WYKŁAD PERFORMATYWNY


Mój pierwszy wykład performatywny!
Gdzie moim zadaniem było czytać swoje osobiste teksty, dać im charakter, intonację. Krótko mówiąc - dać im wyraz.
Byłam zdenerwowana, choć jako zawodowa belferka "stand up" na lekcjach daję przecież codziennie. I to przed młodzieżą!
Moje Odbiorczynie przyjęły mnie niezwykle ciepło, dały przestrzeń i mogłam "działać."
Było refleksyjnie, nastrojowo, momentami poważnie, a momentami płakałyśmy ze śmiechu. Nie ma jak to być rozbawionym przez swoją własną twórczość
Podkreślę, że każda z historii wydarzyła się naprawdę. W życiu śmiać do rozpuku można się śmiać z naprawdę wielu spraw. I z samych siebie! O tak, to wychodzi mi naprawdę nieźle
Dziewczyny moje najmilsze ze
Stowarzyszenie Przyjaciół Dzielnicy Kokoszki
dziękuję za Waszą uwagę, czas, chęć zanurzenia się w moje historie.
Za ciepłe słowo i salwy śmiechu.
Takie fajne Kobiety mamy tu w okolicy
Wyrazy wdzięczności kieruję także do Biblioteka Kokoszki Filia nr 71 WIMBP w Gdańsku
Cudnie, gdy w naszej okolicy coś się dzieje! I to w samym sercu Biblioteki.
Pani Danusiu dziękuję bardzo za zaproszenie i zaufanie
Do zobaczenia przy kolejnych projektach!
Ps. Dziewczyny same mnie posadziły. A ja? Co będę z dyskutować
#spotkanieliterackie #spotkanieautorskie #książka #pisanie #czytanie #lubieczytac #literatura #powiescobyczajowa #opowiadanie #listydoemki #mojadrogai #wykładperformatywny


Ż*LETKA




Wieczorami najbardziej bałam się ciszy. Było ciemno i złowrogo. I ten ból narastajacy. Bolało mnie wszystko.
W dzień wszystko było łatwiejsze — szkoła, śmiechy na korytarzu, udawanie, że jestem po prostu zmęczona. Ludzie lubią proste odpowiedzi.
„Źle spałam”
Mam dużo nauki”
„Mam okres”.
Nikt nie pyta drugi raz, jeśli powiesz to z odpowiednim uśmiechem.
Ale nocą mój pokój stawał się za mały dla wszystkich myśli. A te mnożyły się w zastraszającym tempie. I bolały tak, jakby ktoś mnie kroił w kosteczkę.
Mama miała ciężki dzień, jeszcze śleczała nad papierami. Tata pracował lub oglądał serial, nie wiem. Był w salonie, a ja siedziałam w swoim pokoju na górze na podłodze między łóżkiem a biurkiem i próbowałam znaleźć sposób, żeby wyłączyć głowę choć na chwilę. To nie było tak, jak mówią specjaliści. Wcale nie chodziło mi o uwagę. Ja tylko chciałam, żeby nikt się nie dowiedział. Chciałam być niewidzialna. I żeby tak nie bolało.
Czasem ból w środku wydawał się tak wielki, że potrzebowałam czegoś prawdziwego, by uśmierzyć ten w głowie. Łatwiej było radzić sobie z czymś na skórze niż z tym, czego nie umiałam opisać.
Najgorsze były pytania:
— Czemu jesteś taka cicha?
— Czemu znowu nie przyszłaś?
— Czemu zamykasz się w pokoju?
Jak miałam powiedzieć, że codziennie budzę się zmęczona i zbolała własnym istnieniem? Tak. Istnienie było bolesne. Bardzo.
Ż*letka tańcząca po skórze tylko mnie łaskotała, pozwalała przestać myśleć. Było mi błogo przez chwilę, choć potem szczypało i piekło. Nieważne, przez moment choć istnienie nie było tak dokuczliwe.
Pewnego dnia na biologii pani kazała nam pracować w parach. Usiadłam z Mają. Pachniała waniliową mgiełką i i zawsze nosiła kolorowe swetry, jakby była odporna na smutek. Była radosna i roztrzepana.
Kiedy podawała mi zeszyt, rękaw mojej bluzy zsunął mi się z nadgarstka.
Cholera. Nie byłam ostrożna.
Zobaczyła.
Serce stanęło mi w gardle. Zrobiło mi się zimno i gorąco jednocześnie.
Spodziewałam się obrzydzenia albo tego charakterystycznego spojrzenia pełnego litości. Ale ona tylko bardzo delikatnie naciągnęła mi rękaw z powrotem i powiedziała: — Hej. Nie musisz mi nic mówić. Ale nie musisz też być z tym sama.
To zdanie chodziło za mną przez cały tydzień.
Nie musisz być z tym sama. Nie musisz. Nie sama...
Brzmiało obco. Jak coś przeznaczonego dla innych ludzi, nie dla mnie. A jednak w piątek wieczorem, kiedy znowu siedziałam na podłodze w swoim pokoju i czułam, że zaraz rozsypię się na kawałki, że dam ż*letce władzę nad sobą, napisałam do Majki wiadomość:
„Jesteś?”
Odpisała od razu.
„Zawsze.”
I wtedy pierwszy raz od miesięcy rozpłakałam się naprawdę. Nie cicho, nie w poduszkę, nie tak, żeby nikt nie usłyszał. Płakałam długo, a potem oddychałam ciężko i nierówno, ale jakby trochę lżej. Przyszła mama. Przytuliła mnie. Nie znała mojej tajemnicy, ale od razu wiedziała, że coś jest nie tak. Obserwowała mnie bacznie. A ja walczyłam z demonami i ż*letką.
Istnienie nadal mnie boli. Ale chodzę na terapię i uczę się walczyć z bólem bez ż*letki.
Wciąż miewam gorsze dni. Nadal trudno mówić mi o tym, co mnie boli. Zdarza mi sie jeszcze chować siebie pod długimi rękawami. Istnienie daje mi w kość. Nie chcę jednak przyzwyczaić się do cierpienia. Chcę wierzyć, że zasługuję na zupełnie coś innego. Bo zasługuję po prostu. Dziś mimo bólu to wiem. Ż*letka też już to wie i zniknie z mojego życia, już niedługo...
To ważny post.
Udostępnij go, skomentuj, polub.
Niech dotrze do wielu osób.
Samo*okaleczanie wśród młodych ludzi jest normą.
Nie krytykuj, nie wyśmiewaj, bądź, wesprzyj, wezwij pomóc, zgłoś.
#zdrowiepsychiczne #szkola #samookaleczanie #depresja #pomoc #stophejt #znikajacedzieci
Image by Pixabay

HERBATA

 




Kamila była kobietą, która starała się odnaleźć spokój w najprostszych rzeczach. Każdy poranek zaczynała od filiżanki gorącej herbaty z plasterkiem cytryny i kapką miodu od zaprzyjaźnionego pszczelarza. Uwielbiała obserwować, jak cienki krążek powoli unosi się na powierzchni napoju, a delikatny cytrusowy aromat wypełnia kuchnię. Dla niej nie był to zwykły napój — był małym rytuałem, chwilą tylko dla siebie.

Siadała przy oknie, otulona miękkim swetrem, i patrzyła na świat budzący się do życia. Deszczowe dni kochała jeszcze bardziej, bo wtedy herbata smakowała najintensywniej. Kamila wierdziła, że cytryna dodaje jej energii, a ciepło filiżanki uspokaja myśli lepiej niż długie rozmowy.
Znajomi śmiali się czasem, że można ją rozpoznać po zapachu herbaty unoszącym się wokół niej. Do tego to imię wręcz obligowało ją do takiego, a nie innego rytuału.

Niezależnie od pory roku zawsze miała przy sobie ulubiony kubek i kilka plasterków świeżej cytryny. W zimowe wieczory czytała książki, popijając powoli gorący napój, a latem przygotowywała chłodzoną wersję z kostkami lodu i listkami mięty.

Dla niej herbata z cytryną była czymś więcej niż tylko napojem i smakiem. Była spokojem i codziennym szczęściem zamkniętym w jednej filiżance.

#dzienherbaty #herbata #tee

Image by Pixabay

Ps. A Ty co wolisz? Kawę czy herbatę?

ZAKOŃCZENIE ROKU SZKOLNEGO oczami belferki

 


I znów. Przeglądam internety, czytam mniej lub bardziej ciekawe artykuły, bo akurat jestem w podróży z Warszawy do Gdańska. I się zaczyna, nagłówki krzyczą:
"Dwa miesiące wakacji dla nauczycieli!"
"Nie kupię żadnemu nauczycielowi prezentu!"
"Moje dziecko musi mieć szóstkę!"
"Przez wredną nauczycielkę moja córka/mój
synek nie będzie mieć paska".
"W czerwcu w szkole nic się nie dzieje".
Itepe itede.
Hejt napędzają media, głównie społecznościowe i zastanawiam się w imię czego tylko dlatego, że zachciało mi się uczyć i robię to ponoć nieźle, co kilka tygodni dostaję wirtualnie "w pysk" (inaczej tego błota, jakim się nas obrzuca, nazwać się nie da).
Owszem, niedługo wakacje. Przed urlopem czeka mnie ogrom pracy papierkowej, wystawianie ocen i presja ze strony uczniów - muszę mieć trójkę, czwórkę, piątkę, szóstkę* (*niepotrzebne skreślić).
Urlopu nie zaczynam w dniu zakończenia roku szkolnego. Po weekendzie czekają mnie jeszcze rady, czasem szkolenia i zdawanie kolejnej porcji dokumentacji.
Nie siedzę z tyłkiem przez bite dwa miesiące. Biorę czynny udział w rekrutacji do szkoły ponadpodstawowej, a pod koniec sierpnia znów jestem na radach, w komisjach różnej maści i na szkoleniach.
Co do prezentów. Nie wiem skąd ta myśl, że trzeba nas obdarowywać nie wiadomo czym.
Cieszy mnie i uśmiech, i kwiatek, i laurka. To wybór rodziców i uczniów, a nie przymus.
Nie rozumiem też dlaczego to mnie obarcza się winą za niską frekwencję uczniów w czerwcu. To nie ja wyjeżdżam w czerwcu na urlop, nie zwalniam dzieci szybciej do domu. Ja jestem w pracy, realizuję program, a jeśli faktycznie zrealizowałam go do końca, chętnie coś powtórzę lub włączę ciekawy film, by go potem omówić, poznać opinię młodych ludzi, a nie, by ich zbyć. Trudno to jednak uczynić, gdy na lekcji mam 2 osoby.
Niesamowite jest to, że społeczeństwo wtrąca się w to, jak mam pracować, jakie oceny stawiać i wie lepiej, co w szkole się naprawdę dzieje. Anonimowi (lub nie) internauci obrażają nauczycieli, kpią z nich, wiecznie krytykują, wytykają rzekome przywileje. Są ekspertami czego uczyć i jak. A dziwnym trafem ludzi do pracy w szkole brakuje. Nowego napływu niewiele i wciąż przeciętny Kowalski nie pojmuje dlaczego.
I ten sam Kowalski jakoś nie daje rad przedstawicielom innych zawodów, nie hejtuje ich, nie wypowiada się na temat specyfiki ich pracy, nie wypomina urlopu ani zarobków.
I bardzo dobrze! Ja do tego absolutnie nie namawiam. Zauważam jedynie fakt.
Ja chcę pracować, wykonywać swoją pracę najlepiej jak umiem, otrzymać wynagrodzenie i być po prostu szanowaną obywatelką.
A co do prezentów na koniec roku szkolnego. Upominek lub ich brak to tylko wola ucznia, a nie obowiązek rodzica.
Wyraz wdzięczności można komuś okazać, ale nie trzeba. Proszę o tym pamiętać i dać nam pracować w spokoju i w zaufaniu.
A gdy komuś brakuje tego drugiego zawsze istnieje możliwość edukacji domowej. Tu już znika kwestia klasówek, kartkówek, nieobecności nauczycieli, ich "wakacji" i ewentualnych prezentów na koniec roku szkolnego.
Zawsze mamy wybór?
Prawda?
Zgadzasz się?
Podaj ten post dalej.
Skomentuj.
Udostępnij.
Image by Chat GPT
#edukacja #szkola #polskaszkola #nauczyciel #wychowawca #zakonczenierokuszkolnego
#wakacje #stophejt

SAMOAKCEPTACJA

 


To zdjęcie zrobiła mi wczoraj moja Córa w Teatrze Muzycznym w trakcie przerwy.
Ciekawe, nieplanowane ujęcie. Tylko Ona ma tak dobre oko. Nieświadomie pokazała mnie taką, jaką się czuję. Choć piekielnie zmęczona, bo ostatnie miesiące były (i nadal są) dla mnie bardzo wyczerpujące zarówno pod względem fizycznym jak i psychicznym, to w lustrze widzę kobietę lubiącą swoje odbicie w lustrze.
Kiedyś go nie znosiłam. Czułam się fatalnie we własnej skórze, choć patrząc na zdjęcia z okresu liceum, absolutnie tego nie pojmuję.
Dziś ponad dwadzieścia lat później, przekroczywszy czterdziestkę, mimo siateczki drobnych zmarszczek wokół oczu, lubię siebie i nie wstydzę się do tego przyznać.
Jestem dla siebie lepsza, łagodniejsza i doceniam to kim jestem. Życie mnie doświadczyło, dużo rzeczy zrozumiałam, nauczyłam się i wciąż uczę. Znam swoją wartość, akceptuję, jestem z siebie dumna, pielęgnuję pasje, więcej myślę o sobie.
I patrzę na siebie z uśmiechem.
Każdej z Was, bez względu na wiek, życzę takiej samoakceptacji i sympatii do swojego odbicia.
Kobieto daj se luz.
Odpuść.
Spojrz w lustro.
Tam jest fajna babka, widzisz?
Udostępnij ten post.
Niech przeczyta go jak najwięcej kobiet.
Skomentuj, polub.
Napisz, za co siebie lubisz.
Jestem pewna, że jest za co
#kobieta #kobietapoczterdziestce #youareenough #blogkobiecy

Z PAMIĘTNIKA UCZENNICY...

 



Mam czternaście lat. Jestem w ósmej klasie. Bardzo się boję, bo moje całe życie zależy od tego jakie będę mieć oceny. Moi rodzice mieli pasek co roku. Tata dostał się do liceum bez egzaminów, bo był olimpijczykiem. Mama zdała egzaminy na szóstki i przyjęli ją z otwartymi ramionami. Nie mieli korepetycji. Uczyli się sami, czasem po nocach. Nie chodzili na zajęcia dodatkowe. Mama angielskiego uczyła się z piosenek i filmów. Było jej trudno, bo musiała przebić się słuchem przez lektora, ale oglądała daną scenę tyle razy aż usłyszała, co mówią i notowała to w swoim kajeciku. Dostała się na profil z rozszerzonym angielskim. Była ambitna, wszystko wywalczyła sama.

Ja lubię angielski. Chodzę na dodatkowe zajęcia przygotowujące do egzaminu. Prócz tego mam korepetycje z matematyki. Z polskiego jestem akurat dobra. Chodzę też na gimnastykę. Kocham to, tylko w tym roku jakoś nie mam siły. Mamy dużo sprawdzianów, co jakiś czas próbne, a treningów też jest więcej, bo ćwiczymy do ważnych zawodów. Nasza trenerka jest bardzo wymagająca. Trochę się jej boję i jak się pomylę to układy trzeba ćwiczyć od nowa i dziewczyny są na mnie złe. Przykro mi wtedy. Przygryzam wargi, by nie płakać.

Nie mogę doczekać się wakacji. Wtedy odpocznę. Teraz nie mam na to czasu. Egzaminy i zawody. Muszę pracować, by dać z siebie wszystko. Moi rodzice nie mieli takich możliwości. A ja mam. Nie rozumiem jednak, dlaczego taniec nie daje mi już takiej radości. I że wczoraj nie miałam siły wstać z łóżka, choć jestem zdrowa. Chyba jestem leniwa. Bo ciągle bym spała. I czasem sobie popłaczę pod prysznicem. W sumie to chciałabym zniknąć..

Depresja u dzieci nie bierze się znikąd. U dorosłych też nie. To często dzieci, które bardzo długo były silne. Dawały radę. A Depresja czyhała na słabszy moment, by zaatakować, by odkręcić kran ze łzami, by przykuć do łóżka, by zabrać siły, zdjąć uśmiech z twarzy, by otworzyć czarną otchłań, która pochłania. Jej królestwo jest złowrogo ciche, ciemne. Jej pałac bez okien i drzwi. Z głosem, który namawia by zniknąć i nic nie czuć, bo niebycie to wolność i bezbolesny spokój. Bo życie miażdży, więc po co się męczyć.

Depresja jest okrutną przyjaciółką. Karmi się strachem, łzami. Wysysa energię. Gasi światło. Przytula żelaznym objęciem. Jest zaborcza. Nie lubi przegrywać. Omamia, czyha, obezwładnia. Nie jest wymysłem ani lenistwem. Jest potworem. Nie wybiera. Trafić może na każdego bez względu na wiek, płeć, zawód, status. Często zabiera po cichu, nakłada maskę i bawi się w swój karnawał. A ten trwa latami aż do...

To ważny post.
Udostępnij go.
Skomentuj, polub.
Bądź uważny/uważna.
Depresja to choroba śmiertelna.

#Depresja #zdrowiepsychiczne #szkola #dziecko

Image by Pixabay

UZALEŻNIONA

 


Nazywam się Uzależniona. Przyjmijmy, że mam na imię Małgorzata, choć tak naprawdę moje imię nie jest tu istotne. Ważnego jest to, że jestem uzależniona. Nie od alkoholu, papierosów, leków, ubrań czy operacji plastycznych. Jestem uzależniona od człowieka. Od człowieka, któremu dziesięć lat temu zaufałam, którego kocham, który zamknął mnie w złotej klatce na swój użytek.
Dokładnie pamiętam ten dzień, gdy się poznaliśmy. Byłam na studniówce z sąsiadem, tak z grzeczności. Nie miał z kim pójść, więc zaprosił mnie. Znaliśmy się od dzieciaka, świetnie się rozumieliśmy, był moim przyjacielem. Dopiero po jakimś czasie zdałam sobie sprawę z faktu, że on na swój, niedojrzały jeszcze sposób mnie kochał. Ja jednak byłam zbyt głupia, by to dostrzec. Marzyłam o rycerzu na białym koniu, który będzie nosił mnie na rękach, a nie o chłopaku, który pochodzi z bloków po dawnych pegeerach, który może dać jej tylko siebie.
Gdy poznałam mojego przyszłego męża - dajmy na to Leona, poczułam się wyjątkowo. Kończył studia, był dojrzalszy od moich kolegów, potrafił prowadzić w tańcu, z szacunkiem odnosił się do dziewczyn, nie spił się nigdy, był wesoły i elokwentny. Spodobał mi się bez dwóch zdań. Moje koleżanki kleiły się do niego, a on kulturalnie je spławiał. Ze mną zamienił kilka słów. Jakież było nasze zdziwienie, gdy zjawił się w poniedziałek pod moją szkołą i dopytywał o mnie. Odprowadził mnie do domu. Czułam się przy nim nieco skrępowana, w końcu on już był mężczyzną, a ja dziewczęciem, które kończy technikum i nie wie, co dalej. Przychodził po mnie niemal codziennie, jak tylko mógł. Był cierpliwy. Nie wpychał mi rąk pod bluzkę jak moi rówieśnicy. Był spokojny, miał konkretne plany na przyszłość. Wiedział dokładnie co chce robić. Tym mnie ujął. Moich rodziców także. Gdy zdałam egzaminy zawodowe, pomyślałam o maturze. Leon uznał, że skoro mam konkretny fach w ręku to nie ma sensu. Zresztą marzyła mu się rodzina z prawdziwego zdarzenia. On pracuje, żona jest w domu, zajmując się dziećmi. Choć nie do końca mi się ten plan podobał, przystałam na niego. Moje koleżanki już pracowały i ciągle narzekały. Mnie zazdrościły tego, że za chwilę ułożę sobie życie u boku takiego faceta. Wszystko działo się błyskawicznie. Oświadczyny w Sylwestra, latem ślub i przeprowadzka do wspólnego mieszkania, które Leon dostał w spadku. Podróż poślubna do Grecji, gdzie zaszłam w ciążę. Mój mąż nie posiadał się ze szczęścia. Wszyscy nam gratulowali. Ja poczułam się taka dorosła. Byłam w końcu za kogoś odpowiedzialna i choć od samego początku czułam, że moja sytuacja wcale nie jest taka idealna, odsuwałam od siebie tę myśl. Wszyscy wokół pukali się w czoło, gdy mówiłam, że kota można zaglaskać na śmierć. Leon zajmował się wszystkim, płacił rachunki robił zakupy i nie do końca zwracał uwagę na moje potrzeby.
- Chcę zbudować dom - powiedział pewnego dnia nie pytając mnie o zdanie. - Musimy oszczędzać.
Podkulilam więc ogon i nie marudziłam. W końcu nie pracowałam, byłam na jego utrzymaniu, głodna nie chodziłam a że nie miałam na kino z koleżanką to przecież nie była tragedia.
Ciążę znosiłam świetnie. Mogłabym pracować, ale Leon mi zabronił. Chodziłam ma spacery, do biblioteki, gdzie byłam stałą bywalczynią. Z nudów musiałam coś robić.
Gdy urodziłam córeczkę cała opieka nad dzieckiem spadła na mnie. Leon przecież pracował, pilnował budowy domu, potem remontu, więc ja siedziałam w domu cały dzień. Robiłam tylko Leonowi listę co potrzeba, a on robił zakupy wedle własnego widzimisię. To wtedy zaczęły się kłótnie. Nie miał pojęcia, że muszę mieć w domu leki dla dziecka gdyby nagle dostało gorączki, że mała potrzebuje zabawek, kosmetyków, że gdy do mnie przyjdzie koleżanka z dzieckiem i przyniesie naszej córce prezent ja nie mogę się odwdzięczyć. Było mi wstyd. Przed koleżanką, przed mężem, który uznał że w głowie mi się przewraca. Przed rodzicami, którzy byli tacy szczęśliwi, że tak dobrze trafiłam podczas gdy moja siostra była zdradzana przez swojego męża na lewo i prawo. Samej przed sobą też było mi wstyd. Byłam bezsilna i niezależna.
Leon obiecał mi, że jak mała podrośnie, zacznę pracować. Trzymałam się tej myśli. Marysia podrosła, my zamieszkaliśmy w domu pod miastem, gdzie nie znałam nikogo. Znów byłam sama całe dnie. Bez auta, zresztą nie miałam prawa jazdy. Autobus jeździł tu kilka razy dziennie. Gdy napomknęłam o obietnicy Leon uznał, że bez doświadczenia w pracy będę zarabiać grosze i że to będzie po prostu wstydem dla niego. Powiedział że będzie mi dawał sto złotych na moje potrzeby, żebym już się tak nie denerwowała. Jeszcze kilka lat temu mogłam za to cokolwiek dla siebie kupić, ale z czasem było coraz trudniej. Oszczędzałam, by móc cokolwiek uzbierać dla siebie i dziecka. Mój mąż w pięknych garniturach i z drogimi zegarkami wyliczał nam pieniądze dosłownie na wszystko. Miałam luksus przecież, jeździłam z mężem na wakacje, mieszkałam w pięknym domu. Nikt jednak nie wiedział jak bardzo czuję się nieszczęśliwa i uzależniona od męża. Od niego zależy wszystko. Ja nie podejmuję żadnych decyzji. Córka nasza nie chodziła do żłobka ani do przedszkola. Dopiero zerówka okazała się obowiązkowa i trochę mnie to uratowało. Leon nie mógł z tym polemizować. Ja odżyłam. Zaangażowałam się w życie zerówki, potem w życie klasowe mojej córki. Nie pracowałam, miałam dużo czasu I czułam się potrzebna. Ktoś mnie doceniał i liczył się z moim zdaniem.
Dziś Marysia ma 10 lat, jeszcze mnie potrzebuje, ja już jednak wiem, że to ostatni moment bym pomyślała o sobie. Jeszcze nie wiem jak to zrobię, czuję jednak, że muszę walczyć o siebie i robić coś dla siebie. Duszę się w mojej złotej klatce, miotam, szukam z niej wyjścia. Niewykluczone, że będę musiała z niej uciec, bo uszczęśliwianie innych nie może oznaczać niszczenia samej siebie.
#kobieta #miłość #blogkobiecy #relacja #związek
Podoba Ci się ten tekst?
Udostępnij go.
Polub, skomentuj.
Te historie pisze życie.
Image by Pixabay

STOP HEJT

 


Hejt.
Spotyka nas czasami. Często. Codziennie. Zawsze.
Stał się nieodłącznym elementem naszego życia.
Czy kiedyś go nie było?
Był.
Ale nie każdy miał odwagę swoją frustrację rzucić Ci prosto w twarz.
Dziś odwagi często nadal brak, ale możliwości już nie.
Internet daje nieograniczone pole do hejtowania.
Piszę blog. Publikuję swoje zdjęcia, więc gdy spotka mnie hejt, słyszę:
- Mogłaś się z tym liczyć.
- Było nie publikować.
- Wystawiasz się.
Bzdura!
Na hejt nie ma żadnego przyzwolenia bez względu na to, czy jesteś w mediach społecznościowych obecny czy nie.
Hejt to przemoc. Kropka.
A hejtowana byłam:
- za wygląd,
- za taniec,
- za zawód (oj zbliża się koniec roku szkolnego, to jakie pomyje wylewa sie na nauczycieli zasługuje na osobny post),
- za jazdę rowerem i krytykę służb publicznych za brak odśnieżania chodników i ścieżek rowerowych,
- za wyrażenie własnej opinii np. słów Profesora Bralczyka odnośnie zdychania zwierząt,
- za piętnowanie chamstwa, gdy jakiś jegomość wypisywał mi niewybredne wiadomości na temat mojej fizyczności, a które to ujawniłam.
Generalnie jestem w necie to muszę oberwać, bo czemu nie? Dowalić jej, niech ma!
Spirala się nakręca. Błoto leci zewsząd.
Autor hejtu najczęściej znika, bo odwagi powiedzieć mi tego w cztery oczy by nie miał, ale reszta towarzystwa dodaje swoje trzy grosze nawet mnie nie znając.
To czyjeś matki, ciotki, przyjaciółki, mężowie, bracia, ojcowie, kumple. To ludzie obok nas, sfrustrowani, nieszczęśliwi, smutni. Często niewidzialni, niby nieszkodliwi. A jednak. Po mnie to spłynęło. Ale gdybym miała gorszy czas w życiu, nie wiem, jakbym zareagowała.
Dlatego o hejcie trzeba mówić jasno i wprost.
Hejt trzeba potępiać.
Bo hejt krzywdzi, rani, miażdży, a nawet zabija.
Zatem zanim coś skomentujesz, zastanów się czy przypadkiem nie bierzesz udziału w linczu.
Czy aby na pewno te kilka słów, napisane w pośpiechu to nie głębokie pchnięcia nie do zagojenia...
Spotkał Cie hejt?
Skomentuj.
Zgadzasz się. Podaj ten post dalej.
#stophejt #stopmowienienawisci

NOC KUPAŁY

 


Gdy byłam dzieckiem uwielbiałam, gdy mama opowiadała mi rodzinną opowieść o prababci Katarzynie. W okresie letnim prosiłam mamę, by co wieczór opowiadała mi ją do snu.
Mama miała wielki dar mówienia. Powinna była być aktorką. Zupełnie nie wiem czemu pracowała w kadrach w wielkich miejskich zakładach. Ta praca dusiła jej talenty, o których wiedziałam tylko ja i moja siostra, którym to opowiadała niezliczone bajki, bawiła się w teatrzyki i szyła cudowne ubrania na bale przebierańców. Historię prababci Katarzyny pokochałam do tego stopnia, że chciałam być przebrana z rusałkę z wiankiem z żywych kwiatów na głowie. Skąd mama brała te kwiaty? Nie wiem. Chyba była czarodziejką. Co roku czekałam na letnią czerwcową noc, by przypomnieć sobie magię rodzinnej opowiastki, którą tak pięknie opowiadała mi moja mama, że wszystko byłam w stanie sobie wyobrazić jakbym tam była.
Prababcia siedziała przy oknie, a wieczorne światło miękko osiadało na jej srebrnych włosach. W dłoniach obracała stary, pożółkły wianek zasuszonych kwiatów, który od lat przechowywała w drewnianej szkatułce.
— Babciu Kasiu, opowiedz mam skąd masz ten wianek, nio opowiedz! — prosiła słodkim głosikiem mała Marysia.
Prababcia wcześniej zamyślona skinęła głową.
Dzieci natychmiast przysunęły się bliżej.
Kobieta uśmiechnęła się lekko, lecz w jej oczach pojawił się cień jakiegoś niezrozumiałego smutku, który Marysia pojąć miała dopiero za wiele lat.
— Byłam wtedy bardzo młoda. Mieszkałam ma wsi, magicznym miejscu pełnym łąk, pól i lasów. Byłam szestanoletnim dziewczęciem i wierzyłam, że świat jest pełen cudów. Co roku czekałyśmy we wsi na Noc Kupały. Każda z dziewcząt czekała tego jedynego.
Tamtego roku była taka ciepła i jasna od ognisk płonących nad rzeką. Dziewczęta plotły wianki, chłopcy śpiewali, a starzy ludzie opowiadali o kwiatach paproci i duchach, które tej nocy wędrują między ludźmi.
Pamiętam, że oddaliłam się od innych.
Nie wiem czemu. Po prostu poczułam, że muszę być sama.
Usiadłam nad wodą i zaczęłam splatać wianek z polnych kwiatów. Wtedy usłyszałam za sobą głos.
— Piękny wianek.
Odwróciłam się.
Stał tam młody mężczyzna.
Nigdy wcześniej go nie widziałam.
Nie pochodził z naszej wsi ani z żadnej okolicznej osady. Był ubrany prosto, lecz w jakiś sposób różnił się od wszystkich ludzi, których znałam.
Miał oczy tak jasne, że w blasku księżyca wydawały się niemal srebrne. Był piękny. Serce biło mi jak oszalałe.
— Jak miał na imię? — zapytała najmłodsza prawnuczka Marysia.
Prababcia zamyśliła się.
— Powiedział, że Jan. Lecz po tylu latach nie jestem pewna, czy było to jego prawdziwe imię.
Rozmawialiśmy długo. Nie pamiętam wszystkich słów. Pamiętam za to uczucie, jakbym znała go od zawsze. Jakbyśmy spotkali się już kiedyś, dawno temu, w miejscu, którego nie potrafię sobie przypomnieć. Kiedy puściłam wianek na wodę, nurt porwał go ku środkowi rzeki. Jan wszedł do wody i przyniósł mi go z powrotem. Gdy przypadkiem dotknął mojej dłoni, aż ciarki mnie przeszły. I ten jego wzrok.
Potem spacerowaliśmy wzdłuż brzegu. Sami. Jan miał w sobie jakiś spokój. Nie bałam się go, choć był przecież zapełnie obcy.
Noc była niezwykle cicha.
Nagle po drugiej stronie rzeki rozbłysło złote światło. Migotało między drzewami.
— Kwiat paproci? — szepnęłam.
Jan spojrzał w tamtą stronę.
Pamiętam, że jego twarz nagle spoważniała.
— Nie wszystko, co świeci w tę noc, jest przeznaczone dla ludzi — powiedział.
Były to najdziwniejsze słowa, jakie kiedykolwiek usłyszałam.
Prababcia zamilkła na chwilę.
— A potem? — zapytały dzieci niemal równocześnie.
— Potem usłyszałam śpiew dochodzący od ognisk. Odwróciłam głowę tylko na moment. Dosłownie na moment. A gdy spojrzałam z powrotem...Jana już nie było. Nie odszedł ścieżką. Nie wszedł między drzewa. Po prostu zniknął. Jakby rozpłynął się w nocnej mgle.
Przez wiele dni pytałam ludzi o nieznajomego młodzieńca. Obchodziłam okoliczne wsie. Nikt go nie znał. Nikt go nie widział. Nikt nawet nie słyszał, by ktoś taki przybył w tamte strony.
Dzieci siedziały w milczeniu.
— Nigdy więcej go nie spotkałaś? — zapytała Marysia, której z wrażenia zaróżowiły się policzki.
Prababcia pokręciła głową.
— Nigdy. Ale co roku, gdy nadchodzi Noc Kupały, wracam myślami do tamtego wieczoru.
Czasami śni mi się rzeka skąpana w księżycowym blasku. Widzę młodzieńca stojącego na drugim brzegu. Nie mówi ani słowa. Tylko patrzy.
A gdy próbuję do niego podejść, budzę się.
Staruszka wstała, wzięła jakąś książkę, otworzyła ją i spomiędzy jej stron ostrożnie wyjęła zasuszony kwiat.
— Wiecie, co jest najdziwniejsze?
Dzieci pokręciły głowami.
— Następnego ranka znalazłam ten kwiat w swoim wianku. Nigdy wcześniej go nie widziałam. Nie rósł na naszych łąkach ani w okolicznych lasach.Pokazywałam go zielarkom, sąsiadkom. Nikt nie potrafił powiedzieć, co to za roślina. Tylko szeptucha mieszkająca na skraju wsi tajemniczo się uśmiechała. Ale nie chciała mi nic opowiedzieć.
Prababcia zamknęła schowała kwiat i odłożyłaksiążkę. .
— Być może był zwykłym wędrowcem, którego los postawił na mojej drodze na jedną noc, a może był...- nie dokończyła zdania.
Spojrzała przez okno, za którym zapadał zmierzch i znów wyszeptała:
— A może nie wszystkie spotkania są przeznaczone po to, by trwać i je rozumieć. Niektóre przychodzą tylko na chwilę, pozostawiając po sobie wspomnienie, którego nie zabiera nawet czas.
I przez krótką chwilę dzieciom wydawało się, że w oczach prababci odbił się ten sam srebrzysty blask, który przed wielu laty zobaczyła nad rzeką w Noc Kupały, a bystra Marysia dostrzegła jedną mieniącą się łzę na twarzy prababci i gotowa była przysiąc, że przez moment zamiast ukochanej staruszki zobaczyła młodą dziewczynę z blaskiem w oczach i wiankiem na głowie...
Image by Chat GPT
Podoba Ci się to, co piszę?
Udostępnij ten post.
Polub moją stronę.
Skomentuj.
#nockupaly #przesilenieletnie #magiczneopowiesci #literaturakobieca #opowiadanie

#dzienkulturyfizycznej

 


Dlaczego warto się ruszać, gdy jest się kobietą?
Bo kobieta to nie mebel – nie została stworzona do stania w kącie!
Ruch to taki magiczny kosmetyk, który nic nie kosztuje, a potrafi zdziałać cuda.
Kiedy się ruszamy, nasze ciało mówi: „Dziękuję!” – mięśnie stają się silniejsze, plecy mniej marudzą, a schody przestają wyglądać jak wejście na Mount Everest.
Ruch pomaga też wyrzucić stres za drzwi. Zamiast kłócić się z całym światem, można pójść na spacer, przejażdżkę rowerem albo potańczyć do ulubionej piosenki. Po kilku minutach człowiek przypomina sobie, że życie jednak jest całkiem fajne.
Nie trzeba od razu biegać maratonów. Chodzi po prostu o jakikolwiek regularny ruch.
Pamiętajcie Dziewczyny!
Aktywność fizyczna to inwestycja, która zawsze się zwraca.
Dlaczego dziś o tym?
Bo mamy Dzień Kultury Fizycznej.
Ja uwielbiam się ruszać. Śmieję się, że gdy nie piszę to tańczę, jadę rowerem lub robię trening u siebie w garażu (gdzie nikt mi nie przeszkadza i muza leci na cały regulator).
Polecam.
Ruch to nie kara
#dzienkulturyfizycznej #sport #ruch #taniec #fitkobieta

DO RODZICÓW UCZNIÓW na zakończenie roku szkolnego

 


Oceny roczne wystawione, już po radach klasyfikacyjnych. Klamka zapadła. Nauczyciele zawaleni papierami, ale dziś nie o tym ile to mamy pracy. Bo mamy i jak co roku trzeba ją wykonać. Taki zawód (rozumieć wedle własnej definicji).
Niezmiennie jednak zaskakują mnie rodzice uczniów. I choć naprawdę gros z nich to po prostu fajni ludzie, to słuchając opowieści kolegów i koleżanek z innych szkół (i nieważne czy podstawowych czy ponadpodstawowych) łapię sie za głowę.
Serio? Tak można? Tak rodzice piszą/reagują?
Ci sami rodzice krzyczący, że oceny nie są najważniejsze i że pasek nic nie znaczy?
A piszą maile, dzwonią, żądają spotkań, wykłócają o oceny. Nie zawsze to merytoryczna rozmowa. Często to pretensja, roszczenie, obrażanie, wyśmiewanie, czy nawet zdarzało się słyszeć o groźbach.
Ludzie najmilsi!
Nikt nie jest idealny. Ani uczeń ani żaden nauczyciel. Jesteśmy z krwi i kości, pieruńsko zmęczeni, przebodźcowani. Pewnie, że popełniamy błędy. Pewnie, że wśród rzeszy wspaniałych nauczycieli znajdzie się taki, co to zapomniał o swoim powołaniu lub nigdy go do tej roboty nie miał. Ale czy naprawdę trzeba ciągle w nas wszystkich strzelać? Czy te oceny zawsze i wszędzie są tak ważne?
Rozumiem ósmoklasistów. Tu system jest bezlitosny, a algorytm rekrutacyjny bez emocji. Ale by pazurami o te oceny walczyć w innych klasach podstawówki czy szkoły średniej? Albo żeby w połowie czerwca za ucznia kłócić się zajadle o oceny i wypisywać do tych nauczycieli? Pouczać ich, wyśmiewać, oskarżać? W imię idei: trójka zamiast dwójki czy piątka zamiast czwórki. Bo ma być taka ocena i koniec!
Serio? Świat zawali się w posadach?
Ktoś zachoruje, odejdzie, gdy tego paska nie będzie?
Drogi Rodzicu, przemyśl to.
Warto kruszyć kopię?
Ja jak rodzic i nauczyciel powiem, że nie. Nie warto.
Warto to być dobrym człowiekiem z cenzurką schowaną głęboko. Warto sie uśmiechać, czynić dobro i żyć tak, by nie mieć sobie nic do zarzucenia.
A ja z obserwacji moich wnioskuję, że do zarzucenia ma nie ten belfer, co rzekomo się się uwziął, lecz ten kto niby z dobrą intencją wykłóca się o oceny, o których za miesiąc nikt nie będzie pamiętał.
I jeszcze jedno.
Mamo, Tato jesteście pewni, że Waszą pociecha umie na tę ocenę? Czy ten spór wadzi Waszej ambicji?
Jeśli nie umie, to ... sami rozumiecie.
A jeśli wiedzę ma to, to jest najważniejsze.
A jak sami doskonale wiemy, wiedza, która z ocenami na świadectwie nie zawsze idzie w parze i piątka piątce nierówna...
Jakie jest Twoje zdanie?
Skomentuj.
Polub.
Udostępnij.
Image by Chat GPT
#szkola #edukacja #zakonczenieroku #nauczycielka

WYKŁAD PERFORMATYWNY

Mój pierwszy wykład performatywny! Gdzie moim zadaniem było czytać swoje osobiste teksty, dać im charakter, intonację. Krótko mówiąc - dać i...