Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauczyciel nauczanie szkoła belfer kobieta nauczycielka pasja praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauczyciel nauczanie szkoła belfer kobieta nauczycielka pasja praca. Pokaż wszystkie posty

RODZIC +NAUCZYCIEL= ?

 

archiwum prywatne:)


Tak się zastanawiam, czytając chcąc lub nie chcąc (serio nie chcę, ale komentarze co i rusz walą po oczach), jacy to nauczyciele muszą być straszni. No masakra. 

I dalej ciągnąc mój wywód, zadaję sobie pytanie, kiedy w końcu zrozumiemy, że komuś jest na rękę, byśmy się sobie rzucali do gardeł, kłócili i patrzyli wilkiem. By nie było solidarności, bo takimi trudniej się rządzi. 

Ostatnio pisałam w poście, że kocham moją robotę. I zdania nie zmieniłam, jednak trudno ze stoickim spokojem czytać jadowite zdania, jakie wypluwa się na kadrę nauczycielską. 

Nie będę przekonywać, że jestem świetnie wykształcona, że dobrze wykonuję moją pracę, jestem wielozadaniowa i szybko się uczę. 

Że mam śmiałość mieć pasję i chcę mieć czas dla rodziny. 

I serio wolę uczyć tradycyjnie. Nie czuję wsparcia tych z wyższych stołków, którzy przez pół roku nie mieli czasu, by stworzyć platformę wspólną dla wszystkich polskich dzieci. Przecież teams i zoom dadzą radę. Owszem dadzą, ale nie po to płacimy podatki. 

Bardzo bym chciała być porządnie przeszkolona, mieć sprzęt i pragnę, by żaden dzieciak nie był wykluczony. No cóż, to tylko moje pragnienia. 

Wcale nie chcę uczyć zdalnie i proszę mi nie wmawiać, że tylko na to czekam, by sobie wygodnie siedzieć na tyłku i pić kawkę. Kawy nie znoszę i wolę kontakt bezpośredni z uczniem. Wtedy mam szansę do niego trafić, zdiagnozować jego potrzeby albo po prostu pogadać. Bo to także robię. Wiem, że Zuzia kocha tańczyć, Natalka gra na gitarze, Adrian odbiera siostrę z przedszkola, a u Patryka w ogródku rośnie lawenda, której mały bukiecik mi podarował kilka dni temu. 

Oni też wiedzą, że pani Ania jest fit, jeździ na rowerze, kocha szpilki i litrami pije herbatę w kubku termicznym. Niektórzy nawet czytają mojego bloga i podglądają mnie na insta. Dla nich jestem osobą, człowiekiem, a nie wrogiem, na którego wylewa się frustrację. 

Nie wmawiajcie mi, że nic nie robię pracując zdalnie. Ta robota jest o wiele bardziej czasochłonna. Samo uporządkowanie maili od uczniów zajmuje godziny, ostatnio w porywach do dwóch  podczas gdy szkole trwa to max 2 minuty. Do uczniów podchodzę w maseczce, choć dzieciaki się śmieją, no ale to ja jestem dorosła i winnam świecić przykładem. 

Sama mam dość tej covidowej rzeczywistości. Chciałabym rozdać nagrody za konkurs na uroczystym apelu, a nie latać po klasach i na odległość gratulować tym, którzy zasłużyli na aplauz. Akademie na forum szkoły przecież szalenie milo się wspomina, to takie małe sukcesy często są początkiem czegoś wielkiego. To w szkole stawia się pierwsze kroki i wciąż nie rozumiem tego hejtu zewsząd. Przecież ktoś Was kiedyś uczył, a tych najsurowszych wspomina się najlepiej i w dojrzałym wieku przyznaje im rację. 

Co więcej, choć to może dziwne, też jestem mamą. Na pewno nieidealną, ale kochającą swoje dziecko najmocniej na świecie. Tak samo mocno jak swoje kochasz Ty. I jeśli ono ma zdalne nauczanie to ja też jako rodzic jestem zaangażowana. I pewnie, że nie mam na to ochoty, ale co zrobić jeśli decyzja odgórna nakazuje nam tak pracować?

I nie chcę ciągle walczyć z rodzicami (osobiście naprawdę nie musiałam, ba, nawet mi napisano, że mam cytuję: "naprawdę fajne lekcje"). Chodzi mi tu o ogół. Rodzic kontra nauczyciel. Czy naprawdę musi "kontra"? Nie może być "z", "razem" lub choćby "w jednym kierunku"?

To nie chodzi o to, by się pluć na siebie i wyrywać flaki. Cel mamy przecież wspólny - dobro naszych/waszych dzieci. Nauczyciel stoi z innej strony, ale nie znaczy, że na przeciwnej barykadzie. Widzimy więcej, jesteśmy obiektywni i mamy obowiązek przeprowadzenia procesu dydaktycznego najlepiej jak umiemy. 

Uwierz mi, że będąc na kwarantannie, nie nudziłam się śmiertelnie, choć upierasz się,  że postanowiłam uprzykrzyć Ci życie  co i rusz zadając Twojemu dziecku jakieś zadania. Bezczelna ze mnie baba! Mało tego, miałam śmiałość Ciebie jeszcze w to angażować. Bezczelna do kwadratu!

Przecież nic nie robiłam i jak zacznie się zdalne (mnie ono jeszcze nie dotyczy) to nadal będę leżeć brzuchem do góry podczas gdy Ty wypruwasz sobie żyły.

Jestem nauczycielem...tak mnie widzisz prawda? A próbowałeś spojrzeć na mnie z innej strony?  Nie będę narzekać jaka to jestem biedna, ojojoj. Ten tekst to nie licytacja kto ma gorzej. Porzuciłam pracę w korpo, bo po prostu lubię uczyć. Co więcej, jestem w tym dobra. Nawet bardzo. Mam kilka sukcesów na swoim koncie i uczniów, na których życie wpłynęłam na tyle, że wybrali te same studia co ja i do dnia dzisiejszego wysyłają życzenia z okazji moich imienin.

Jestem nauczycielem, który kształtuje młodego człowieka, spędza z nim czas, uczy go, chcąc nie chcąc wychowuje. Jestem psychologiem, pedagogiem, mediatorem, wychowawcą, opiekunem, pielęgniarką w jednym. Dlaczego nie mogę cieszyć się Twoim szacunkiem i dostawać za moją pracę godziwej zapłaty?

Jestem nauczycielem i owszem mam wakacje, ale kiedy Ty myślisz, że w czerwcowy piątek wychodzę z pracy na osiem tygodni to się grubo mylisz. Pracuję nad dokumentacją, siedzę na radach lub w komisjach rekrutacyjnych. Jestem pod telefonem, a w sierpniu przygotowuję egzaminy poprawkowe, jestem członkiem komisji maturalnych, przygotowuję salę, tworzę kolejne dokumenty i szkolę się, by jak najlepiej opiekować się Twoim dzieckiem.

Jestem nauczycielem, który czasem, jeśli plan pozwoli, szybciej kończy lekcje. Wtedy mogę przygotować kolejne materiały, sprawdzić zeszyty, wypracowania, ćwiczenia, testy, kartkówki, opracować tematy na lekcję wychowawczą i sporządzić obowiązkową dokumentację. Szybsze wychodzenie z pracy odrabiam na radach i wywiadówkach, siedząc w szkole do późnego wieczora.

Jestem nauczycielem, który uczy kilkadziesiąt dzieci. Może i ponad setkę. Pamiętam ich imiona, charakter pisma, znam ich problemy o których Ty jako rodzic czasem nie masz pojęcia. I nie mam zwyczaju na nikogo się uwziąć. Zastanów się dlaczego Twoje dziecko tak mówi? Może się boi Twojej reakcji albo broni, bo po prostu czegoś nie rozumie? Może podczas lekcji rozrabiało i wstyd mu się do tego przyznać? A może Tobie tak najłatwiej rozwiązać problem zrzucając odpowiedzialność na mnie? Mam pod swoimi skrzydłami całą klasę, około trzydziestu wspaniałych dzieciaków, których muszę czegoś nauczyć, podczas gdy one rozmawiają, są zadumane, może głodne lub zmęczone. Albo zmartwione, bo właśnie bierzecie rozwód.

Jestem nauczycielem, który tak samo jak i Ty ma prawo być wściekły i nie chcieć edukacji online. Ma rodzinę i swoje problemy. Nikt nie zapytał to, czy ma odpowiedni sprzęt, dostęp do Internetu i kwalifikacje do prowadzenia zdalnych zajęć. Szczerze mówiąc to cały czas się szkolę w tym temacie. Nie dlatego, że "nie ogarniam". Po prostu chcę być przygotowana na ewentualność zdalnego nauczania. 

Pracuję więc sporo. Więcej niż dotychczas. Może jak i Ty. Bo tak w ogóle to jesteśmy podobni wiesz? Jako rodzice, opiekunowie, czynni zawodowo. Mamy te same lęki, obawy, gusta i być może poczucie humoru. 

Jestem nauczycielem, mamą, żoną, córką, ciocią, przyjaciółką, sąsiadką, znajomą. 

Mam życie osobiste podobnie jak Ty. Uczę, bo to moja praca. Takie mam obowiązki. Jako rodzic też pracuję ze swoim dzieckiem. I widzę ile rzeczy musiałam robić z nim sama, a czym do tej pory zajmowała się szkoła, wyręczając nas - rodziców w wielu aspektach. To szkoła zapewniała edukację, zabawę, rozrywkę, wspomaganie i terapię. I opiekę często od świtu do późnego popołudnia. Wiem, że czujesz się sfrustrowany. Może nawet już sobie nie radzisz w tej nowej rzeczywistości. Pamiętaj nauczyciel to też człowiek, często rodzic i doskonale wie, z czym zmagasz się każdego dnia. Nie jestem workiem treningowym, w który możesz walić bez opamiętania tylko po to, by sobie ulżyć. Zanim więc wystosujesz do mnie maila pełnego złości strasząc dyrekcją, kuratorium czy ministrem edukacji lub na forum znów wyplujesz jad, weź głęboki oddech, odłóż rękawice i przeczytaj ten tekst, a potem spójrz na swoje dziecko. Oboje chcemy jego dobra, Ty je kochasz, ja je uczę. 

Mamy iść ramię w ramię. Łatwo nie będzie. Nikt tego nie obiecywał. Ja jestem gotowa, a Ty?

Podoba Ci się mój post?

Podaj go dalej.

Może komuś otworzy on oczy.

Polub mój blog ⬇️

https://www.facebook.com/PoliAnnBlog/

Warto 👍

PORTRET MÓJ...BELFERKA

Image by Marta Borkowska

 Jak mam na imię, nie muszę pisać.  Zresztą, czy to ważne? Jestem nauczycielem. Od czternastu lat. Cholera jak szybko to minęło. 

Uważam się za stosunkowo młodą belferkę, ale na tyle doświadczoną, by wiedzieć co umiem i znać swoją wartość. 

Na początku września staram się nie czytać for internetowych na temat nauczycieli, jak to nam dobrze po dwumiesięcznych wakacjach i po zdalnym nauczaniu. To chyba najbardziej boli, bo akurat w trakcie kwarantanny pracowałam najwięcej w życiu. I wiem, że nie było to nauczanie doskonałe, nie mniej jednak, nie pozwolę sobie wmówić, że jestem pasożytem na łonie społeczeństwa. 

Co więcej, etat mój wynosi tylko osiemnaście godzin, więc to zawód dla leniuchów, nieuków i nieudaczników życiowych. I tyyyyyyle wolnego! Wśród nowych znajomych nawet mówię, kim jestem z zawodu, bo dość mam słuchania tego wszystkiego. Nasze społeczeństwo, nomen omen złożone głównie z malkontentów, niczego nie docenia i nie widzi dobrego. Widzi tylko to, co złe.

Tak, ta praca ma sporo zalet. Faktycznie nie martwię się o wakacje i o ferie zimowe. To dla rodzica komfort, choć w ciągu tygodnia często bywało, że moje dziecko ze świetlicy odbierałam jako ostatnie, bo rada, szkolenie czy zebrania. Obecnie zaś nasze plany kompletnie się rozmijają. Ja zaczynam, moja latorośl kończy. Ot, taki żywot. 

Zawsze wszystkim zazdrośnikom powtarzam, że każdy ma wybór. Zamiast marudzić można skończyć studia i zostać nauczycielem. Żaden problem. Tylko za te pieniądze raczej się nie chce.

Ja nauczycielem zostałam, bo miłością do języka obcego zaraziła mnie moja pani profesor z liceum. Tak to właśnie jest, że to nauczyciel może mieć moc sprawczą i tak zaczarować ucznia,  że ten będzie chciał iść w jego ślady. Takich cudnych mentorek miałam kilka. Akurat się składa, że były to same kobiety. Polonistka w podstawówce, potem kolejna w ukochanym liceum, a do tego germanistka  i anglistka. To dzięki nim zostałam filologiem. Potrójnym. 

Jestem zatem wykształconym człowiekiem. Z pasją, zainteresowaniami, wiedzą, którą cały czas poszerzam. Wielu mówi, że w szkole się marnuję. Czyżby? Czyżby przekazywanie wiedzy to było marnowanie????

Kształtowanie młodych ludzi, rozmowy z nimi, polemiki, zabawy z dziećmi to nadal marnowanie????

Warto się zastanowić nad takim pochopnym osądem.

Ja tak nie uważam. Przecież to o to chodzi, by nasze dzieci uczył ktoś kompetentny. Ktoś, kto chce i to kocha. Ja wybrałam ten zawód świadomie. Pracowałam w korporacji i odeszłam z tego toksycznego miejsca.

Praca w szkole do najłatwiejszych nie należy. Eksploatuje psychicznie i fizycznie. To praca w domu, bo w szkole realizuję to, co w domu właśnie zaplanowałam, sprawdziłam, przygotowałam. To praca z drugim człowiekiem, trudna, niewdzięczna, dopiero po latach przynosząca satysfakcję, gdy swoich podopiecznych spotka się na ulicy i gdy dziękują za cierpliwość, i uśmiech. To praca nie tylko przy biurku. To rozmowy, wyjazdy, wymiany, konkursy, wycieczki, za które nie dostaje się pieniędzy. To praca na okrągło. Nauczycielem jestem cały rok, w szkole, domu, supermarkecie, na siłowni czy w pubie. Bo ludzie mnie rozpoznają i komentują. Jestem poniekąd osobą publiczną.

Mam wymiany zagraniczne na swoim koncie. I wysokie lokaty moich uczniów w olimpiadach językowych. Do tego co roku mniejsze lub większe sukcesy w różnorakich konkursach. 

Odpowiedzialność ogromna (za zdrowie, bezpieczeństwo, przygotowanie do egzaminów państwowych), pracy mnóstwo, szczególnie tej papierkowej, zmęczenie fizyczne i poświęcenie czasu prywatnego. Z przełożonymi też bywało różnie, gdy za moje działania nagrodę dostawał ktoś inny.

Bo tak moi Państwo nagrody dostajemy, np. 1600 zł brutto raz do roku. Na Dzień Nauczyciela iluś wybranych dostępuje zaszczytu uściśnięcia dłoni dyrekcji. I proszę mi wierzyć, niektórym tak zależy, że zrobią sporo, niekoniecznie fair, by w tym gronie się znaleźć. Gdy wśród znajomych mówię o takiej premii, śmieją się tylko. Jak wspominam o dodatku motywacyjnym salwa śmiechu nie ma końca. Tak to wygląda od kuchni.

Czasami sobie myślę, że jestem chyba szalona, że bycie nauczycielem to fatalne zauroczenie, ale wiem, że jestem tam, gdzie chcę. Narzekać mogę dużo i długo, bo dzieci niewdzięczne, rodzice z pretensjami. I płacą mało. Przecież mogę zmienić pracę. Nie jestem tu za karę.

Póki co moje zauroczenie trwa, choć przyznam, że ostatnie lata są chyba najtrudniejsze w całej mojej belferskiej karierze. Takiego jadu i hejtu się nie spodziewałam, może niekoniecznie pod moim adresem, ale wobec nauczycieli w ogóle. Bycie workiem treningowym jest szalenie niekomfortowe, a brak wsparcia znikąd frustruje. Stąd nie ma się czemu dziwić, że parafrazowane są słowa" "Spieszmy się kochać nauczycieli, tak szybko odchodzą...do innej pracy".

Ja jednak wiem, że uwielbiam uczyć. Nadal. Jestem w tym dobra. Umiem to robić. Cieszy mnie cały proces nauczania. To bezcenne widzieć i słyszeć jak uczniowie najpierw niezgrabnie tworzą zdania, dobierają wyrazy, popełniają błędy. Jak z czasem radzą sobie coraz lepiej, śpiewają piosenki, mówią wierszyki, rozwiązują coraz to trudniejsze testy. Jak zdają do liceum, piszą maturę i dostają się na studia. Często językowe, bo miłością do języka ich po prostu zaraziłam. Hmm, w obecnych czasach chyba nie powinnam używać tego słowa 😉

Mam wiele sukcesów na swoim koncie, porażek pewnie jeszcze więcej. Jestem pokorna. Wciąż się uczę. 

Powiem zatem tak - MAM ODWAGĘ BYĆ NAUCZYCIELEM, bo zawsze trafi się uczeń, dla którego warto, bo za kilka lat docenią, bo się rozwijam, nie stoję w miejscu, bo wiem jak rozmawiać z moim dzieckiem, bo mam wpływ na młodego człowieka i z tego, co widzę, to bardzo pozytywny.

Bywa trudno. Jest pot i łzy. Ale co to za problem dla stukniętego belfra? Nie jedynego przecież. Takich wariatów jest przecież wielu. Każdy z nas był w szkole i jestem pewna, że miał swojego ulubionego mentora. To jego/ją warto zachować w pamięci i docenić, skoro ktoś jest tak szalony, by odważyć się uczyć!

Życzę sobie i moich kolegom po fachu oczywiście końskiego zdrowia, stalowych nerwów, stoickiego spokoju, ciekawości Sherlocka, ale i, by to fatalne zauroczenie jak najdłużej (bez niego przecież w szkole nie da się wytrzymać).

Podoba Ci się mój tekst?

Podaj mój blog dalej. 🙏

Wiem, że warto😊

RÓŻNICE

  - Po co z nim jesteś? - pytają. - Ty taka śliczna. On, no przystojny niech będzie, ale Bradem to on nie jest. - kontynuują. - Po co z nim ...