BEZ MAKIJAŻU

 


Dzień Bez Makijażu, zatem zażywszy wieczornej kąpieli zrobiłam sobie fotę.
Jak się komu nie podoba to akurat pasuje, postraszę (noc prawie przecież mamy:)
Oszukiwać nie będę, że codziennie tak sobie śmigam. Wręcz przeciwnie - lubię delikatny makijaż, szczególnie oka. Ust nie maluję, co najwyżej musnę je błyszczykiem lub miodem. Za to oczęta lubię podkreślić.
Bez makijażu chodzę latem, cera lekko opalona, zdrowsza, bo pełna witaminy D to i człowiek jakiś taki odważniejszy. A że mam zawsze sińce pod oczami to wolę jednak, gdy ta buzia jest potraktowana słońcem lub kremem BB.
Mówią, że natura ponoć najpiękniejsza, że najlepiej by było się nie malować, ja jednak namawiać do tego nie będę. Będę namawiać, by każda z Was czuła się komfortowo w swojej skórze, bez względu na to czy lubi prezentować się saute czy w pełnym makijażu. Bądźcie sobą, bez przymusu. Takie, jak lubicie. To Wam ma być dobrze.
Dobrej nocy!

NIE ZNAJDUJĘ SŁÓW

 


Czasami jest tak, że nie znajduję słów. Ponoc nieźle nimi żongluję, ale w takich sytuacjach nie jestem w stanie wyrazić świata. Szczególnie, gdy moja córka po raz kolejny pyta: "Dlaczego? Mamusiu dlaczego ktoś jest zdolny do takiego okrucieństwa wobec dziecka?". I ja milknę.
Cały Internet huczy. Komentarzy tysiące - oskarżenia, próby wyjaśnienia, propozycje kary. Wiele naprawdę mądrych osób wykazało, kto gdzie popełnił błąd. I niewątpliwie mają rację.
Jednak, dziś kiedy krzyczymy najgłośniej i chcemy posłać oprawców na szafot, rozejrzyjmy się wokół siebie. Bądźmy uważni, reagujmy. Takich Kamilów może być więcej. Czasami jeden człowiek, jedna reakcja ma ogromną moc i może zmienić nurt rzeki, a tym samym uratować czyjeś życie. Może życie bezbronnego dziecka...
Spokojnych snów Kamilu...

DZIEŃ CELIAKII

 


Wczoraj obchodzono Międzynarodowy Dzień Celiakii i dziś znalazłam chwilę, by napisać kilka słów w tym temacie.
Samej choroby nie pamiętam, bo byłam małym dzieckiem, gdy stwierdzono u mnie tę przypadłość.
Lata osiemdziesiąte, dziecko urodzone z niską wagą, chorowite, szprycowane antybiotykami, chrzczone w szpitalu. Generalnie wybierałam się na tamten świat, ale jako, że byłam uparta to zostałam. Widocznie uznałam, że zabawię trochę na tym padole:)
Jednak żeby nie było za nudno zdiagnozowano u mnie właśnie celiakię nabytą (wskutek długotrwałej antybiotykoterapii).
Dziś powiecie - ok, dzieciak na diecie. Wtedy? Koszmar. W sklepach ocet, wszystko na kartki. Dobre znajomości się przydały i cierpliwość, gdy stało się w kolejkach, bo coś właśnie rzucili. Gdyby nie dary z Caritasu pewnie nie miałabym co jeść. Mama piekła mi kukurydziany chleb, cudowała, by mnie (niejadka na dodatek) jakoś wyżywić. Do żłobka nie chodziłam. Na myśl o przedszkolu moi rodzice drżeli, bowiem wiedzieli, że takiego dzieciaka, z takimi wymogami żywieniowymi to nie przyjmą. Kilka lat w musieli nieźle kombinować i wystać się w tych kolejkach. Na szczęście trafili na mądrego pediatrę, który z tej nabytej celiakii jakimś cudem mnie wyprowadził. Udało się, mogłam iść do przedszkola jak inne dzieci. Nadal byłam niejadkiem, ale już nie dziwolągiem i skaraniem boskim. Ani Kasią Kukurydzianką.
Celiakia to poważna choroba. Może doprowadzić do wyniszczenia organizmu. Ta nabyta, jak się okazuje, może zostać wyleczona. Ta stała organizuje życie, ale go nie przekreśla. Dziś jest łatwiej. Dzieci mogą chodzić do żłobka, przedszkola i szkoły, bo różne wymogi żywieniowe nikogo nie dziwią. Można iść do restauracji, spotkać się u znajomych. Celiakia już nie wyklucza. Na szczęście:)

UŚMIECH

 


Mówią, że uśmiech to krzywa, która wszystko prostuje.
Zwykły grymas, który rozładowuje napiętą atmosferę, rozczula, relaksuje, odpręża, rozwiązuje problemy, uspokaja, łagodzi.
Naukowcy twierdzą, że uśmiech angażuje aż 18 mięśni twarzy. A gdy przeradza się w niekontrolowany śmiech – wprawia ich w ruch aż 80!
Uśmiech to zatem niezły fitness, kosmetyk i antydepresant w jednym:)
Uśmiechnij się, po prostu - jesteś taką fajna osobą, wiesz?

TESTY ÓSMOKLASISTÓW

 



Dziś wielki dzień Ósmoklasistów. Zaczynają swój trzydniowy maraton - ich być albo nie być. Przygotowywani latami, w pewnym sensie tresowani do rozwiązywania testów mają jedną szansę, by decydować o swojej przyszłości. Udogodnieniem jest pisanie egzaminu w swojej macierzystej szkole, wśród nauczycieli których zna, pisanie samemu lub na komputerze. To duży plus.
Moje pokolenie testy pisało w szkole docelowej - w obcym budynku, wśród nieznanych sobie osób, mogło wybrać tylko jedną placówkę na dalszą drogę edukacji.
Dziś niby sporo się zmieniło. Dzieciaki aplikują online, obecnie składają papiery do tylu szkół, ilu chcą (w Gdańsku). Profile nęcą chwytliwymi nazwami.
A mimo to czuję, że polski system edukacji nie nadąża za rzeczywistością, że zabija kreatywność uczniów, każe im wpasować się w ramy, w klucz odpowiedzi, uczy mechanicznych ruchów, ogranicza swobodę. Chciałoby się polecieć Gombrowiczem i powiedzieć, że "upupia". Ach...
Dziś jako belferka siedzę w komisji egzaminacyjnej i trzymam kciuki za ósmoklasistów, nieźle "przeoranych" przez wadliwy system - wymieszane roczniki, nauczanie online, ciągłe zmiany.
Mam jednak nadzieję że bez względu na wyniki testu dzieciaki sobie poradzą, odnajdą swoją drogę i będą szczęśliwe. Tak po prostu.

Ósmoklasistka

 



Egzaminy uczniów klas ósmych dobiegły końca. Dzieciaki mogą w końcu odetchnąć i przez moment nie słyszeć żadnej tyrady pt. "egzamin" (wystarczy, że od września zaczną słyszeć "matura" lub "egzamin zawodowy".
Patrząc na nich, siłą rzeczy przypominam sobie samą siebie z tamtego okresu, gdy jeszcze taka "nieopierzona" i zielona zdawałam moje egzaminy w docelowym liceum (w sumie tylko z matematyki, bo z polskiego byłam zwolniona).
Zdenerwowana, ale zmotywowana, bo pragnąca stać się "Konopniczanką" (włocławianie wiedzą o co chodzi!), wtedy jeszcze myśląca, że pójdę na polonistykę lub na prawo:)
I mimo że byłam z wyżu demograficznego to nie wspominam tamtego czasu jako jakiejś traumy. Ot, takie były zasady, by kontynuować edukację. Trzeba było wziąć byka za rogi. W moim macierzystym liceum otworzono wtedy osiem klas pierwszych, by nas pomieścić.
Dziś moje Dzieciaki, już otrzaskane z formą egzaminu wychodziły ze szkoły po angielskim wyluzowane. Zadowolone. Część z nich już aplikowała do wymarzonych szkół. Inni wciąż się zastanawiają. Czeka ich gonitwa. Zdublowane roczniki, dodatkowo koledzy z Ukrainy, a nowych szkół średnich przecież się nie buduje. Trzeba będzie wszystkich gdzieś upchnąć. Jak? Gdzie? Nikt nie wie. Czy zostaną otwarte nowe klasy? Nie wiadomo, bo to kosztuje, a temat edukacji i jej finansowania do najprzyjemniejszych nie należy, tym bardziej, że mnóstwo nauczycieli odchodzi z zawodu lub zmienia placówkę. I tego Dzieciakom nie zazdroszczę, dlatego tym mocniej trzymam kciuki, by im sie udało.
Odkopałam zdjęcie z zakończenia ósmych klas. Tak, miałam proste włosy!

NIE TO NIE

 


Jestem oburzona. Jestem wściekła i sfrustrowana. Stąd mój wczorajszy krótki post, ale że dostaję od Was wiele zapytań oraz opisujecie mi swoje historie, postanowiłam rozwinąć moje słowa.
Jako obywatelka, Polka, Europejka, kobieta, matka jestem przerażona. Wczoraj dane do wiadomości informacje o decyzji prokuratora dotyczącej czynu taksówkarza wobec szesnastoletniej dziewczyny bardzo mną wstrząsnęły.
Okazuje się, że można zaczepić dziewczynę/kobietę, dotykać ją w sposób taki, że ona czuje się zagrożona, całować ją, zatrzasnąć drzwi samochodu i mimo wszystko nie zostać odpowiednio ukaranym.
Okazuje się, że takie skandaliczne zachowanie nie jest traktowane jako czynność seksualna (a za takową sprawcę czeka inna kara). To ja się do cholery pytam - co to jest? Ktoś ma moim blogu zapytał czy to gra wstępna. Niestety mężczyzna.
Ludzie!!! Mamy dwudziesty pierwszy wiek, jesteśmy świadomi, cywilizowani i naprawdę nadal trzeba tłumaczyć, że choćby nie wiem jak chuć była silna to łapy trzeba trzymać przy sobie? Że nawet jeśli nastolatka wygląda poważniej to nic, ABSOLUTNIE NIC, nie można jej zrobić? I ta sama zasada dotyczy KAŻDEJ KOBIETY BEZ WZGLĘDU NA WIEK! A w obecnej sytuacji wydaje się, że mężczyzna dostaje przyzwolenie. Se pomaca, pocałuje, poślini, nacieszy oczy, nakarmi zgłodniały popęd i jest praktycznie bezkarny. Ot, najwyżej dostanie jakiś wyrok w zawiasach i kilka godzin prac społecznych. I jeszcze powie, że kobieta go szczuła, bo miała krótką spódniczkę albo dekolt. No krew mnie zalewa!
A słyszał kto, by się baba na chłopa zaczaiła, bo ten bez koszulki biega czy w szortach? I mówiła jeszcze, że ją w ten sposób zachęcał? No ku..wa nie! A kobiety też mają popęd seksualny i jakoś dają radę. Dziwne prawda? I proszę mi tu nie mówić, że kobieta raz chce a raz nie chce. Jeśli w jakimkolwiek momencie mówi "nie" to choćby nie wiem jak partner byłby napalony, powinien iść pod zimny prysznic i uszanować jej wolę. Bo taka jest niestety widać prawda, że niektórzy mężczyźni kobiet w tym kraju nie szanują. Dają jawną zgodę na cielesny podryw. Traktują kobiety przedmiotowo niczym lalki, których zadaniem jest sprawianie przyjemności płci męskiej bez względu na to czy one same tę przyjemność odczuwają. I nie godzę się na to!!! Jako kobieta, matka, nauczycielka. Nie wiem jakbym zachowała się w takiej sytuacji. Czy bym się broniła, krzyczała, czy też zastygła w przerażeniu. I żadna z nas nie wie. Wiem natomiast, że jako matka czy nauczycielka chciałabym kary dla zwyrodnialca, który w jakikolwiek sposób dotknąłby moje dziecko czy uczennicę. I nie godzę się na to, by nie nazywać rzeczy po imieniu. Molestowanie to molestowanie!!! To czynność seksualna lub czynność mająca na celu doprowadzenie do innej czynności seksualnej. Jak kobiety mają czuć się bezpiecznie w tym kraju, jeśli prawo nie stoi po ich stronie? Jeśli komuś wolno więcej i ktoś inny decyduje co to było? Jak mam wyjaśnić to mojej córce, że ma na siebie uważać tylko dlatego że jest dziewczynką? Że powinna chodzić zapięta po szyję, bo ktoś może uznać, że jest zbyt wyzywająca? Wolne żarty! Może zacznijmy od edukacji seksualnej młodzieży i nauczmy chłopców jak należy traktować koleżanki, by w dorosłym życiu nie zrobili nikomu krzywdy tylko dlatego, że ich członek stanął na baczność?
Gdy Szanowny Pan Czarnek mówi o cnotach niewieścich zapytajmy gdzie są cnoty rycerskie? Czy my żyjemy w kraju patriarchalnym, gdzie kobieta nie może stanowić o sobie?!!
Łapię się za głowę, rzucam zaklęcia (czytaj: rzucam mięsem) i ponownie dochodzę do wniosku, że w tutaj kobiet się nienawidzi. Czy tylko dlatego, że nic nam nie majta między nogami to jesteśmy gorszym sortem obywateli? Nosz k...rwa nie! Ja się pytam, gdzie jest ta prawda i sprawiedliwość zatem? Słów brak.
Zgadzasz się?
Podaj ten post dalej.
Obraz Gerd Altmann z Pixabay

NAJSZCZĘŚLIWSZA DZIEWCZYNA NA ŚWIECIE

 


No tak, była przecież taka szczęśliwa, bo na palcu lśnił wielki pierścionek z diamentem, który nosiła jego ukochana babcia.
Była szczęśliwa, bo dzięki wyrzeczeniom schudła do rozmiaru XS i poddała się zabiegowi zmniejszenia obfitego biustu, który przyciągał uwagę płci przeciwnej, a z niej czynił obiekt seksualny.
Była taka szczęśliwa, bo robiła karierę, nosiła drogie torebki i buty. Bywała na przyjęciach, na których każdy chciał się pokazać.
Była taka szczęśliwa, bo zazdrościli jej urody, pracy i faceta jak z żurnala.
Była szczęśliwa, bo świat jaki zaprojektowała sobie wokół miała pod kontrolą. Nic nie mogło jej zaskoczyć. Zawsze wiedziała co ma powiedzieć. Wyreżyserowała każdą chwilę. Dyplomatyczna, czujna, czarująca. Pozornie pewna siebie. Na zewnątrz twarda skała, wewnątrz płynna gorąca lawa.
Uszczęśliwiała także innych, mówiła im co chcą usłyszeć.
Była szczęśliwą nakręconą lalką wykonującą wyuczone ruchy, uśmiechającą się ma pokaż, robiącą obrót na hasło. W łóżku z tym wymarzonym facetem skupiona na nim, głucha na własne potrzeby.
Była taka szczęśliwa z tym przyklejonym uśmiechem, na niebotycznych szpilkach w ołówkowej spódnicy na wdechu, byleby zachować nienaganną sylwetkę. Ze ściśniętą żuchwą, byleby nie powiedzieć za dużo. Nie wygadać się i nie zdradzić co tak naprawdę myśli. Nie przyznać się do tego, co w głębi czuje. Nie wracać do przeszłości. Grać swoją rolę pierwszorzędnie. Wyprzeć ze świadomości to, co sprawiło, że szczęśliwa będzie chciała być na siłę. Że to szczęście sobie wmówi, choć ciało i podświadomość będą krzyczeć.
Jak wtedy gdy miała kilkanaście lat, wypiła za dużo na imprezie i on ją wszędzie obmacywał i lizał. Gdy ten drugi skorzystał z okazji, że ona już leży i wszedł w nią nie zważając na to, jak się broni. Kiedy ten trzeci chciał ją odprowadzić do taksówki, a zawlókł do jakiegoś pokoju i rzucił na łóżko. I wmawiał jej, że tego chce. Że po to kusi dekoltem i krótką spódniczką i niech nie udaje świętej, bo wszyscy wiedzą jaka jest. Sama tego chciała, by ją przelecieli, więc to zrobili.
To wtedy po raz pierwszy poczuła, że brakuje jej powietrza, że dusi się we własnym ciele i go nienawidzi. W szkole huczało od plotek. Ona sama bała się iść na policję, a gdy za namową przyjaciółki poszła, nie wytrzymała presji pytań.
Jak była ubrana?
Ile wypiła?
Jaki miała makijaż?
Czy tańczyła?
Jak dziewczyna ma udowodnić, że choć była pijana to nie chciała współżycia?!
Że krótka spódniczka i obfity biust to nie jest zaproszenie do seksu? Że została zgwałcona przez kolegów ze szkoły, którzy kolejnego dnia zachowywali się jak gdyby nigdy nic, a gdy tylko zorientowali się, że ona może zacząć mówić, rozpuścili plotki. Zmiażdżyli ją i fizycznie i psychicznie.
To dlatego nie walczyła o ukaranie sprawców.
To dlatego zagryzając wargi przemykała szkolnym korytarzem dźwigając swój sekret.
To dlatego postanowiła, że będzie szczęśliwa, że będzie grała i mówiła ludziom to, co chcą usłyszeć. Na studiach schudła, uzbierała na operację biustu, nauczyła się grać pewną siebie. Dostała niezłą pracę i poznała tego jedynego. I zaczęła być szczęśliwa, choć przeszłość ją uwierała, przypomniała o sobie w najmniej spodziewanych momentach. Była jej niewolnikiem. Zaplątała się w swoich kłamstwach. Sama już nie wiedziała kim jest.
Pewnego dnia obudziła się i uznała, że dalej już tak nie może. Dusiła się, demony tańczyły jej w głowie. Oddała pierścionek, odwołała ślub, spotkała się z jednym z oprawców. Zaczęła być sobą. W końcu. Zaczęła mówić to, co naprawdę myśli. Zaczęła nosić to, co lubi. Zaczęła oddychać głęboko. Skonfrontowała się publicznie z przeszłością. Stawiła czoła plotkom. Wypiła za dużo. Śmiała się, bawiła, bo miała do tego prawo. Miała obfity biust, bo taką miała naturę. Nie kusiła, nie prowokowała, mówiła "nie", odpychała. Nie mieli prawa jej rozebrać. Nie mieli prawa wykorzystać jej stanu upojenia dla swoich seksualnych potrzeb. Nie mieli prawa jej zgwałcić. Nie mieli prawa szargać jej imienia.
Dziś ona to wie. Mówi o tym głośno. Skłania inne kobiety do mówienia prawdy. A tych reaguje coraz więcej. Piszą, mówią, otwierają się. A ona, bez tego gorsetu i udawania kim nie jest, dopiero zaczyna rozumieć, że ma prawo być szczęśliwa i może bezkarnie się tym cieszyć. I tak, jest szczęśliwa.
Udostępnij ten post.
Jest on ważny.
Czytaj mnie.
Wiem, że warto.
Image by Pixabay

KOBIETY KOBIETOM

 


Dziewczyny serio bywamy wstrętne. Uwielbiamy dogryzać, dowalać szczególnie innym kobietom. I w głowie mi się nie mieści, czemu jesteśmy tak wredne. Najlepiej plucie hejtem wychodzi nam w internetach. O tak, wtedy jesteśmy tej dyscyplinie mistrzyniami świata.
Obserwujemy celebrytki i dajemy popis swoich językowych umiejętności.
Ta ma zmarszczki. "To by coś z sobą zrobiła no patrzeć się nie da."
Ta botoks wstrzyknęła. "No jak lalka. Fe!"
Ta gruba. "Powinna schudnąć."
Ta chuda. "Przytyłaby trochę."
Ale się wymalowała. "Staro wygląda.
Bez makijażu do ludzi?! Okropna!"
Ciągle coś reklamuje. "Już nią rzygam."
Uuu zniknęła z mediów. "Pewnie pije i po karierze."
Schudła po ciąży. "Na pewno miała operację zresztą tyle kasy ma to może."
Nie schudła po ciąży. "By się wstydziła. Wygląda jak baleron."
Ma nowego faceta. "No ba, odbiła innej. Czego to dla kariery się nie robi?"
Nie ma faceta. "No tak, nikt jej nie chce."
Ćwiczy. "Ale się chwali. I tak ma stare ciało."
Nie ćwiczy. "Mogłaby się ruszyć. Jest taka sflaczała."
Założyła golf z aplikacjami. "Jezu, po co się tak wystroiła, jak choinka."
Założyła sukienkę. "No i po co te chude/grube nogi eksponuje. Brzydkie toto."
Namawia do samokontroli piersi. "Znawczyni się udała od siedmiu boleści."
Nie podejmuje żadnych społecznych akcji. "Egoistka. Tylko by coś reklamowała i kasę zbierała."
Dziewczyny drogie! Baby kochane! Serio będziemy tak się lały po pysku każdego dnia? Będziemy tak sobie dogryzały i pluły jadem gdzie popadnie? A gdzie do cholery jest solidarność jajników? Gdzie wsparcie? Wiemy jak nam trudno w życiu. Nie ma co, płeć brzydsza ma naprawdę fory w wielu dziedzinach. Na tych samych stanowiskach mężczyźni zarabiają więcej. Mężczyzn się faworyzuje, bo w ciążę nie zachodzą i zwolnienia brać na dzieci nie będą. Bo nie będą narzekać na bóle miesiączkowe czy nadczynność tarczycy. To często mężczyźni decydują czy kobieta zrobi karierę. To jej proponują awans przez łóżko. To ją łatwiej nazwać puszczalską podczas gdy w takiej samej sytuacji on będzie macho albo co najwyżej zimnym draniem.
Przykładów można by tu mnożyć, ale ten post nie ma na celu linczowania płci przeciwnej. Ja chcę byśmy się Kobity ogarnęły!
Mamy pod górkę z tym okresem, goleniem nóg, rodzeniem dzieci, menopauzą i milionem innych spraw. I zamiast się wspierać to podkładamy sobie nogi. Kto najwięcej hejtuje celebrytki? Inne baby! No ku**a mać! Zauważyłyście by panowie hejtowali innych panów? No ku**a nie! Bo po co? Oni se dadzą po pysku co najwyżej i po sprawie. A baby nie! My musimy cichaczem, z przyklejonym uśmiechem dowalić innej babie. A nie można się cieszyć, że którejś się coś udało? Że się wybiła? Błagam Was. Jeszcze sto pięćdziesiąt lat temu miejsce kobiety było w kuchni, nie miała praw wyborczych. Miała być ładna, powabna, skromna i płodna. To po te nasze prababki walczyły, byśmy sobie teraz do gardeł skakały? Niech se te Cichopki, Rozenki, Gwity, Opozdy, Koroniewskie, Lewe, Chody i inne będą szczęśliwe. Niech robią kariery, zarabiają kasę, rozwijają się. Niech pokazują, że kobieta może!!! Bo może do cholery jasnej! Wspierajmy się, kibicujmy sobie. Bijmy brawo tym, którym się udało. Te dziewczyny ciężko pracowały na swój sukces. A jeśli miały szczęście to też dobrze, bo to znaczy, że wszystko jest możliwe. Że kobiety mogą się realizować, iść do przodu i zdobywać szczyty. A reszta powinna im jak nie gratulować to chociaż nie rzucać kłód pod nogi ani nie pluć hejtem. Przecież jesteśmy takie fajne. Nie musimy się dowartościowywać szyderczym komentarzem. A jak któraś musi to trzeba przepracować temat. Dogadać się z sama ze sobą.
Wiecie w tym całym bałaganie chodzi o to, by kobieta poprawiła koronę innej kobiecie nie mówiąc o tym nikomu. Ot, cały sekret. Przykre jeśli współczesne kobiety wciąż tego nie rozumieją...
Udostępnij ten post jeśli się z nim zgadzasz.
Jest on ważny. Kobiety muszą go przeczytać!
Zostań na mojej stronieoPoli Ann Warto.
Image by Pixabay

DRONY

 


DRONY - o współczesnym rodzicielstwie słów kilka
Helikoptery - tak nazywamy współczesnych rodziców, którzy nie odstępują swoich pociech ani na krok towarzysząc im dosłownie wszędzie. I nie mówię tu o raczkujących szkrabach, które faktycznie trzeba mieć na oku. Ani o przedszkolakach, które chodzić umieją, ale wciąż wymagają obecności dorosłego. Mówię tu o dzieciakach ze szkoły, co najmniej dziesięcioletnich.
Rodzice-helikoptery pomagają, wspierają, ale też i wyręczają, załatwiają wszystko za swoje pociechy. Nawigują, prowadzą, śledzą. Są blisko, na każde zawołanie czy nawet skinienie.
Niby ułatwiają im żywot, bo przecież nimi samymi tak się nie opiekowano. Do szkoły chodziło się samemu, z kluczem na szyi. Czasem trzeba było zrobić obiad czy chociaż obrać ziemniaki. O sprawach szkolnych rodzicom za dużo się nie mówiło. Lekcje robiło się samemu. Czasem może pomogli przy pracy na technikę jak karmnik trzeba było zrobić. Albo mama pomogła jakiś ścieg wyszyć na skrawku materiału. Do szkoły dygało się samemu. Przez park, las czy pół osiedla i jakoś dawały radę. Mama w szkole bywała tylko na wywiadówkach lub nie daj Boże, gdy się coś zbroiło. O połowie rzeczy nie wiedziała i każdy był szczęśliwszy.
Dziś rodzice zmienili front. Inwigilują dzieci, wspierają, wiedzą wszystko, są wszędzie. Jakiś czas temu nazwano ich helikopterami. Ostatnio zaś pojawiło się nowe określenie: rodzice - kosiarze. Ci poszli o krok dalej - torują drogę, wygładzają ją, prostują usuwając wszelkie przeszkody. Nawet najdrobniejsze kamyczki, więc dzieciaki kroczą uśmiechnięte lekko w podskokach radośnie, bez wysiłku, a potem spadają na twardą, kamienistą rzeczywistość. Byle starcie i siniak są tragedią. A mamuśki kosiarki już lecą z plasterkiem.
Kosiarze to niezłe określenie, jednak ja uważam, że współcześni rodziciele to drony. Tak, dokładnie. Drony. Wyspecjalizowane drony zawsze w pobliżu swoich latorośli. Nagrywają filmy, podsłuchują, inwigilują. Są obok 24/7, wiedzą wszystko, prasują drogę jaką dziecko kroczy, zapewniają confetti i fanfary, a gdy pociecha się zachwieje od razu podlatują i chwytają, byleby tylko nie było żadnego zadrapania. Drony rozwiązują wszelkie problemy, nawiązują za dzieci relacje, załatwiają wszystkie sprawy w szkole, a gdy tylko dzieciak się skrzywi, od razu jest atak na wroga, bowiem każdy kto towarzyszy dziecku drona i go nie wyręcza jest tym złym.
Zła pani w sklepie, bo nieprzyjaźnie spojrzała.
Zły lekarz, bo nie dał naklejki i był poważny.
Zła pani nauczycielka, która postawiła tróję, choć dron uczył się z dzieckiem przecież i zaręcza, że ten wszystko wie.
Zła pani korepetytorka, bo kasę bierze, wymaga i ma czelność mówić, że się pociecha nie przygotowała.
Dron wie przecież wszystko lepiej. Widzi, nagrywa, zapisuje, śledzi, więc ma prawo osądzać, krytykować. Jego naczelnym obowiązkiem jest być obok, kierować pomagać, wspomagać, ratować, ułatwiać, eliminować, upraszczać.
Dron nie wie, że jest stronniczy, że bywa niesprawiedliwy i nieobiektywny. Że swoją obecnością krzywdzi, że nie wspomaga, a wyręcza i okalecza swoje ukochane dziecko. Że czyni z niego kalekę, która rozpieszczana do granic możliwości nie wyrobi na pierwszym lepszym zakręcie. Która bez drona nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować. Która wciąż monitorowana nie wie, że popełnianie błędów do element nauki, że życie bywa niesprawiedliwe, że to, że ktoś ma inne zdanie nie oznacza, iż jest wrogiem. Że ludzie się różnią i subiektywnie patrzą na świat. Że rodzice są ludźmi i też popełniają błędy. Że po upadku trzeba wstać, samodzielnie!!!
Drony wyspecjalizowały się w swojej działalności. Są naprawdę świetne w tym co robią. Znakomicie wyręczają. Doskonale usuwają przeszkody. Skutecznie eliminują wrogów. Dokładnie monitorują każdy ruch obserwowanego i nawigują go podczas wędrówki.
Pytanie czy taka jest rola rodzica i jak dzieci dronów poradzą sobie w dorosłym życiu...?
To wazny post, proszę udostępnij go.
Skomentuj, jestem ciekawa Twojego zdania.
Obserwuj moją stronę Poli Ann
Warta jest Twojego czasu.
Image by Pixabay

4. ROCZNICA BLOGA POLI ANN

 


Kolejny ważny rok za mną.
Dlaczego piszę o jakiejś rocznicy, skoro do Sylwestra mamy jeszcze trochę czasu?
Cztery lata temu kompletnie nie wiedząc czy to w ogóle ma sens, założyłam tę stronę. Instruowana przez koleżankę, bo dopiero co założyłam profil, pod który podpięłam ten blog.
Poli Ann Blog to stworzone całkowicie przeze mnie miejsce gdzie najpierw nieśmiało, a potem coraz odważniej publikowałam własne teksty.
To blog założony najpierw anonimowo, na tydzień, miesiąc, rok, by sprawdzić czy ktoś to w ogóle będzie czytał. Przez dwanaście miesięcy nie zdradziłam kim jestem, nie pokazałam twarzy. Chciałam, by teksty broniły się same.
Ja, kompletna ignorantka medialna rzuciłam się na głęboką wodę i wciąż się utrzymuję na powierzchni. Piszę o wszystkim. Nie ma dla mnie tematów tabu. Nie boję się krytyki. Stałam się twardsza i pewniejsza siebie.
Po roku od założenia bloga wydałam swój debiutancki tomik opowiadań "PORTRETY". Wówczas to poznaliście mnie we własnej osobie. I zapewne wiele osób zaskoczyłam. Zresztą siebie samą też.
Ten blog to moje drugie dziecko. Oddaję mu dużo czasu i energii. Wciąż piszę, tematy leżą dookoła. Okazało się, że nieźle radzę sobie w tworzeniu dłuższych form literackich. Napisałam dwie powieści obyczajowe "Listy do Emki" i "Moją Drogą I...", które cieszą się świetnymi opiniami.
Otworzyłam się przed Wami. Opowiedziałam swoją historię i choć mam wrażenie, że napisałam już o wszystkim, ciągle tworzę nowe teksty.
Nie boję się już. Znam swoją wartość. Wiem, że mam dobre pióro i coś do powiedzenia. Pragnę, by rzesza odbiorców się powiększała. Wiem, że mój blog jest tego wart. Chciałabym, by był jednym z najbardziej poczytnych w tym kraju. Może to wielkie marzenie, ale dlaczego miałabym po nie nie sięgać?
Dream big, do bigger, prawda?
Bardzo dziękuję stałym Czytelnikom, którzy czytają mnie co rano oraz Tym, którzy dopiero zatrzymali się tu na chwilę. Rozgośćcie się, zaczytajcie. Jest w czym!
Szczególnie dziś liczę na Wasze udostępniania i komentarze. Napiszcie czemu tu jesteście, co Was urzekło, jak się czujecie w moich progach?
Pamiętajcie ten blog istnieje, bo Wy jesteście po drugiej stronie.
Dziękuję Wam bardzo.
Kłaniam się nisko.

RÓŻNICE

  - Po co z nim jesteś? - pytają. - Ty taka śliczna. On, no przystojny niech będzie, ale Bradem to on nie jest. - kontynuują. - Po co z nim ...