Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog kobiecy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog kobiecy. Pokaż wszystkie posty

RODZIC +NAUCZYCIEL= ?

 

archiwum prywatne:)


Tak się zastanawiam, czytając chcąc lub nie chcąc (serio nie chcę, ale komentarze co i rusz walą po oczach), jacy to nauczyciele muszą być straszni. No masakra. 

I dalej ciągnąc mój wywód, zadaję sobie pytanie, kiedy w końcu zrozumiemy, że komuś jest na rękę, byśmy się sobie rzucali do gardeł, kłócili i patrzyli wilkiem. By nie było solidarności, bo takimi trudniej się rządzi. 

Ostatnio pisałam w poście, że kocham moją robotę. I zdania nie zmieniłam, jednak trudno ze stoickim spokojem czytać jadowite zdania, jakie wypluwa się na kadrę nauczycielską. 

Nie będę przekonywać, że jestem świetnie wykształcona, że dobrze wykonuję moją pracę, jestem wielozadaniowa i szybko się uczę. 

Że mam śmiałość mieć pasję i chcę mieć czas dla rodziny. 

I serio wolę uczyć tradycyjnie. Nie czuję wsparcia tych z wyższych stołków, którzy przez pół roku nie mieli czasu, by stworzyć platformę wspólną dla wszystkich polskich dzieci. Przecież teams i zoom dadzą radę. Owszem dadzą, ale nie po to płacimy podatki. 

Bardzo bym chciała być porządnie przeszkolona, mieć sprzęt i pragnę, by żaden dzieciak nie był wykluczony. No cóż, to tylko moje pragnienia. 

Wcale nie chcę uczyć zdalnie i proszę mi nie wmawiać, że tylko na to czekam, by sobie wygodnie siedzieć na tyłku i pić kawkę. Kawy nie znoszę i wolę kontakt bezpośredni z uczniem. Wtedy mam szansę do niego trafić, zdiagnozować jego potrzeby albo po prostu pogadać. Bo to także robię. Wiem, że Zuzia kocha tańczyć, Natalka gra na gitarze, Adrian odbiera siostrę z przedszkola, a u Patryka w ogródku rośnie lawenda, której mały bukiecik mi podarował kilka dni temu. 

Oni też wiedzą, że pani Ania jest fit, jeździ na rowerze, kocha szpilki i litrami pije herbatę w kubku termicznym. Niektórzy nawet czytają mojego bloga i podglądają mnie na insta. Dla nich jestem osobą, człowiekiem, a nie wrogiem, na którego wylewa się frustrację. 

Nie wmawiajcie mi, że nic nie robię pracując zdalnie. Ta robota jest o wiele bardziej czasochłonna. Samo uporządkowanie maili od uczniów zajmuje godziny, ostatnio w porywach do dwóch  podczas gdy szkole trwa to max 2 minuty. Do uczniów podchodzę w maseczce, choć dzieciaki się śmieją, no ale to ja jestem dorosła i winnam świecić przykładem. 

Sama mam dość tej covidowej rzeczywistości. Chciałabym rozdać nagrody za konkurs na uroczystym apelu, a nie latać po klasach i na odległość gratulować tym, którzy zasłużyli na aplauz. Akademie na forum szkoły przecież szalenie milo się wspomina, to takie małe sukcesy często są początkiem czegoś wielkiego. To w szkole stawia się pierwsze kroki i wciąż nie rozumiem tego hejtu zewsząd. Przecież ktoś Was kiedyś uczył, a tych najsurowszych wspomina się najlepiej i w dojrzałym wieku przyznaje im rację. 

Co więcej, choć to może dziwne, też jestem mamą. Na pewno nieidealną, ale kochającą swoje dziecko najmocniej na świecie. Tak samo mocno jak swoje kochasz Ty. I jeśli ono ma zdalne nauczanie to ja też jako rodzic jestem zaangażowana. I pewnie, że nie mam na to ochoty, ale co zrobić jeśli decyzja odgórna nakazuje nam tak pracować?

I nie chcę ciągle walczyć z rodzicami (osobiście naprawdę nie musiałam, ba, nawet mi napisano, że mam cytuję: "naprawdę fajne lekcje"). Chodzi mi tu o ogół. Rodzic kontra nauczyciel. Czy naprawdę musi "kontra"? Nie może być "z", "razem" lub choćby "w jednym kierunku"?

To nie chodzi o to, by się pluć na siebie i wyrywać flaki. Cel mamy przecież wspólny - dobro naszych/waszych dzieci. Nauczyciel stoi z innej strony, ale nie znaczy, że na przeciwnej barykadzie. Widzimy więcej, jesteśmy obiektywni i mamy obowiązek przeprowadzenia procesu dydaktycznego najlepiej jak umiemy. 

Uwierz mi, że będąc na kwarantannie, nie nudziłam się śmiertelnie, choć upierasz się,  że postanowiłam uprzykrzyć Ci życie  co i rusz zadając Twojemu dziecku jakieś zadania. Bezczelna ze mnie baba! Mało tego, miałam śmiałość Ciebie jeszcze w to angażować. Bezczelna do kwadratu!

Przecież nic nie robiłam i jak zacznie się zdalne (mnie ono jeszcze nie dotyczy) to nadal będę leżeć brzuchem do góry podczas gdy Ty wypruwasz sobie żyły.

Jestem nauczycielem...tak mnie widzisz prawda? A próbowałeś spojrzeć na mnie z innej strony?  Nie będę narzekać jaka to jestem biedna, ojojoj. Ten tekst to nie licytacja kto ma gorzej. Porzuciłam pracę w korpo, bo po prostu lubię uczyć. Co więcej, jestem w tym dobra. Nawet bardzo. Mam kilka sukcesów na swoim koncie i uczniów, na których życie wpłynęłam na tyle, że wybrali te same studia co ja i do dnia dzisiejszego wysyłają życzenia z okazji moich imienin.

Jestem nauczycielem, który kształtuje młodego człowieka, spędza z nim czas, uczy go, chcąc nie chcąc wychowuje. Jestem psychologiem, pedagogiem, mediatorem, wychowawcą, opiekunem, pielęgniarką w jednym. Dlaczego nie mogę cieszyć się Twoim szacunkiem i dostawać za moją pracę godziwej zapłaty?

Jestem nauczycielem i owszem mam wakacje, ale kiedy Ty myślisz, że w czerwcowy piątek wychodzę z pracy na osiem tygodni to się grubo mylisz. Pracuję nad dokumentacją, siedzę na radach lub w komisjach rekrutacyjnych. Jestem pod telefonem, a w sierpniu przygotowuję egzaminy poprawkowe, jestem członkiem komisji maturalnych, przygotowuję salę, tworzę kolejne dokumenty i szkolę się, by jak najlepiej opiekować się Twoim dzieckiem.

Jestem nauczycielem, który czasem, jeśli plan pozwoli, szybciej kończy lekcje. Wtedy mogę przygotować kolejne materiały, sprawdzić zeszyty, wypracowania, ćwiczenia, testy, kartkówki, opracować tematy na lekcję wychowawczą i sporządzić obowiązkową dokumentację. Szybsze wychodzenie z pracy odrabiam na radach i wywiadówkach, siedząc w szkole do późnego wieczora.

Jestem nauczycielem, który uczy kilkadziesiąt dzieci. Może i ponad setkę. Pamiętam ich imiona, charakter pisma, znam ich problemy o których Ty jako rodzic czasem nie masz pojęcia. I nie mam zwyczaju na nikogo się uwziąć. Zastanów się dlaczego Twoje dziecko tak mówi? Może się boi Twojej reakcji albo broni, bo po prostu czegoś nie rozumie? Może podczas lekcji rozrabiało i wstyd mu się do tego przyznać? A może Tobie tak najłatwiej rozwiązać problem zrzucając odpowiedzialność na mnie? Mam pod swoimi skrzydłami całą klasę, około trzydziestu wspaniałych dzieciaków, których muszę czegoś nauczyć, podczas gdy one rozmawiają, są zadumane, może głodne lub zmęczone. Albo zmartwione, bo właśnie bierzecie rozwód.

Jestem nauczycielem, który tak samo jak i Ty ma prawo być wściekły i nie chcieć edukacji online. Ma rodzinę i swoje problemy. Nikt nie zapytał to, czy ma odpowiedni sprzęt, dostęp do Internetu i kwalifikacje do prowadzenia zdalnych zajęć. Szczerze mówiąc to cały czas się szkolę w tym temacie. Nie dlatego, że "nie ogarniam". Po prostu chcę być przygotowana na ewentualność zdalnego nauczania. 

Pracuję więc sporo. Więcej niż dotychczas. Może jak i Ty. Bo tak w ogóle to jesteśmy podobni wiesz? Jako rodzice, opiekunowie, czynni zawodowo. Mamy te same lęki, obawy, gusta i być może poczucie humoru. 

Jestem nauczycielem, mamą, żoną, córką, ciocią, przyjaciółką, sąsiadką, znajomą. 

Mam życie osobiste podobnie jak Ty. Uczę, bo to moja praca. Takie mam obowiązki. Jako rodzic też pracuję ze swoim dzieckiem. I widzę ile rzeczy musiałam robić z nim sama, a czym do tej pory zajmowała się szkoła, wyręczając nas - rodziców w wielu aspektach. To szkoła zapewniała edukację, zabawę, rozrywkę, wspomaganie i terapię. I opiekę często od świtu do późnego popołudnia. Wiem, że czujesz się sfrustrowany. Może nawet już sobie nie radzisz w tej nowej rzeczywistości. Pamiętaj nauczyciel to też człowiek, często rodzic i doskonale wie, z czym zmagasz się każdego dnia. Nie jestem workiem treningowym, w który możesz walić bez opamiętania tylko po to, by sobie ulżyć. Zanim więc wystosujesz do mnie maila pełnego złości strasząc dyrekcją, kuratorium czy ministrem edukacji lub na forum znów wyplujesz jad, weź głęboki oddech, odłóż rękawice i przeczytaj ten tekst, a potem spójrz na swoje dziecko. Oboje chcemy jego dobra, Ty je kochasz, ja je uczę. 

Mamy iść ramię w ramię. Łatwo nie będzie. Nikt tego nie obiecywał. Ja jestem gotowa, a Ty?

Podoba Ci się mój post?

Podaj go dalej.

Może komuś otworzy on oczy.

Polub mój blog ⬇️

https://www.facebook.com/PoliAnnBlog/

Warto 👍

PORTRET MÓJ...BELFERKA

Image by Marta Borkowska

 Jak mam na imię, nie muszę pisać.  Zresztą, czy to ważne? Jestem nauczycielem. Od czternastu lat. Cholera jak szybko to minęło. 

Uważam się za stosunkowo młodą belferkę, ale na tyle doświadczoną, by wiedzieć co umiem i znać swoją wartość. 

Na początku września staram się nie czytać for internetowych na temat nauczycieli, jak to nam dobrze po dwumiesięcznych wakacjach i po zdalnym nauczaniu. To chyba najbardziej boli, bo akurat w trakcie kwarantanny pracowałam najwięcej w życiu. I wiem, że nie było to nauczanie doskonałe, nie mniej jednak, nie pozwolę sobie wmówić, że jestem pasożytem na łonie społeczeństwa. 

Co więcej, etat mój wynosi tylko osiemnaście godzin, więc to zawód dla leniuchów, nieuków i nieudaczników życiowych. I tyyyyyyle wolnego! Wśród nowych znajomych nawet mówię, kim jestem z zawodu, bo dość mam słuchania tego wszystkiego. Nasze społeczeństwo, nomen omen złożone głównie z malkontentów, niczego nie docenia i nie widzi dobrego. Widzi tylko to, co złe.

Tak, ta praca ma sporo zalet. Faktycznie nie martwię się o wakacje i o ferie zimowe. To dla rodzica komfort, choć w ciągu tygodnia często bywało, że moje dziecko ze świetlicy odbierałam jako ostatnie, bo rada, szkolenie czy zebrania. Obecnie zaś nasze plany kompletnie się rozmijają. Ja zaczynam, moja latorośl kończy. Ot, taki żywot. 

Zawsze wszystkim zazdrośnikom powtarzam, że każdy ma wybór. Zamiast marudzić można skończyć studia i zostać nauczycielem. Żaden problem. Tylko za te pieniądze raczej się nie chce.

Ja nauczycielem zostałam, bo miłością do języka obcego zaraziła mnie moja pani profesor z liceum. Tak to właśnie jest, że to nauczyciel może mieć moc sprawczą i tak zaczarować ucznia,  że ten będzie chciał iść w jego ślady. Takich cudnych mentorek miałam kilka. Akurat się składa, że były to same kobiety. Polonistka w podstawówce, potem kolejna w ukochanym liceum, a do tego germanistka  i anglistka. To dzięki nim zostałam filologiem. Potrójnym. 

Jestem zatem wykształconym człowiekiem. Z pasją, zainteresowaniami, wiedzą, którą cały czas poszerzam. Wielu mówi, że w szkole się marnuję. Czyżby? Czyżby przekazywanie wiedzy to było marnowanie????

Kształtowanie młodych ludzi, rozmowy z nimi, polemiki, zabawy z dziećmi to nadal marnowanie????

Warto się zastanowić nad takim pochopnym osądem.

Ja tak nie uważam. Przecież to o to chodzi, by nasze dzieci uczył ktoś kompetentny. Ktoś, kto chce i to kocha. Ja wybrałam ten zawód świadomie. Pracowałam w korporacji i odeszłam z tego toksycznego miejsca.

Praca w szkole do najłatwiejszych nie należy. Eksploatuje psychicznie i fizycznie. To praca w domu, bo w szkole realizuję to, co w domu właśnie zaplanowałam, sprawdziłam, przygotowałam. To praca z drugim człowiekiem, trudna, niewdzięczna, dopiero po latach przynosząca satysfakcję, gdy swoich podopiecznych spotka się na ulicy i gdy dziękują za cierpliwość, i uśmiech. To praca nie tylko przy biurku. To rozmowy, wyjazdy, wymiany, konkursy, wycieczki, za które nie dostaje się pieniędzy. To praca na okrągło. Nauczycielem jestem cały rok, w szkole, domu, supermarkecie, na siłowni czy w pubie. Bo ludzie mnie rozpoznają i komentują. Jestem poniekąd osobą publiczną.

Mam wymiany zagraniczne na swoim koncie. I wysokie lokaty moich uczniów w olimpiadach językowych. Do tego co roku mniejsze lub większe sukcesy w różnorakich konkursach. 

Odpowiedzialność ogromna (za zdrowie, bezpieczeństwo, przygotowanie do egzaminów państwowych), pracy mnóstwo, szczególnie tej papierkowej, zmęczenie fizyczne i poświęcenie czasu prywatnego. Z przełożonymi też bywało różnie, gdy za moje działania nagrodę dostawał ktoś inny.

Bo tak moi Państwo nagrody dostajemy, np. 1600 zł brutto raz do roku. Na Dzień Nauczyciela iluś wybranych dostępuje zaszczytu uściśnięcia dłoni dyrekcji. I proszę mi wierzyć, niektórym tak zależy, że zrobią sporo, niekoniecznie fair, by w tym gronie się znaleźć. Gdy wśród znajomych mówię o takiej premii, śmieją się tylko. Jak wspominam o dodatku motywacyjnym salwa śmiechu nie ma końca. Tak to wygląda od kuchni.

Czasami sobie myślę, że jestem chyba szalona, że bycie nauczycielem to fatalne zauroczenie, ale wiem, że jestem tam, gdzie chcę. Narzekać mogę dużo i długo, bo dzieci niewdzięczne, rodzice z pretensjami. I płacą mało. Przecież mogę zmienić pracę. Nie jestem tu za karę.

Póki co moje zauroczenie trwa, choć przyznam, że ostatnie lata są chyba najtrudniejsze w całej mojej belferskiej karierze. Takiego jadu i hejtu się nie spodziewałam, może niekoniecznie pod moim adresem, ale wobec nauczycieli w ogóle. Bycie workiem treningowym jest szalenie niekomfortowe, a brak wsparcia znikąd frustruje. Stąd nie ma się czemu dziwić, że parafrazowane są słowa" "Spieszmy się kochać nauczycieli, tak szybko odchodzą...do innej pracy".

Ja jednak wiem, że uwielbiam uczyć. Nadal. Jestem w tym dobra. Umiem to robić. Cieszy mnie cały proces nauczania. To bezcenne widzieć i słyszeć jak uczniowie najpierw niezgrabnie tworzą zdania, dobierają wyrazy, popełniają błędy. Jak z czasem radzą sobie coraz lepiej, śpiewają piosenki, mówią wierszyki, rozwiązują coraz to trudniejsze testy. Jak zdają do liceum, piszą maturę i dostają się na studia. Często językowe, bo miłością do języka ich po prostu zaraziłam. Hmm, w obecnych czasach chyba nie powinnam używać tego słowa 😉

Mam wiele sukcesów na swoim koncie, porażek pewnie jeszcze więcej. Jestem pokorna. Wciąż się uczę. 

Powiem zatem tak - MAM ODWAGĘ BYĆ NAUCZYCIELEM, bo zawsze trafi się uczeń, dla którego warto, bo za kilka lat docenią, bo się rozwijam, nie stoję w miejscu, bo wiem jak rozmawiać z moim dzieckiem, bo mam wpływ na młodego człowieka i z tego, co widzę, to bardzo pozytywny.

Bywa trudno. Jest pot i łzy. Ale co to za problem dla stukniętego belfra? Nie jedynego przecież. Takich wariatów jest przecież wielu. Każdy z nas był w szkole i jestem pewna, że miał swojego ulubionego mentora. To jego/ją warto zachować w pamięci i docenić, skoro ktoś jest tak szalony, by odważyć się uczyć!

Życzę sobie i moich kolegom po fachu oczywiście końskiego zdrowia, stalowych nerwów, stoickiego spokoju, ciekawości Sherlocka, ale i, by to fatalne zauroczenie jak najdłużej (bez niego przecież w szkole nie da się wytrzymać).

Podoba Ci się mój tekst?

Podaj mój blog dalej. 🙏

Wiem, że warto😊

PORTRET STOJĄCEJ W DESZCZU

 

Image on Pixabay



Wczoraj po raz kolejny w życiu rozdziawiłam gębę ze zdziwienia, a tak często powtarzam:"Mnie to już nic nie zdziwi!". Masz ci los.

Pisząc bloga nasłucham się, napatrzę, oczytam i serio myślę sobie, że ja już wszystko wiem. Tu zdrada, tam choroba,  szczęście, porażka, przemoc i noszenie na rękach. Każdy temat już chyba opisałam. Ano nie każdy. Życie jak to życie bardzo sprytnie zbija mnie pantałyku, w chwili gdy się najmniej tego spodziewam:))) Mam za swoje. 

Dzień Nauczyciela, poprawnie zwany Dniem Komisji Edukacji Narodowej, przywitał mieszkańców Pomorza gwałtownym wiatrem i silnym deszczem. Alerty zewsząd, że aura wielce nieprzychylna.

Ja, jak wielu czynnych zawodowo, zmokłam niemiłosiernie podczas drogi do auta (naprawdę lało) i mokra dotarłam do mojej placówki (podczas tego sprintu do samochodu w ciągu kilkudziesięciu).

Dzień był owszem luźniejszy, atmosfera szalenie miła, bo się człowiek trochę słodkich słówek nasłuchał i w piórka obrósł. Nawet czekoladki żem dostała i kwiatki śliczne, które cudem z powrotem wracając do auta doniosłam. W strugach deszczu, czując jak mi moja biała strzała na wietrze tańczy wybrałam się z moją latoroślą do ortodonty. Nie żebym czasu miała za dużo i szukała sobie "zapchajdziury". Termin ustalony był pół roku temu, więc dzielnie się do szanownej pani doktor wybrałyśmy. 

I na samym dzień dobry szczękę zbierałam już z podłoża. Czerwonego dywanu mi nie rozłożono (jakoś to przeżyłam), fanfar nie było, ale zatrzaśnięcie drzwi przed nosem i owszem. Pani doktor nie pozwoliła mi jako rodzicowi wejść do środka. Dodam uprzejmie, że drzwi szklane to widziałam, że w korytarzu było pusto. Żywej duszy, więc o braku zachowania dystansu mowy być nie mogło. Doniosę jeszcze bardziej uprzejmie, że w Gdańsku wiało, wręcz piździło niemiłosiernie, sztorm na dychę, drzewa się łamały, wypadki na ulicach, doniczki latają niczym spodki kosmiczne, a mi pani doktor uzbrojona w skafander, maseczkę, przyłbicę i rękawiczki mówi, że wejść nie mogę, bo zagrożenie. 

Ja jej mówię: "Pani droga ja w szkole pracuję, dzieci też mam do sali nie wpuścić? Z okna nauczać? A w Dzień Nauczyciela prosić, by laurki i czekoladki mi pod drzwiami zostawiały?".

Coś na ten przykład:

No Piotruś, połóż mi tę czekoladę o tam, cztery metry stąd. Tylko zdezynfekuj.

Kasiu, różyczkę na lewo daj, sześć metrów ode mnie. I nie chuchaj na nią!

I dzieci, nie patrzcie w moją stronę! Najlepiej to sobie idźcie, tak tak, z sali precz, biegusiem, ja wam zza drzwi wszystko wyjaśnię. 

Ludzie najmilsi! Ja rozumiem, koronawirus, ale jak kto się boi, to nie pracuje. 

Ale ta kobita uzbrojona była po zęby. Na miejscu wirusa sama bym uciekła. To tak jakby żołnierz w pełnym umundurowaniu jednak na wojnę nie poszedł, bo a nuż jakiś cywil mu krzywdę zrobi. 

I żeby nie było, że na służbę zdrowia tylko narzekam, bo zaledwie kilka miesięcy temu byłam w szpitalu, ręce wkładano mi w różne otwory ciała i jakoś nikt jak trędowatej nie traktował. Zagrożeniem nie byłam, choć  umówmy się, ryzyko zarażenia mnie lub lekarza czy pielęgniarki było o wiele większe. 

Na oddziale owszem wszyscy w maseczkach, do zabiegowego też takową przywdziewałam. Nawet na operację mnie nagusieńką, ale w maseczce wieźli. Zadać szyku można było, a co!

Zdrowy rozsądek widzę jest w cenie. Innej opcji póki co w obecnej rzeczywistości nie widzę. Nie dajmy się zwariować. 

Absurd moi Drodzy. Absurd absurdem pogania. A ja chyba zaraz Oskara dostanę za moje role pierwszoplanowe w filmach rodem z Barei. I do tap madl jeszcze mnie wezmą za sesję na wietrze, w ulewie, z rozwianym włosem. I wku...em na twarzy! Ołsom! 

I nie żebym się za męczennicę pierwszej klasy uważała, ale skoro jest tak źle to ja w szkole też powinnam zasuwać w odzieniu kosmonauty z NASA, dzieci uczyć przez dziurkę od klucza (przez okno to jednak za duże ryzyko), klasówek nie robić, bo a nuż wirus przeżyje i się zarażę. Nie wspomnę już o tym, że po szkolnym korytarzu to fruwać powinnam, ażeby dystans zachować. Pytanie czy ja i inni w oświacie pracujący to bohaterowie, idioci czy mięso armatnie? Aż się boję poznać odpowiedź. 

No więc, tyle to zdążyłam sobie pomyśleć stojąc pod budynkiem gabinetu moknąc i mając szczęście, że żadna gałąź mnie nie zdzieliła. Gdyby jednak to ciekawe czy szycie musiałabym robić sobie sama😉

I oto moi Drodzy tak mi minął ten Dzień Nauczyciela. Pełen niespodzianek. Przynajmniej inspirację znalazłam po tym jak już szczękę pozbierałam z mokrego chodnika. No cóż, nawet w temacie było, przecież pod gabinetem ortodontycznym z tą rozdziawioną gębą, stałam. 

Podoba Ci się mój blog? Udostępnij mnie dalej 🙏

Polub moją stronę ⬇️

https://www.facebook.com/PoliAnnBlog/

Wiem, że warto 👍

NIEBAJECZNA BAJKA

 

Image on Pixabay


Z nim przeżyła kosmos. Odleciała. On zresztą też. 

Zwiedzali sobie obce galaktyki  

Było tak pięknie, że aż nierealnie. 

Bajecznie. Księżniczka i żebrak. Książę i praczka. Różnie można byłoby ich nazwać. 

Życie rozłożyło przed nimi wachlarz pełen barw.

Spotkały się dwa światy, które nawet nie powinny dotknąć.

A one się przeniknęły. Wszystko zniknęło. Rozsądek, opamiętanie, twarde stąpanie po ziemi. No bo jak to? Oni chyba zwariowali. Tak różni ludzie nie mogą być przecież razem. A oni byli. Wbrew, na przekór, przeciwko. 

On wystarczał jej. Jego przytulenie, spojrzenie i ton, w jakim wypowiadał jej imię. 

Ona wystarczyła jemu. Jej śmiech, dotyk i oczy ponoć ładne. 

Słońce, deszcz, chłód, ciepło. Jego ramię, jej głowa w nie wtulona.

Ich usta połączone, wtulenie, przyspieszony oddech, żar w oczach. 

Mieli siebie. Tylko. I cały świat przeciwko zakazanej miłości. Bo kto by zrozumiał różnicę wieku, wyznań. Inne zobowiązania i przyrzeczenia. 

Mimo to chciało im się tańczyć ze szczęścia i budzić się każdego dnia. 

Widzieć się, dotykać, czuć. 

Rozmawiać ze sobą, płakać, wzruszać się, kłócić, kochać. 

Świat zareagował. Ich kosmos się skończył. Nie był bezkresny. Życie wcisnęło czerwony guzik. Wszystko zniknęło. Nie mieli szans w zderzeniu z bezwzględną rzeczywistością. A może sami zawalili sprawę? Nie zadbali o to uczucie, stchórzyli, poszli na łatwiznę?

A może nigdy tego nie było?

Może tylko wymyślili taki kosmos i naiwnie uwierzyli, że on istnieje?

Siebie może też wymyślili,  kochając jedynie postaci z bajki?

Może stworzyli ułudne poczucie, że można mieć wspólny wszechświat kompletnie nie pasując do siebie?

Dziś oboje stoją twardo na ziemi. Wokół konkretna namacalna rzeczywistość. Żyją obowiązkami, zgodnie z danymi wcześniej życiu przyrzeczeniami.

On się realizuje. Czasem niespiesznie o niej pomyślawszy. Ona trzeźwa do bólu niekiedy patrzy w chmury przypominając sobie ich bajkę, dzięki której poleciała w kosmos. Dziś już sama nie wie, czy to wydarzyło się naprawdę. On chyba też nie. Nie mieli szansy, a może zabrakło im odwagi, by pozostać w tym kosmosie? Morałów z tej historii można by wyciągnąć sporo. 

A Ty jaki morał widzisz z tej bajecznej bajki, która nie skończyła się bajecznie? 

Podoba Ci się mój tekst?

Udostępnij go dalej. 

Polub moją stronę:

https://www.facebook.com/PoliAnnBlog/

Wiem, że warto 😊

PORTRET KOBIETY (ZA)KOCHANEJ

Obraz StockSnap z Pixabay 


Martyna tydzień przed obroną pracy magisterskiej zerwała ze swoim chłopakiem. Byli ze sobą od liceum, znali się jak łyse konie, wszyscy już dawno czekali tylko na ich ślub. Martyna czuła jednak podskórnie, że nie chce być z Łukaszem do końca życia. Niby wszystko grało, rodziny zapoznane, szerokie kręgi wspólnych przyjaciół. Parę razy jednak Łukasz zachował się na tyle dziwnie, że uznała, iż to nie ten jedyny.  Najbardziej zabolało, gdy w święta zostawił ją samą na stancji. Dopadła ją grypa, okrutna i rozłożyła ją na łopatki dokumentnie. Martyna uznała, że w takim stanie nie pojedzie do rodziców. Czuła się fatalnie i nie chciała nikogo zarazić podczas bieganiny po rodzinie swojej, i Łukasza.  Przy czterdziestu stopniach gorączki nie myśli się o karpiu, pierogach z grzybami ani eleganckiej kiecce.
Łukasz pojechał. Na kilka dni. Dokumentował spotkania rodzinne na fejsie, zbierał lajki. Martynę to zabolało. Co z tego, że zadzwonił i kupił jej ładny prezent. Była sama i już nie chodziło o święta, ale o fakt, że nigdy nie była tak chora. Wstanie do łazienki było nie lada wysiłkiem. Praktycznie nic nie jadła, trochę piła o ile miała siłę wstać. Wtedy coś w niej pękło. Zaczęła widzieć w Łukaszu wady, które wcześniej bagatelizowała. Zaczęło dochodzić między nimi do spięć, cichych dni, trzaskania drzwiami i rzucania mięsem. Nie tym z lodówki. A gdy tydzień przed obroną zrobił ma stancji ostrą balangę, choć prosiła, by przełożył to o kilka dni, bo naprawdę ma mnóstwo roboty i potrzebuje spokoju, po prostu ją zlekceważył. Wtedy, będąc po godzinach przemyśleń, spakowała się szybko i wylądowała u koleżanki. Łukasz znów uznał to za foch, okres, ewentualnie stres i był święcie przekonany, że Martyna wróci. Nie wróciła. Nie odbierała telefonów, nie opisywała na wiadomości. Na obronę poszła sama nie prosząc go już o wsparcie. O tym, że się obroniła, też już go nie poinformowała. Uznała, że nie chce faceta, który nie stoi obok niej, nie pomaga, nie słucha, nie pójdzie nawet na kompromis. Z Agatą świetnie się dogadywała i ku uciesze tamtej postanowiła dołożyć się do wynajmu mieszkania, i w nim pozostać. Wtedy to Łukasz pokazał na co go stać. Wśród znajomych i rodziny zaczął ją oczerniać. Zmienił wersję wydarzeń twierdząc, że to on z nią zerwał i wygonił ze stancji. Takie zachowanie tylko ją utwierdziło w przekonaniu, że dobrze zrobiła odchodząc. Plotek nie prostowała. Kto ją znał, wiedział, że słowa Łukasza przepełnione są kłamstwem. Ci, co mu uwierzyli, przestali być jej przyjaciółmi. Prosta selekcja dokonała się sama.

Po obronie znalazła pracę. Firma nieduża, atmosfera przyjazna aż chciało się do biura przychodzić. Martyna stare życie zostawiła poza sobą, choć Łukasz jeszcze przez kilka miesięcy nie dawał jej spokoju. Albo ją wyzywał albo błagał powrót. Tak czy siak, ani jedno ani drugie jej nie przekonywało. Skupiła się na pracy, uczyła się szybko, dostawała coraz to bardziej odpowiedzialne zadania. Było dobrze i spokojnie.

Błażeja poznała przypadkiem i to niezbyt szczęśliwym, bo uszkodziła mu auto swoim pozostawionym na luzie. Na mieście były duże korki, była spóźniona, spieszyła się i nie zaciągnęła ręcznego. Jej wysłużona fiesta dużych szkód nie narobiła, ale reflektor, zderzak i wgniecenie w drzwiach przecież same się nie naprawią. Gdy portier poinformował ją o zdarzeniu wybiegła z biura oblawszy się kawą. I taka to zdyszana, i brudna stanęła przed Błażejem. Ten widząc młodą, roztrzepaną dziewczynę, która pewnie wszystkiego się wyprze i będzie udawać niewiniątko, chciał wzywać policję. Nie oponowała. Była spokojna. Przyznała się do winy i chciała szybko załatwić sprawę, by móc wrócić do pracy. Ujęła go tym, że była taka konkretna. Nie mazała się, nie kokietowała. Na policję nie zadzwonił. Spisali oświadczenie, podpisali i każde wróciło do obowiązków. Martyna szybko o zdarzeniu zapomniała. Błażej niekoniecznie.

Zadzwonił po kilku dniach proponując kawę. Odmówiła. I być może nigdy by się nie spotkali, gdyby Martynie ukochana fiesta zechciałaby pewnego popołudnia odpalić. A że nie zechciała, a Błażej wcale nie przypadkiem był obok, to zaoferował pomoc. Tym razem to Martyna, może trochę kurtuazyjnie, zaproponowała kawę, ale Błażej w przeciwieństwie do niej, nie odmówił.

Tych kaw wypili chyba z tysiąc zanim poszła z nim na kolację. Broniła się przed uczuciem, bała rozczarowania w związku, ale Błażej był cierpliwy. A gdy dopadło ją przeziębienie robił zakupy, gotował jej rosół i przełożył spotkania z pracy. W jego obecności poczuła się bezpiecznie. Był przyjacielem, doradcą, kompanem, nauczycielem, opiekunem aż w końcu kochankiem. Ideał? A skąd. Nie jeden raz kłócili się i o drobiazgi, i o ważne kwestie. Sęk w tym, że Błażej szukał potem zgody, a nie zamykał się w pokoju obrażony na cały świat. Chciał wyjaśnić, zrozumieć, znaleźć rozwiązanie. Tym ją ujmował. Gdy zamieszkali razem i wychodzili z łóżka, szare życie nie było rozczarowaniem. Nie nudzili się ze sobą. Szanowali, słuchali, uczyli swoich charakterów. Z Błażejem było zupełnie inaczej niż z Łukaszem. Dopiero teraz Martyna poczuła, że nie tylko jest zakochana, ale i kochana. A taka kobieta - prawdziwie (za)kochana jest przecież naprawdę szczęśliwa. 

KOD PIN

 

Obraz Alexander Belyaev z Pixabay


Wiesz, że każdy człowiek ma jakiś PIN? Kod dostępu, hasło, blokadę? Zwał jak zwał. Mamy w sobie coś, czym się chronimy. Albo mówiąc inaczej, jesteśmy mniej lub bardziej zamknięci przed światem. Nawet najbardziej otwarci ludzie nie są dostępni całkowicie.
Przecież nie każdego wpuszcza się do swojego serca, głowy i życia, a im więcej doświadczeń, szczególnie tych bolesnych, tym szczelniej zamknięte drzwi, tym grubszy mur, mocniejszy pancerz. Zdarza się jednak, że pojawi się jeden człowiek, może być całkiem przypadkowy, nieznany, albo po prostu nielubiany i to on właśnie otworzy te drzwi. 
Gwałtownie, z buta, jednym kopem, rozwalając wszelkie zamki, usuwając łańcuchy i kłódki. 
Albo delikatnie, po cichu, bezszelestnie, krok po kroku niczym wprawny włamywacz, który pod osłoną nocy otwiera sejf. 
Jakkolwiek zostanie to zrobione, wywoła to rewolucję w czyimś życiu, zmieni nurt rzeki, oświetli to, co do tej pory było mroczne, rozgrzeje wewnętrzny chłód, odgoni chmury, zapali słońce. 
To mogą być paradoksalnie proste gesty. Może nawet w pierwszej chwili niezauważalne, a dopiero z czasem uświadamiające swoją wartość. 
To uśmiech posłany w przelocie. 
SMS wysłany na początku dnia. 
Nagłe odwiedziny, gdy masz do dupy dzień. 
Czekolada wsunięta do torebki. Koniecznie z bakaliami, bo taką przecież jadasz. 
Wspólna pizza, popijana piwem, które oboje lubicie. 
Piosenka na dzień dobry, dobranoc, na zdrowie czy urodziny. 
Kanapka, gdy akurat umierasz z głodu. Koniecznie z ogórkiem, za którym przepadasz. 
Jakiś durny mem na rozbawienie, kiedy masz audyt w robocie i ze stresu sikasz w majtki. 
Uścisk w przychodni lekarskiej, na dodanie otuchy, bo już wiesz, że nie jest kolorowo. 
Kwiat kupiony bez okazji, tak o. 
Mail, taki zwykły, z żartem na końcu, by zeszło Ci ciśnienie. 
Wspólny jogging,  podczas którego więcej się śmiejesz niż biegasz. 
Kawa w małej kawiarni, wypita na szybko. 
Albo sprzeczka w kolejce w supermarkecie. 
Kolizja na drodze, bo któreś z was nie wyhamowało. 
Nieprzyjemna rozmowa na klatce, w windzie, na parkingu czy autobusie. 
Polemika na forum internetowym czy różnica zdań w pracy przy wspólnym projekcie. 
Każda interakcja naładowana emocjami może dać początek jakiejś znajomości. Gdy ktoś  trafi na czyjś podatny grunt, może swoim zachowaniem, nawet całkiem przypadkowo, podać prawidłowy pin do Ciebie, otworzyć Cię jak sejf, dotrzeć do Twojego wnętrza, poznać je i eksplorować. A Ty będziesz tego chcieć, choć na początku może będziesz się bronić. Albo dasz do siebie dostęp, do każdej komórki i myśli. Dasz się prześwietlić jak na rentgenie. I może w końcu odnajdziesz szczęście, bo będziesz sobą, bez maski i uśmiechu numer pięć. Zaczniesz oddychać pełną piersią chłonąc świat. Albo będziesz żałować, że Twoje drzwi otwarły się na oścież, że ktoś zna każdy zakamarek Twojej duszy. Nigdy nie wiadomo kto wciśnie ten prawidłowy pin, ale czemu od razu zakładać najgorsze? Nawet gdy ta relacja się skończy to może być tą najważniejszą w Twoim życiu. Nie każdemu przecież udaje się do Ciebie złamać szyfr:)

Podoba Ci się mój post?
Czytaj mój blog, udostępniaj, obserwuj mój blog Poli Ann
Tu życie pisze historie.

Image by Pixabay

OPOWIEM CI, CZYM JEST MIłOŚĆ...

 

Obraz kalhh z Pixabay 


Powiem Ci czym jest miłość, której pewnie i tak do końca nie uda się zdefiniować.
Ale spróbuję, bo kiedyś ją poczułam. 
Nic nie odda jej smaku ani zapachu. 
Ani łaskotek w brzuchu, gdy przyszło mi na niego spojrzeć.
Drżenia dłoni też nie, które czułam będąc obok niego.
To pożądanie. - powiesz niczym doktor stawiający diagnozę. - Minie, proszę się nie martwić. - dodasz z przekąsem.
Nie minęło.
Nie mija.
Nie minie.
Bo miłość nie kończy się na zawołanie
Tak samo jak nie przychodzi zaproszona
Zjawia się nagle, z impetem i hukiem.
Albo po cichu skradając się na paluszkach. Niemal niezauważona.
I jest. Po prostu. Ogarnia Ciebie całą, kiedy o nim myślisz. Jak nie myślisz to zresztą też.
Jest przyjaźnią i zaufaniem. Bezgranicznym.
Poczuciem bezpieczeństwa. Parasolem pod jaki zawsze możesz się schować. Bo w jego obecności możesz zdobywać świat. Przesz do przodu. Przecież nie może się nie udać. A jak jednak się nie powiedzie, to on Cię przytuli, pogłaszcze po głowie. Bo jego miłość jest ciepłym kocem, jaki Cię ogrzeje.
Przytuleniem, kiedy Ci tak bardzo smutno.
Uśmiechem, który posyłasz bezinteresownie i robisz nim jemu dzień.
Łzą, którą on roni z Tobą, gdy dzieje się źle.
Objęciem, kiedy się potykasz.
Silnym ramieniem, gdy słabniesz.
Wsparciem, jak myślisz, że jesteś do dupy.
Rozmową do rana, bo przecież tyle chcecie sobie powiedzieć. I zawsze macie o czym rozmawiać.
Milczeniem, które powie czasem więcej niż tysiąc słów.
Piosenką, którą czasem lepiej odda wasze uczucie i którą śpiewacie na całe gardło jadąc w korku.
Dotykiem, muśnięciem, spełnieniem.
Kłótnią, którą skończycie pokojem, bo przecież się kochacie.
Pomocą, której udzielisz mu bezinteresownie, bo chcesz, by był szczęśliwy.
Spojrzeniem, jakim on Cię otuli mówiąc, że jesteś  śliczna, podczas gdy czujesz się taka beznadziejna.
Miłość to skrzydła, które pomagacie sobie rozwinąć. Na których lecicie przed siebie.
To nie ich podcinanie, by sobie ulżyć i zrobić dobrze.
To codzienny chleb, bez blichtru I fajerwerków.
To tęsknota za sobą każdego dnia.
Wspólny spacer, serial, posiłek, rozmowa.
To chęć bycia obok, wejścia w czyjś świat i otwarcie drzwi do swojego.
To dzień dobry i dobranoc, przepraszam i proszę. 
To już, teraz i zawsze, a nie kiedyś, za moment, potem.
To priorytety, ustalone wspólnie i przegadane milion razy.
Miłość to troska, myślenie o kimś, dzielenie się sobą, ale nie podporządkowanie ani uzależnienie. To nie trucizna, która Cię toczy i wysysa wszystkie soki. Miłość to paliwo. Kredka, która koloruje Ci świat.
Nie kupisz jej, nie zamówisz.
Możesz ją po prostu dać. Oby z wzajemnością.

Podoba Ci się mój post?Podaj go dalej.
Obserwuj moją stronę Poli Ann
Warta jest Twojego czasu.

Image by Pixabay
Pokaż mniej

PASAŻERKA

 

Obraz Anastasia Gepp z Pixabay 

Padał deszcz. Jechałeś ostrożnie, może trochę smutny, ale skupiony, bo warunki były trudne. Ona stała gdzieś na poboczu. Od razu wiedziałeś, że to kobieta. Sukienka do połowy łydki, buty na obcasie, długie włosy, które oblepiały jej ramiona. Była cała mokra, zziębnięta i chyba przerażona. Zatrzymałeś się, chciałeś pomóc, ona wsiadła trochę nieufnie. Kurczowo trzymała torebkę, woda kapała z jej włosów, usta drżały. Mówiła niewiele. Była taka krucha i bezbronna. Zapragnąłeś odwieźć ją nie tylko do domu. Chciałeś się nią zaopiekować i wozić dalej, gdziekolwiek, byleby tylko siedziała obok Ciebie, a Ty mógłbyś się na nią patrzeć. 

Ta znajomość nie była chwilowa, na jedną trasę. Zawiozłeś ją do domu, nawet nie liczyłeś  na zaproszenie do środka, a jednak się pojawiło. Wypiłbyś wszystko w jej towarzystwie, nawet mleko z kożuchem, od którego w przedszkolu robiło Ci się niedobrze. Wychodząc z jej mieszkania już chciałeś do niej wracać. Ciągnęło Cię do niej cholernie. Chciałeś ją wziąć w ramiona, wozić dokąd ona chce, pić z nią herbatę i nawet to mleko przebrzydłe, które w jej obecności smakowało jak ambrozja.  I tak było przez chwilę. Może i dwie. Brałeś ją w objęcia, zaopiekowałeś się nią, w aucie siedziała obok Ciebie, wybierała trasy, śmiała się głośno, a Ty jadąc mogłeś otworzyć okno i wykrzyczeć światu jaki jesteś szczęśliwy. Wszystko nabrało sensu. Nawet trasa bez celu miała cel. Gorzka herbata była słodka, a w pochmurny dzień świeciło dla Ciebie słońce. Twoje ramiona jej wystarczały. Każdego dnia, kiedy po nią przyjeżdżałeś, czułeś przyspieszone bicie serca. Ona była taka barwna, nigdy nie wiedziałeś, czym Cię zaskoczy. Czy łzami, uśmiechem, złością, euforią lub przygnębieniem. Aż pewnego dnia nie czekała na Ciebie. Nie otworzyła Ci drzwi. Zostawiła ma wycieraczce list, w którym poinformowała, jak bardzo się z Tobą nudzi, potrzebuje wsparcia, bo Ty jej go nie dajesz i prawdziwej miłości, której od Ciebie nigdy nie dostała. Zwykły list,  cieniutki papier, a zmiażdżył Cię doszczętnie. Miał siłę bomby. Rozerwał Cię na strzępy. Nie pamiętasz jak wsiadłeś za kierownicę i wróciłeś do swojego mieszkania. Każde słowo z listu tańczyło Ci przed oczami i zasłaniało świat. Kolory stały się bezbarwne. Smaki były mdłe. Słońce zaszło. 
Wszystko straciło sens, a na jej miejscu usiadła pustka. 
Może siedzi tam nadal. 
Może powoli zwalnia już miejsce. 
A może już gdzieś zniknęła.
A Ty nie rozglądasz się już po ulicach,  nie drżysz, gdy nadejdzie list. Słodzisz herbatę i za nic nie wypijesz mleka z kożuchem. Twoje wolne ramiona są gotowe na kogoś, kto sam ich zapragnie. Puste miejsce w aucie czeka na kogoś, kto posłucha także Twoich pragnień. I już wiesz albo za jakiś czas zrozumiesz, że potrafisz dać ogrom miłości i wsparcia, i że nie jesteś nudny. Że jesteś świetnym kierowcą, który potrzebuje współpasażerki, a nie kobiety - przypadkowej pasażerki, wiecznie czekającej na fajerwerki, czerwony dywan i picie obrzydliwego mleka z kożuchem tylko po to, by się dla niej poświęcać.

Podoba Ci sie mój post?
Podaj go dalej.
Obserwuj moją stronę Poli Ann
Warta jest Twojego czasu!
image by pixabay

ŻAŁOSNA


Obraz StockSnap z Pixabay



Eliza dopiero dziś przyjrzała się jej z bliska. Ta ona na zdjęciu wydawała się ładniejsza. W rzeczywistości nie jest. Jest taka zwyczajna. Choć w sumie nie robi to Elizie już żadnej różnicy, bo to nie o urodę się tu rozchodzi. 

Ona wtargnęła w Elizy życie, robiąc w nim burdel. Niesamowity. Eliza do dziś po nim sprząta, poznając smak wszystkich emocji, które mogą targać kobietą. Kobietą zdradzoną. Od depresji po wściekłość tak ogromną, że zniszczyć by mogła połowę planety. 

I przyjrzała się jej dzisiaj, i w sumie Elizie jest jej żal. Jak ona musi się nakrzyczeć, by ją zauważono. Ile wazeliny musi wcisnąć, by ją polubiono. Taka psiapsi dla wszystkich dookoła, która każdemu mówi aj lawju maj bejbi. Słodka do wyrzygania. Po prostu żałosna.

Wciąż polująca, szukająca potwierdzenia swojej atrakcyjności u zajętych facetów. Czyichś mężów, narzeczonych, partnerów. A może to oni żądni przygód upolowali ją? Z sukcesem?

Oczy kobiety zdradzonej widzą o wiele więcej niż wszyscy wokół. Te szepty, rozmowy z dala od innych, spojrzenia, jego objęcie, niemal niewidoczne które jest przecież takie kumpelskie. Jej śmiech, głaskanie jego przedramienia niemal niezauważalnie podczas gdy na jej i jego placu błyszczą obrączki. Obrączki dwóch różnych par. Nawet taksówka po imprezie jest wspólna, bo wysadzi się innych, bardziej podchmielonych i zostanie z nim sam na sam już legalnie. Jakie to proste prawda? A jakie żałosne?

Eliza patrzyła na nią i myślała, jak nieszczęśliwi są ci mężczyźni skoro zwracają na tamtą uwagę?
Jaka ona jest żałosna, skoro wciąż potrzebuje atencji i nadal przekracza granice?
Jak ona musi być niepewna siebie, niekochana i samotna, skoro ukojenia szuka w innych ramionach, z obrączką na palcu inną niż jej własna?
Jak nieprzyzwoita, bo przecież te ramiona należą do innej kobiety i codziennie ją obejmują. 
Jak bezduszna, bo nie zastanawia się nad krzywdą, jaką wyrządza innym. 
Jak egoistyczna, kiedy tak rozpaczliwie dba o swoje pięć minut. 

Ona pokazała swoją małość w całej rozciągłości.  Każdym zbyt głośnym śmiechem, durnym żartem i próbą bycia taką "kuul". Takich kobiet jak ona nie należy się bać. Ona się tym karmi. Lubi przecież czyjąś uwagę i ten dreszczyk emocji, ryzyko. Ją trzeba lekceważyć, przejść dumnie obok i nie dać jej tej atencji, o którą ona skomle tak bardzo. Dlatego Elizie tak tej onej żal, choć nie, w sumie nie. To nie jest żal, lecz pogarda. Ona przecież sama to wszystko prowokuje albo ulega czyimś zalotom i flirtom. Tak, Eliza patrzy na nią z pogardą.

Bo jak nisko trzeba upaść, by żebrać nawet nie o miłość, lecz o złudną fascynację, która trwa tylko chwilę i nigdy nie była prawdziwa...?

Podoba Ci sie mój post?
Podaj go dalej. Niech Dziewczyny i Chłopaki czytają!
Obserwuj moją stronę Poli Ann
Warta jest Twojego czasu!
Image by Pixabay


ŻONA



Image by Stock Snap on Pixabay

Gdy usłyszała ten dźwięk, wiedziała, że zwiastuje coś złego. Czuła to. Od dawna miała złe przeczucia, które on wyśmiewał. 

Dźwięk był cichy. Wiedziała, że to od Niej. Coś podejrzewała. Intuicyjnie, że Ona gdzieś jest. Kiedyś ktoś ich widział. Powiedział jej. Nie uwierzyła. Ani wtedy, gdy dla niej ciągle go nie było. Nie przyjmowała do wiadomości, że on może spojrzeć w bok. Znalazła w historii wyszukiwarki, że szukał w Internecie płyty z muzyką. Taką idealną do biegania. Myślała, że dla niej. Nie jej była jednak przeznaczona. Nawet gdy wracał nad ranem, wmawiała sobie, że to zwykłe spotkanie z pracy. Kumple, piwo, rozmowy o tym, o czym nie miała pojęcia. Choć błysk w jego oku był. I ten jego basen. Coraz częściej. No przecież to normalne, że się o siebie dba. Nie dopytywała. Nie chciała się narzucać. Pewnie przeżywał problemy w pracy. Zawsze, gdy chciała porozmawiać, był taki zły.

Dźwięk zabolał. Jeszcze bardziej bolało to, co ze sobą niósł. Ona istniała. Była tuż obok. To był jego bok. Od kilku miesięcy, intensywnie, namiętnie, nie tylko wirtualnie, słodko od marcepanu, którym się codziennie zajadali na przerwie w pracy. Żona najpierw wzięła winę na siebie. Jest taka niedoskonała, żałosna, marudna. Za gruba, za małe cycki. I te odrosty. On był przecież nieskazitelny.
A jednak...
Jak mógł spojrzeć sobie w twarz? No jak? Krzyczała szeptem pod prysznicem łykając łzy, które nie mieściły się na twarzy i zlewały się ze strumieniem wody tworząc olbrzymi potok.

Każde zdanie od Niej, każde zdanie do Niej bolało. Było ich tak wiele, że zamazały się w czarną plamę. Potem przebłyski. Znajdowała odpowiedzi na pytania, gdzie był lunch. Wspólny. Spacer. Wspólny. Impreza. Wspólna. Drink. Wspólny. Basen i sauna. Wspólnie. Pomoc dla Niej, od razu. Jej nie udzielał tak szybko. Miała radzić sobie sama, bo była przecież taka niesamodzielna.
Żałował, że ktoś wszedł do biura i im przeszkodził. Że musiał wyjść szybciej z pracy, że nie mógł z nią pobiegać. Jezu jak ten jego żal bolał, piekł, parzył. Wyrył w jej sercu głęboką bliznę.
Pracowali razem, biurko w biurko. Maile głównie niesłużbowe. I plany. Wypad w góry, na które codziennie patrzyli. Do Aquaparku albo na termy, bo tak lubili wodę. Albo na sushi. Przecież trzeba próbować nowych rzeczy. Karteczki zostawiane w biurze, takie romantyczne liściki, żeby umilić dzień. Wyjścia z biura na chwilę, podobno na papierosa. A przecież on nie pali. Robienie kanapek i sałatek sobie do pracy. Bo zaczął zdrowo żyć. Na pewno w Jej towarzystwie smakowały lepiej. Przerwała im. Brutalnie, gdy ich ogień się rozpalał.

Nie wiedziała, że można wylać tyle łez. Że przez kilka miesięcy można czuć zimno, nie mieć apetytu. Być robotem. Nie mieć siły na nic.

Zostawić go?
Nie wie. Boi się.
Albo
Tak. Uciec jak najdalej.
Albo
Nie. 
Już ona mu pokaże, że jest jego warta. Jest fajna, piękna, interesująca. Lepsza od niej. Duma schowana do kieszeni. Nie rozumiała, że chodziło tylko o to, że Ona była inna. Inaczej patrzyła, mówiła, śmiała i marszczyła nos. A ona, żona w domu, co z tego, że wcale nie kura domowa w dresach, była po prostu zwyczajna. Może nudna. Zawsze przecież zadbana. Uśmiechnięta. Świetnie zorganizowana. Studia skończone, kilka kierunków, praca tylko dorywcza, by skupić się na synku i być żoną idealną. Plany zawodowe odłożone na potem. A Ona? Miała go całe dnie, podczas gdy żona skomlała o wspólny wieczór. Potem już był tylko jej krzyk i łzy. Dużo przykrych słów. I wzajemne zrzucanie winy. Z czasem jednak ostygła. Zablokowana, sporo się o sobie nauczyła. Nie odeszła. Dała drugą szansę, ale dziś wie, że będzie miała siłę żyć bez niego. Może przestał ją unieszczęśliwiać, ale czy daje szczęście? Tego jeszcze nie wie.
W głowie wszystko poukładane. Mentalnie spakowana. Gotowa odejść. Do kogoś? Nie. Nikogo nie ma. Czy będzie? Nie myśli o tym. Najpierw myśli o sobie. Najpierw ona. Patrzy tylko na wprost. Już nigdy w tył ani w bok. 


RÓŻNICE

  - Po co z nim jesteś? - pytają. - Ty taka śliczna. On, no przystojny niech będzie, ale Bradem to on nie jest. - kontynuują. - Po co z nim ...