracała stary, pożółkły wianek zasuszonych kwiatów, który od lat przechowywała w drewnianej szkatułce.
— Babciu Kasiu, opowiedz mam skąd masz ten wianek, nio opowiedz! — prosiła słodkim głosikiem mała Marysia.
Prababcia wcześniej zamyślona skinęła głową.
Dzieci natychmiast przysunęły się bliżej.
Kobieta uśmiechnęła się lekko, lecz w jej oczach pojawił się cień jakiegoś niezrozumiałego smutku, który Marysia pojąć miała dopiero za wiele lat.
— Byłam wtedy bardzo młoda. Mieszkałam ma wsi, magicznym miejscu pełnym łąk, pól i lasów. Byłam szestanoletnim dziewczęciem i wierzyłam, że świat jest pełen cudów. Co roku czekałyśmy we wsi na Noc Kupały. Każda z dziewcząt czekała tego jedynego.
Tamtego roku była taka ciepła i jasna od ognisk płonących nad rzeką. Dziewczęta plotły wianki, chłopcy śpiewali, a starzy ludzie opowiadali o kwiatach paproci i duchach, które tej nocy wędrują między ludźmi.
Pamiętam, że oddaliłam się od innych.
Nie wiem czemu. Po prostu poczułam, że muszę być sama.
Usiadłam nad wodą i zaczęłam splatać wianek z polnych kwiatów. Wtedy usłyszałam za sobą głos.
— Piękny wianek.
Odwróciłam się.
Stał tam młody mężczyzna.
Nigdy wcześniej go nie widziałam.
Nie pochodził z naszej wsi ani z żadnej okolicznej osady. Był ubrany prosto, lecz w jakiś sposób różnił się od wszystkich ludzi, których znałam.
Miał oczy tak jasne, że w blasku księżyca wydawały się niemal srebrne. Był piękny. Serce biło mi jak oszalałe.
— Jak miał na imię? — zapytała najmłodsza prawnuczka Marysia.
Prababcia zamyśliła się.
— Powiedział, że Jan. Lecz po tylu latach nie jestem pewna, czy było to jego prawdziwe imię.
Rozmawialiśmy długo. Nie pamiętam wszystkich słów. Pamiętam za to uczucie, jakbym znała go od zawsze. Jakbyśmy spotkali się już kiedyś, dawno temu, w miejscu, którego nie potrafię sobie przypomnieć. Kiedy puściłam wianek na wodę, nurt porwał go ku środkowi rzeki. Jan wszedł do wody i przyniósł mi go z powrotem. Gdy przypadkiem dotknął mojej dłoni, aż ciarki mnie przeszły. I ten jego wzrok.
Potem spacerowaliśmy wzdłuż brzegu. Sami. Jan miał w sobie jakiś spokój. Nie bałam się go, choć był przecież zapełnie obcy.
Noc była niezwykle cicha.
Nagle po drugiej stronie rzeki rozbłysło złote światło. Migotało między drzewami.
— Kwiat paproci? — szepnęłam.
Jan spojrzał w tamtą stronę.
Pamiętam, że jego twarz nagle spoważniała.
— Nie wszystko, co świeci w tę noc, jest przeznaczone dla ludzi — powiedział.
Były to najdziwniejsze słowa, jakie kiedykolwiek usłyszałam.
Prababcia zamilkła na chwilę.
— A potem? — zapytały dzieci niemal równocześnie.
— Potem usłyszałam śpiew dochodzący od ognisk. Odwróciłam głowę tylko na moment. Dosłownie na moment. A gdy spojrzałam z powrotem...Jana już nie było. Nie odszedł ścieżką. Nie wszedł między drzewa. Po prostu zniknął. Jakby rozpłynął się w nocnej mgle.
Przez wiele dni pytałam ludzi o nieznajomego młodzieńca. Obchodziłam okoliczne wsie. Nikt go nie znał. Nikt go nie widział. Nikt nawet nie słyszał, by ktoś taki przybył w tamte strony.
Dzieci siedziały w milczeniu.
— Nigdy więcej go nie spotkałaś? — zapytała Marysia, której z wrażenia zaróżowiły się policzki.
Prababcia pokręciła głową.
— Nigdy. Ale co roku, gdy nadchodzi Noc Kupały, wracam myślami do tamtego wieczoru.
Czasami śni mi się rzeka skąpana w księżycowym blasku. Widzę młodzieńca stojącego na drugim brzegu. Nie mówi ani słowa. Tylko patrzy.
A gdy próbuję do niego podejść, budzę się.
Staruszka wstała, wzięła jakąś książkę, otworzyła ją i spomiędzy jej stron ostrożnie wyjęła zasuszony kwiat.
— Wiecie, co jest najdziwniejsze?
Dzieci pokręciły głowami.
— Następnego ranka znalazłam ten kwiat w swoim wianku. Nigdy wcześniej go nie widziałam. Nie rósł na naszych łąkach ani w okolicznych lasach.Pokazywałam go zielarkom, sąsiadkom. Nikt nie potrafił powiedzieć, co to za roślina. Tylko szeptucha mieszkająca na skraju wsi tajemniczo się uśmiechała. Ale nie chciała mi nic opowiedzieć.
Prababcia zamknęła schowała kwiat i odłożyłaksiążkę. .
— Być może był zwykłym wędrowcem, którego los postawił na mojej drodze na jedną noc, a może był...- nie dokończyła zdania.
Spojrzała przez okno, za którym zapadał zmierzch i znów wyszeptała:
— A może nie wszystkie spotkania są przeznaczone po to, by trwać i je rozumieć. Niektóre przychodzą tylko na chwilę, pozostawiając po sobie wspomnienie, którego nie zabiera nawet czas.
I przez krótką chwilę dzieciom wydawało się, że w oczach prababci odbił się ten sam srebrzysty blask, który przed wielu laty zobaczyła nad rzeką w Noc Kupały, a bystra Marysia dostrzegła jedną mieniącą się łzę na twarzy prababci i gotowa była przysiąc, że przez moment zamiast ukochanej staruszki zobaczyła młodą dziewczynę z blaskiem w oczach i wiankiem na głowie...
Image by Chat GPT
Podoba Ci się to, co piszę?
Udostępnij ten post.
Polub moją stronę.
Skomentuj.
#nockupaly #przesilenieletnie #magiczneopowiesci #literaturakobieca #opowiadanie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

WYKŁAD PERFORMATYWNY

Mój pierwszy wykład performatywny! Gdzie moim zadaniem było czytać swoje osobiste teksty, dać im charakter, intonację. Krótko mówiąc - dać i...