Pokazywanie postów oznaczonych etykietą para. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą para. Pokaż wszystkie posty

NIEBAJECZNA BAJKA

 

Image on Pixabay


Z nim przeżyła kosmos. Odleciała. On zresztą też. 

Zwiedzali sobie obce galaktyki  

Było tak pięknie, że aż nierealnie. 

Bajecznie. Księżniczka i żebrak. Książę i praczka. Różnie można byłoby ich nazwać. 

Życie rozłożyło przed nimi wachlarz pełen barw.

Spotkały się dwa światy, które nawet nie powinny dotknąć.

A one się przeniknęły. Wszystko zniknęło. Rozsądek, opamiętanie, twarde stąpanie po ziemi. No bo jak to? Oni chyba zwariowali. Tak różni ludzie nie mogą być przecież razem. A oni byli. Wbrew, na przekór, przeciwko. 

On wystarczał jej. Jego przytulenie, spojrzenie i ton, w jakim wypowiadał jej imię. 

Ona wystarczyła jemu. Jej śmiech, dotyk i oczy ponoć ładne. 

Słońce, deszcz, chłód, ciepło. Jego ramię, jej głowa w nie wtulona.

Ich usta połączone, wtulenie, przyspieszony oddech, żar w oczach. 

Mieli siebie. Tylko. I cały świat przeciwko zakazanej miłości. Bo kto by zrozumiał różnicę wieku, wyznań. Inne zobowiązania i przyrzeczenia. 

Mimo to chciało im się tańczyć ze szczęścia i budzić się każdego dnia. 

Widzieć się, dotykać, czuć. 

Rozmawiać ze sobą, płakać, wzruszać się, kłócić, kochać. 

Świat zareagował. Ich kosmos się skończył. Nie był bezkresny. Życie wcisnęło czerwony guzik. Wszystko zniknęło. Nie mieli szans w zderzeniu z bezwzględną rzeczywistością. A może sami zawalili sprawę? Nie zadbali o to uczucie, stchórzyli, poszli na łatwiznę?

A może nigdy tego nie było?

Może tylko wymyślili taki kosmos i naiwnie uwierzyli, że on istnieje?

Siebie może też wymyślili,  kochając jedynie postaci z bajki?

Może stworzyli ułudne poczucie, że można mieć wspólny wszechświat kompletnie nie pasując do siebie?

Dziś oboje stoją twardo na ziemi. Wokół konkretna namacalna rzeczywistość. Żyją obowiązkami, zgodnie z danymi wcześniej życiu przyrzeczeniami.

On się realizuje. Czasem niespiesznie o niej pomyślawszy. Ona trzeźwa do bólu niekiedy patrzy w chmury przypominając sobie ich bajkę, dzięki której poleciała w kosmos. Dziś już sama nie wie, czy to wydarzyło się naprawdę. On chyba też nie. Nie mieli szansy, a może zabrakło im odwagi, by pozostać w tym kosmosie? Morałów z tej historii można by wyciągnąć sporo. 

A Ty jaki morał widzisz z tej bajecznej bajki, która nie skończyła się bajecznie? 

Podoba Ci się mój tekst?

Udostępnij go dalej. 

Polub moją stronę:

https://www.facebook.com/PoliAnnBlog/

Wiem, że warto 😊

PORTRET KOBIETY (ZA)KOCHANEJ

Obraz StockSnap z Pixabay 


Martyna tydzień przed obroną pracy magisterskiej zerwała ze swoim chłopakiem. Byli ze sobą od liceum, znali się jak łyse konie, wszyscy już dawno czekali tylko na ich ślub. Martyna czuła jednak podskórnie, że nie chce być z Łukaszem do końca życia. Niby wszystko grało, rodziny zapoznane, szerokie kręgi wspólnych przyjaciół. Parę razy jednak Łukasz zachował się na tyle dziwnie, że uznała, iż to nie ten jedyny.  Najbardziej zabolało, gdy w święta zostawił ją samą na stancji. Dopadła ją grypa, okrutna i rozłożyła ją na łopatki dokumentnie. Martyna uznała, że w takim stanie nie pojedzie do rodziców. Czuła się fatalnie i nie chciała nikogo zarazić podczas bieganiny po rodzinie swojej, i Łukasza.  Przy czterdziestu stopniach gorączki nie myśli się o karpiu, pierogach z grzybami ani eleganckiej kiecce.
Łukasz pojechał. Na kilka dni. Dokumentował spotkania rodzinne na fejsie, zbierał lajki. Martynę to zabolało. Co z tego, że zadzwonił i kupił jej ładny prezent. Była sama i już nie chodziło o święta, ale o fakt, że nigdy nie była tak chora. Wstanie do łazienki było nie lada wysiłkiem. Praktycznie nic nie jadła, trochę piła o ile miała siłę wstać. Wtedy coś w niej pękło. Zaczęła widzieć w Łukaszu wady, które wcześniej bagatelizowała. Zaczęło dochodzić między nimi do spięć, cichych dni, trzaskania drzwiami i rzucania mięsem. Nie tym z lodówki. A gdy tydzień przed obroną zrobił ma stancji ostrą balangę, choć prosiła, by przełożył to o kilka dni, bo naprawdę ma mnóstwo roboty i potrzebuje spokoju, po prostu ją zlekceważył. Wtedy, będąc po godzinach przemyśleń, spakowała się szybko i wylądowała u koleżanki. Łukasz znów uznał to za foch, okres, ewentualnie stres i był święcie przekonany, że Martyna wróci. Nie wróciła. Nie odbierała telefonów, nie opisywała na wiadomości. Na obronę poszła sama nie prosząc go już o wsparcie. O tym, że się obroniła, też już go nie poinformowała. Uznała, że nie chce faceta, który nie stoi obok niej, nie pomaga, nie słucha, nie pójdzie nawet na kompromis. Z Agatą świetnie się dogadywała i ku uciesze tamtej postanowiła dołożyć się do wynajmu mieszkania, i w nim pozostać. Wtedy to Łukasz pokazał na co go stać. Wśród znajomych i rodziny zaczął ją oczerniać. Zmienił wersję wydarzeń twierdząc, że to on z nią zerwał i wygonił ze stancji. Takie zachowanie tylko ją utwierdziło w przekonaniu, że dobrze zrobiła odchodząc. Plotek nie prostowała. Kto ją znał, wiedział, że słowa Łukasza przepełnione są kłamstwem. Ci, co mu uwierzyli, przestali być jej przyjaciółmi. Prosta selekcja dokonała się sama.

Po obronie znalazła pracę. Firma nieduża, atmosfera przyjazna aż chciało się do biura przychodzić. Martyna stare życie zostawiła poza sobą, choć Łukasz jeszcze przez kilka miesięcy nie dawał jej spokoju. Albo ją wyzywał albo błagał powrót. Tak czy siak, ani jedno ani drugie jej nie przekonywało. Skupiła się na pracy, uczyła się szybko, dostawała coraz to bardziej odpowiedzialne zadania. Było dobrze i spokojnie.

Błażeja poznała przypadkiem i to niezbyt szczęśliwym, bo uszkodziła mu auto swoim pozostawionym na luzie. Na mieście były duże korki, była spóźniona, spieszyła się i nie zaciągnęła ręcznego. Jej wysłużona fiesta dużych szkód nie narobiła, ale reflektor, zderzak i wgniecenie w drzwiach przecież same się nie naprawią. Gdy portier poinformował ją o zdarzeniu wybiegła z biura oblawszy się kawą. I taka to zdyszana, i brudna stanęła przed Błażejem. Ten widząc młodą, roztrzepaną dziewczynę, która pewnie wszystkiego się wyprze i będzie udawać niewiniątko, chciał wzywać policję. Nie oponowała. Była spokojna. Przyznała się do winy i chciała szybko załatwić sprawę, by móc wrócić do pracy. Ujęła go tym, że była taka konkretna. Nie mazała się, nie kokietowała. Na policję nie zadzwonił. Spisali oświadczenie, podpisali i każde wróciło do obowiązków. Martyna szybko o zdarzeniu zapomniała. Błażej niekoniecznie.

Zadzwonił po kilku dniach proponując kawę. Odmówiła. I być może nigdy by się nie spotkali, gdyby Martynie ukochana fiesta zechciałaby pewnego popołudnia odpalić. A że nie zechciała, a Błażej wcale nie przypadkiem był obok, to zaoferował pomoc. Tym razem to Martyna, może trochę kurtuazyjnie, zaproponowała kawę, ale Błażej w przeciwieństwie do niej, nie odmówił.

Tych kaw wypili chyba z tysiąc zanim poszła z nim na kolację. Broniła się przed uczuciem, bała rozczarowania w związku, ale Błażej był cierpliwy. A gdy dopadło ją przeziębienie robił zakupy, gotował jej rosół i przełożył spotkania z pracy. W jego obecności poczuła się bezpiecznie. Był przyjacielem, doradcą, kompanem, nauczycielem, opiekunem aż w końcu kochankiem. Ideał? A skąd. Nie jeden raz kłócili się i o drobiazgi, i o ważne kwestie. Sęk w tym, że Błażej szukał potem zgody, a nie zamykał się w pokoju obrażony na cały świat. Chciał wyjaśnić, zrozumieć, znaleźć rozwiązanie. Tym ją ujmował. Gdy zamieszkali razem i wychodzili z łóżka, szare życie nie było rozczarowaniem. Nie nudzili się ze sobą. Szanowali, słuchali, uczyli swoich charakterów. Z Błażejem było zupełnie inaczej niż z Łukaszem. Dopiero teraz Martyna poczuła, że nie tylko jest zakochana, ale i kochana. A taka kobieta - prawdziwie (za)kochana jest przecież naprawdę szczęśliwa. 

BEZSZELESTNIE


Kiedyś kochała go tak szelestnie. Głośno, ze śmiechem i krzykiem, jak się kłócili. Kochała do utraty tchu. Był jej światem i nadawał sens wszystkiemu. Z nim rozmawiała, płakała, śmiała się i na niego wrzeszczała, gdy mieli inne zdania. Równie głośno się przepraszali. Nawet ich oddech krzyczał pożądaniem. Było szelestnie, szalenie, zwariowanie i nigdy nudno. 


Gdy zaczęło mu to przeszkadzać ona nie zniknęła z hukiem, jak być może powinna uczynić. Ani nie zapadła się po cichu pod ziemię. Postanowiła kochać go bezszelestnie. Milczeniem, myślą, działaniem, a potem  nicnierobieniem. Jej obraz w jego oczach rozmywał się powoli, zatracał, znikał, ale ona wierzyła, że będąc bezszelestną tak jak on pragnął, będzie nadal obecna w jego życiu. Może i była, ale to on wyciszył ich świat, zgasił światło, zaciągnął zasłony i zabronił jej siebie kochać. Ale ona nadal czyniła to bezszelestnie, po ciemku, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Kochała go w głuchej ciszy, chyba za dwoje, uparcie wierząc, że on zatęskni za szelestem. 

Nie tęsknił, ona bladła, cichła, gasła. Spalała się swoim własnym płomieniem. Bezszelestnie. Tak, jak go kochała albo przyjemniej jak jej się zdawało, bo czyż można kochać cień? Bezszelestny?

Dziś ona kocha go tak szelestnie. Głośno, ze śmiechem i krzykiem, jak się spierają. Kocha do utraty tchu. On jest jej światem i nadaje sens wszystkiemu. Z nim rozmawia, płacze, śmieje się i na niego wrzeszczy, gdy mają inne zdania. Równie głośno się przepraszają. Nawet ich oddech krzyczy pożądaniem. Jest im szelestnie, szalenie, zwariowanie i nigdy nudno. 

I ona jemu NIE PRZESZKADZA. Jest w jego sercu i głowie, jest jego sensem i uśmiechem. Tą, która szelestnie koloruje mu świat, przy której on czuje się sobą, nikogo nie udaje, którą kocha szelestnie. On nie wycisza jej świata, nie gasi światła, nie zaciąga zasłon i nie zabrania jej siebie kochać. Tęskni, wspiera, jest. A ona rozkwita, promienieje i już nie spala się własnym płomieniem. Płonie miłością, w końcu odwzajemnioną tak jak na to zasługuje….

 

 


KOD PIN

 

Obraz Alexander Belyaev z Pixabay


Wiesz, że każdy człowiek ma jakiś PIN? Kod dostępu, hasło, blokadę? Zwał jak zwał. Mamy w sobie coś, czym się chronimy. Albo mówiąc inaczej, jesteśmy mniej lub bardziej zamknięci przed światem. Nawet najbardziej otwarci ludzie nie są dostępni całkowicie.
Przecież nie każdego wpuszcza się do swojego serca, głowy i życia, a im więcej doświadczeń, szczególnie tych bolesnych, tym szczelniej zamknięte drzwi, tym grubszy mur, mocniejszy pancerz. Zdarza się jednak, że pojawi się jeden człowiek, może być całkiem przypadkowy, nieznany, albo po prostu nielubiany i to on właśnie otworzy te drzwi. 
Gwałtownie, z buta, jednym kopem, rozwalając wszelkie zamki, usuwając łańcuchy i kłódki. 
Albo delikatnie, po cichu, bezszelestnie, krok po kroku niczym wprawny włamywacz, który pod osłoną nocy otwiera sejf. 
Jakkolwiek zostanie to zrobione, wywoła to rewolucję w czyimś życiu, zmieni nurt rzeki, oświetli to, co do tej pory było mroczne, rozgrzeje wewnętrzny chłód, odgoni chmury, zapali słońce. 
To mogą być paradoksalnie proste gesty. Może nawet w pierwszej chwili niezauważalne, a dopiero z czasem uświadamiające swoją wartość. 
To uśmiech posłany w przelocie. 
SMS wysłany na początku dnia. 
Nagłe odwiedziny, gdy masz do dupy dzień. 
Czekolada wsunięta do torebki. Koniecznie z bakaliami, bo taką przecież jadasz. 
Wspólna pizza, popijana piwem, które oboje lubicie. 
Piosenka na dzień dobry, dobranoc, na zdrowie czy urodziny. 
Kanapka, gdy akurat umierasz z głodu. Koniecznie z ogórkiem, za którym przepadasz. 
Jakiś durny mem na rozbawienie, kiedy masz audyt w robocie i ze stresu sikasz w majtki. 
Uścisk w przychodni lekarskiej, na dodanie otuchy, bo już wiesz, że nie jest kolorowo. 
Kwiat kupiony bez okazji, tak o. 
Mail, taki zwykły, z żartem na końcu, by zeszło Ci ciśnienie. 
Wspólny jogging,  podczas którego więcej się śmiejesz niż biegasz. 
Kawa w małej kawiarni, wypita na szybko. 
Albo sprzeczka w kolejce w supermarkecie. 
Kolizja na drodze, bo któreś z was nie wyhamowało. 
Nieprzyjemna rozmowa na klatce, w windzie, na parkingu czy autobusie. 
Polemika na forum internetowym czy różnica zdań w pracy przy wspólnym projekcie. 
Każda interakcja naładowana emocjami może dać początek jakiejś znajomości. Gdy ktoś  trafi na czyjś podatny grunt, może swoim zachowaniem, nawet całkiem przypadkowo, podać prawidłowy pin do Ciebie, otworzyć Cię jak sejf, dotrzeć do Twojego wnętrza, poznać je i eksplorować. A Ty będziesz tego chcieć, choć na początku może będziesz się bronić. Albo dasz do siebie dostęp, do każdej komórki i myśli. Dasz się prześwietlić jak na rentgenie. I może w końcu odnajdziesz szczęście, bo będziesz sobą, bez maski i uśmiechu numer pięć. Zaczniesz oddychać pełną piersią chłonąc świat. Albo będziesz żałować, że Twoje drzwi otwarły się na oścież, że ktoś zna każdy zakamarek Twojej duszy. Nigdy nie wiadomo kto wciśnie ten prawidłowy pin, ale czemu od razu zakładać najgorsze? Nawet gdy ta relacja się skończy to może być tą najważniejszą w Twoim życiu. Nie każdemu przecież udaje się do Ciebie złamać szyfr:)

Podoba Ci się mój post?
Czytaj mój blog, udostępniaj, obserwuj mój blog Poli Ann
Tu życie pisze historie.

Image by Pixabay

OPOWIEM CI, CZYM JEST MIłOŚĆ...

 

Obraz kalhh z Pixabay 


Powiem Ci czym jest miłość, której pewnie i tak do końca nie uda się zdefiniować.
Ale spróbuję, bo kiedyś ją poczułam. 
Nic nie odda jej smaku ani zapachu. 
Ani łaskotek w brzuchu, gdy przyszło mi na niego spojrzeć.
Drżenia dłoni też nie, które czułam będąc obok niego.
To pożądanie. - powiesz niczym doktor stawiający diagnozę. - Minie, proszę się nie martwić. - dodasz z przekąsem.
Nie minęło.
Nie mija.
Nie minie.
Bo miłość nie kończy się na zawołanie
Tak samo jak nie przychodzi zaproszona
Zjawia się nagle, z impetem i hukiem.
Albo po cichu skradając się na paluszkach. Niemal niezauważona.
I jest. Po prostu. Ogarnia Ciebie całą, kiedy o nim myślisz. Jak nie myślisz to zresztą też.
Jest przyjaźnią i zaufaniem. Bezgranicznym.
Poczuciem bezpieczeństwa. Parasolem pod jaki zawsze możesz się schować. Bo w jego obecności możesz zdobywać świat. Przesz do przodu. Przecież nie może się nie udać. A jak jednak się nie powiedzie, to on Cię przytuli, pogłaszcze po głowie. Bo jego miłość jest ciepłym kocem, jaki Cię ogrzeje.
Przytuleniem, kiedy Ci tak bardzo smutno.
Uśmiechem, który posyłasz bezinteresownie i robisz nim jemu dzień.
Łzą, którą on roni z Tobą, gdy dzieje się źle.
Objęciem, kiedy się potykasz.
Silnym ramieniem, gdy słabniesz.
Wsparciem, jak myślisz, że jesteś do dupy.
Rozmową do rana, bo przecież tyle chcecie sobie powiedzieć. I zawsze macie o czym rozmawiać.
Milczeniem, które powie czasem więcej niż tysiąc słów.
Piosenką, którą czasem lepiej odda wasze uczucie i którą śpiewacie na całe gardło jadąc w korku.
Dotykiem, muśnięciem, spełnieniem.
Kłótnią, którą skończycie pokojem, bo przecież się kochacie.
Pomocą, której udzielisz mu bezinteresownie, bo chcesz, by był szczęśliwy.
Spojrzeniem, jakim on Cię otuli mówiąc, że jesteś  śliczna, podczas gdy czujesz się taka beznadziejna.
Miłość to skrzydła, które pomagacie sobie rozwinąć. Na których lecicie przed siebie.
To nie ich podcinanie, by sobie ulżyć i zrobić dobrze.
To codzienny chleb, bez blichtru I fajerwerków.
To tęsknota za sobą każdego dnia.
Wspólny spacer, serial, posiłek, rozmowa.
To chęć bycia obok, wejścia w czyjś świat i otwarcie drzwi do swojego.
To dzień dobry i dobranoc, przepraszam i proszę. 
To już, teraz i zawsze, a nie kiedyś, za moment, potem.
To priorytety, ustalone wspólnie i przegadane milion razy.
Miłość to troska, myślenie o kimś, dzielenie się sobą, ale nie podporządkowanie ani uzależnienie. To nie trucizna, która Cię toczy i wysysa wszystkie soki. Miłość to paliwo. Kredka, która koloruje Ci świat.
Nie kupisz jej, nie zamówisz.
Możesz ją po prostu dać. Oby z wzajemnością.

Podoba Ci się mój post?Podaj go dalej.
Obserwuj moją stronę Poli Ann
Warta jest Twojego czasu.

Image by Pixabay
Pokaż mniej

PASAŻERKA

 

Obraz Anastasia Gepp z Pixabay 

Padał deszcz. Jechałeś ostrożnie, może trochę smutny, ale skupiony, bo warunki były trudne. Ona stała gdzieś na poboczu. Od razu wiedziałeś, że to kobieta. Sukienka do połowy łydki, buty na obcasie, długie włosy, które oblepiały jej ramiona. Była cała mokra, zziębnięta i chyba przerażona. Zatrzymałeś się, chciałeś pomóc, ona wsiadła trochę nieufnie. Kurczowo trzymała torebkę, woda kapała z jej włosów, usta drżały. Mówiła niewiele. Była taka krucha i bezbronna. Zapragnąłeś odwieźć ją nie tylko do domu. Chciałeś się nią zaopiekować i wozić dalej, gdziekolwiek, byleby tylko siedziała obok Ciebie, a Ty mógłbyś się na nią patrzeć. 

Ta znajomość nie była chwilowa, na jedną trasę. Zawiozłeś ją do domu, nawet nie liczyłeś  na zaproszenie do środka, a jednak się pojawiło. Wypiłbyś wszystko w jej towarzystwie, nawet mleko z kożuchem, od którego w przedszkolu robiło Ci się niedobrze. Wychodząc z jej mieszkania już chciałeś do niej wracać. Ciągnęło Cię do niej cholernie. Chciałeś ją wziąć w ramiona, wozić dokąd ona chce, pić z nią herbatę i nawet to mleko przebrzydłe, które w jej obecności smakowało jak ambrozja.  I tak było przez chwilę. Może i dwie. Brałeś ją w objęcia, zaopiekowałeś się nią, w aucie siedziała obok Ciebie, wybierała trasy, śmiała się głośno, a Ty jadąc mogłeś otworzyć okno i wykrzyczeć światu jaki jesteś szczęśliwy. Wszystko nabrało sensu. Nawet trasa bez celu miała cel. Gorzka herbata była słodka, a w pochmurny dzień świeciło dla Ciebie słońce. Twoje ramiona jej wystarczały. Każdego dnia, kiedy po nią przyjeżdżałeś, czułeś przyspieszone bicie serca. Ona była taka barwna, nigdy nie wiedziałeś, czym Cię zaskoczy. Czy łzami, uśmiechem, złością, euforią lub przygnębieniem. Aż pewnego dnia nie czekała na Ciebie. Nie otworzyła Ci drzwi. Zostawiła ma wycieraczce list, w którym poinformowała, jak bardzo się z Tobą nudzi, potrzebuje wsparcia, bo Ty jej go nie dajesz i prawdziwej miłości, której od Ciebie nigdy nie dostała. Zwykły list,  cieniutki papier, a zmiażdżył Cię doszczętnie. Miał siłę bomby. Rozerwał Cię na strzępy. Nie pamiętasz jak wsiadłeś za kierownicę i wróciłeś do swojego mieszkania. Każde słowo z listu tańczyło Ci przed oczami i zasłaniało świat. Kolory stały się bezbarwne. Smaki były mdłe. Słońce zaszło. 
Wszystko straciło sens, a na jej miejscu usiadła pustka. 
Może siedzi tam nadal. 
Może powoli zwalnia już miejsce. 
A może już gdzieś zniknęła.
A Ty nie rozglądasz się już po ulicach,  nie drżysz, gdy nadejdzie list. Słodzisz herbatę i za nic nie wypijesz mleka z kożuchem. Twoje wolne ramiona są gotowe na kogoś, kto sam ich zapragnie. Puste miejsce w aucie czeka na kogoś, kto posłucha także Twoich pragnień. I już wiesz albo za jakiś czas zrozumiesz, że potrafisz dać ogrom miłości i wsparcia, i że nie jesteś nudny. Że jesteś świetnym kierowcą, który potrzebuje współpasażerki, a nie kobiety - przypadkowej pasażerki, wiecznie czekającej na fajerwerki, czerwony dywan i picie obrzydliwego mleka z kożuchem tylko po to, by się dla niej poświęcać.

Podoba Ci sie mój post?
Podaj go dalej.
Obserwuj moją stronę Poli Ann
Warta jest Twojego czasu!
image by pixabay

ŻONA



Image by Stock Snap on Pixabay

Gdy usłyszała ten dźwięk, wiedziała, że zwiastuje coś złego. Czuła to. Od dawna miała złe przeczucia, które on wyśmiewał. 

Dźwięk był cichy. Wiedziała, że to od Niej. Coś podejrzewała. Intuicyjnie, że Ona gdzieś jest. Kiedyś ktoś ich widział. Powiedział jej. Nie uwierzyła. Ani wtedy, gdy dla niej ciągle go nie było. Nie przyjmowała do wiadomości, że on może spojrzeć w bok. Znalazła w historii wyszukiwarki, że szukał w Internecie płyty z muzyką. Taką idealną do biegania. Myślała, że dla niej. Nie jej była jednak przeznaczona. Nawet gdy wracał nad ranem, wmawiała sobie, że to zwykłe spotkanie z pracy. Kumple, piwo, rozmowy o tym, o czym nie miała pojęcia. Choć błysk w jego oku był. I ten jego basen. Coraz częściej. No przecież to normalne, że się o siebie dba. Nie dopytywała. Nie chciała się narzucać. Pewnie przeżywał problemy w pracy. Zawsze, gdy chciała porozmawiać, był taki zły.

Dźwięk zabolał. Jeszcze bardziej bolało to, co ze sobą niósł. Ona istniała. Była tuż obok. To był jego bok. Od kilku miesięcy, intensywnie, namiętnie, nie tylko wirtualnie, słodko od marcepanu, którym się codziennie zajadali na przerwie w pracy. Żona najpierw wzięła winę na siebie. Jest taka niedoskonała, żałosna, marudna. Za gruba, za małe cycki. I te odrosty. On był przecież nieskazitelny.
A jednak...
Jak mógł spojrzeć sobie w twarz? No jak? Krzyczała szeptem pod prysznicem łykając łzy, które nie mieściły się na twarzy i zlewały się ze strumieniem wody tworząc olbrzymi potok.

Każde zdanie od Niej, każde zdanie do Niej bolało. Było ich tak wiele, że zamazały się w czarną plamę. Potem przebłyski. Znajdowała odpowiedzi na pytania, gdzie był lunch. Wspólny. Spacer. Wspólny. Impreza. Wspólna. Drink. Wspólny. Basen i sauna. Wspólnie. Pomoc dla Niej, od razu. Jej nie udzielał tak szybko. Miała radzić sobie sama, bo była przecież taka niesamodzielna.
Żałował, że ktoś wszedł do biura i im przeszkodził. Że musiał wyjść szybciej z pracy, że nie mógł z nią pobiegać. Jezu jak ten jego żal bolał, piekł, parzył. Wyrył w jej sercu głęboką bliznę.
Pracowali razem, biurko w biurko. Maile głównie niesłużbowe. I plany. Wypad w góry, na które codziennie patrzyli. Do Aquaparku albo na termy, bo tak lubili wodę. Albo na sushi. Przecież trzeba próbować nowych rzeczy. Karteczki zostawiane w biurze, takie romantyczne liściki, żeby umilić dzień. Wyjścia z biura na chwilę, podobno na papierosa. A przecież on nie pali. Robienie kanapek i sałatek sobie do pracy. Bo zaczął zdrowo żyć. Na pewno w Jej towarzystwie smakowały lepiej. Przerwała im. Brutalnie, gdy ich ogień się rozpalał.

Nie wiedziała, że można wylać tyle łez. Że przez kilka miesięcy można czuć zimno, nie mieć apetytu. Być robotem. Nie mieć siły na nic.

Zostawić go?
Nie wie. Boi się.
Albo
Tak. Uciec jak najdalej.
Albo
Nie. 
Już ona mu pokaże, że jest jego warta. Jest fajna, piękna, interesująca. Lepsza od niej. Duma schowana do kieszeni. Nie rozumiała, że chodziło tylko o to, że Ona była inna. Inaczej patrzyła, mówiła, śmiała i marszczyła nos. A ona, żona w domu, co z tego, że wcale nie kura domowa w dresach, była po prostu zwyczajna. Może nudna. Zawsze przecież zadbana. Uśmiechnięta. Świetnie zorganizowana. Studia skończone, kilka kierunków, praca tylko dorywcza, by skupić się na synku i być żoną idealną. Plany zawodowe odłożone na potem. A Ona? Miała go całe dnie, podczas gdy żona skomlała o wspólny wieczór. Potem już był tylko jej krzyk i łzy. Dużo przykrych słów. I wzajemne zrzucanie winy. Z czasem jednak ostygła. Zablokowana, sporo się o sobie nauczyła. Nie odeszła. Dała drugą szansę, ale dziś wie, że będzie miała siłę żyć bez niego. Może przestał ją unieszczęśliwiać, ale czy daje szczęście? Tego jeszcze nie wie.
W głowie wszystko poukładane. Mentalnie spakowana. Gotowa odejść. Do kogoś? Nie. Nikogo nie ma. Czy będzie? Nie myśli o tym. Najpierw myśli o sobie. Najpierw ona. Patrzy tylko na wprost. Już nigdy w tył ani w bok. 


RÓŻNICE

  - Po co z nim jesteś? - pytają. - Ty taka śliczna. On, no przystojny niech będzie, ale Bradem to on nie jest. - kontynuują. - Po co z nim ...