O ZDRADZIE SŁÓW KILKA
Zobaczyłam to zdjęcie w czeluściach internetu, przeczytałam artykuł. Jeden, drugi. Potem ogrom memów i cynicznych komentarzy.
I tak się zastanawiam, kim jesteśmy by oceniać czyjąś moralność? By nabijać się z kogoś, kto akurat tak się składa jest na świeczniku i cały świat dowiaduje się o czymś, co ten ktoś ukrywa?
Zaraz pewnie powiecie, że jak na świeczniku to tym bardziej powinien się pilnować. No pewnie, że powinienien. No pewnie, że spiep***ył/ła sprawę. No pewnie, że zdrada jest zła i że tych ludzi nie powinno tam być albo winni liczyć się z konsekwencjami. Wiecie, każdy mądry jest po szkodzie.
Nie mam zamiaru wybielać tejże pary ani ich obrzucać błotem. Nie mam prawa. Nikt z nas - internautów nie ma, a tu cały wirtualny świat bawi się w sąd. Hejt i sarkazm leją się strumieniami. I jeśli bohaterowie tejże nieszczęsnej kamery "kiss cam" oberwali to rykoszetem oberwali też ich najbliżsi - małżonkowie, dzieci, rodzina, przyjaciele. A ci nie są winni. W imię czego? Bo tak internet chce? Za winy ojców i matek?
Powiecie, poszli na koncert to mogli się z tym liczyć. Mogli oczywiście, ale to jest ich sprawa, a nie całego wirtualnego świata, który ich kosztem się bawi. A umówmy się, że pośród komentujących jest mnóstwo ludzi, którzy zdradzają, tylko nie wpadli...jeszcze.
Gwoli jasności, ja nie bronię kochanków, nie wspieram życia na dwa fronty, ale też dziwi mnie to, że zupełnie obcy ludzie mają w ich sprawie tyle do powiedzenia. To jest ich wybór, ich życie, ich konsekwencje i w pewnym sensie dramat. Niewykluczone, że na ich własne życzenie. Słowo klucz: "własne".
Myślę, że ponieśli już ogromną karę, która będzie się ciągnąć za nimi jeszcze miesiącami. I znów, nikt nie daje nam przyzwolenia na to, by im tę karę wymierzać i określać jej rozmiar. Od tego są i osoby zainteresowane, i instytucje.
A my, często anonimowi użytkownicy mediów społecznościowych, zastanówmy się jaki przykład dajemy naszym bliskim linczując zupełnie nam obcych ludzi?
Kto daje nam do tego prawo?
Dwa tysiące lat temu, chrześcijanie powiedzą Chrystus, pozostali, że bardzo mądry jakby nie było człowiek (z pełnym do niego i wierzących szacunkiem) powiedział:
"Niech pierwszy rzuci kamieniem..."
No właśnie, taki ten internet nieskazitelny?
Wątpię. Warto najpierw zrobić rachunek sumienia.
Więc zanim stworzysz/udostępnisz komentarz typu:
"Karma znajdzie Cię wszędzie. W domu, w pracy i na koncercie Coldplaya."
Zastanów się, czy Ty przed tą karmą nie musisz się chować i czy kamieniem masz prawo rzucać...
Jestem ciekawa Waszego zdania.
Jeśli podoba Ci się ten tekst, NIE KOPIUJ GO, lecz udostępnij wskazując tym samym źródło i autora.
Każdy, ale to każdy tekst opublikowany tutaj jest MOJEGO AUTORSTWA, jeśli go kopiujesz to jest to równoznaczne z KRADZIEŻĄ I NARUSZENIEM PRAW AUTORSKICH.
Zdjęcie: internet - źródło nieznane
$WINIA
Ostatnimi czasy moim środkiem transportu jest przede wszystkim rower, ale autem także jeżdżę.
I w związku z tym, że dziś Dzień Bezpiecznego Kierowcy, a ja szatanem za kierownicą nie jestem, szczególnie, gdy jadę z Młodą
przypomniałam sobie taki incydent.
Wracamy z przedszkola. Ja zmęczona po robocie, a przede mną widmo zakupów, ogarnięcia domu oraz potem ślęczenia nad testami uczniów. Młoda radosna opowiada o swoim dniu. Na drodze korek, a żem ekspresyjna troszku, werbalnie szczególnie, to czasami mięsem rzucam. No ale wiadomo - nie przy dziecku. A że w myślach nie umiem, to męczę się okrutnie.
Jedziemy zatem, wleczemy się raczej, bo korek jakiś (skąd te ludzie? Nie mają co robić tylko po mieście się wożą?). Ciśnienie lekko w górę (i to nie to atmosferyczne). Nagle jakiś pacan wpycha się przede mnie. Ani kierunkowskazu, ani awaryjnych po. No zero. Ani me, ani be. I wtedy cisną mi się na usta bardzo niewybredne słowa, jakie w słowniku języka polskiego widnieją z dopiskiem "wulgaryzm". A rzuciłby se człowiek taką wiązankę dla spuszczenie powietrza, ale nie może. Dziecię z tyłu i to już nie gaworzy, lecz gada pełnymi zdaniami, wszystko kuma i jeszcze w przedszkolu na bank powtarza. Więc ja, zadowolona z siebie, ze znalazłam zamiennik, krzyczę wkurzona na tego pacana i siebie (no było taki odstęp trzymać i go zapraszac przed siebie?):
- Ale $winia!!!!!
Na co moja zaciekawiona latorośl pyta:
- A gdzie mamusiu? - przyklejając nos do szyby i szukając różowego zwierzątka

Kurtyna.
Można zakląć tak, by dzieciak jeszcze zabawę miał? Można

A jak tam u Was za kółkiem? Pełna elegancja czy jednak wirtuozeria słów?

OPĘTANA
Kobiety są ponoć demonami albo narzędziami w ich rękach. Tak kiedyś wierzono. Ach te baby.
No ale od początku.
Od kilku miesięcy chodzę na rehabilitację stopy. Jakiś czas temu miałam kłaść się pod nóż, ale ówczesny stan zdrowia oraz mimo wszystko strach przed gmeraniem w stopie, dzięki której tańczę, chodzę, jeżdżę rowerem skierowały mnie w stronę mniejszej ingerencji niż zabieg pod narkozą.
Podczas rehabilitacji nie tylko usprawniam funkcjonalność moich kończyn (a raczej ich zakończeń), lecz także znacznie poszerzam wiedzę z ludzkiej anatomii. Wy nawet nie wiecie, jakie ćwiczenia wykonuje się na mięśnie stóp. Ba! Ja nawet nie wiedziałam, że tam w ogóle są jakiekolwiek mięśnie, które wymagają treningu. Są! I jest ich niemało, i cuda można z nimi robić. Na przykład wyobraźcie sobie, że aby wytrenować mięśnie palucha muszę leżąc, ale nadal opierając stopy o podłoże, unieść pośladki, a następnie żeby nie było za łatwo, unieść pięty tak by opierać się na samych palcach (trzymając tyłek nadal w górze!).
Niewinne ćwiczenie wymaga nie lada wysiłku, ale wygląda dość sensualnie, żeby nie powiedzieć- seksualnie. I śmiałam się nawet z moją rehabilitantką, że jeśli ćwiczyć tak będę w alkowie, chłop mój potraktuje to jako zaproszenie do amorów.
I cóż się okazało? Ćwiczę sobie pewnego wieczoru ochoczo w sypialni, a jakże. Mięśnie pięknie pracują, ja skupiona na technice. Pośladki napięte, łydki rwą, paluch pracuje. Poza idealna.
Luby wchodzi, zerka na mnie. Ja przypominam sobie rubaszną rozmowę z fizjoterapeutką i już czekam, aż mi chłop powie jaka to ja zmysłowa jestem. A on tak patrzy, patrzy na mnie i rzecze:
- "A ciebie co? Demon opętał?".
No i tyle w temacie amorów. Kurtyna.
Dzień paskudy
Najpaskudniej czułam się w wieku dorastania. Klasa siódma i ósma podstawówki to był koszmar. Jako jedyna w szkole, ba, w mieście nosiłam stały aparat na zębach i wszyscy patrzyli na mnie jak na trędowatą. Ciało dojrzewało, koleżanki miały pierwsze sympatie, a ze mną nikt nie chciał tańczyć poloneza na balu właśnie przez ten aparat. Więc o jakiejkolwiek sympatii w postaci chłopaka mowy być nie mogło. Potem doszły problemy zdrowotne. Czułam się więc podwójnie nieatrakcyjna.
Paskudna czułam się też, gdy jak grom z jasnego nieba spadła na mnie diagnoza. Byłam chora. Stanowiłam zagrożenie dla najbliższych. Na córki największe. I choć na zdjęciach widzę ładną uśmiechniętą młodą kobietę, myśli moje były naprawdę paskudne.
Chora matka, która matką do końca nie jest, bo nie rodziła naturalnie i nie karmiła dziecka piersią. Wyklęta. Bo przecież takich rodzicielek się nie wspiera, nie rozumie. Zarzuca się im wygodę, chory egoizm, nie znając powodów takiej, a nie innej decyzji.
Paskudna czułam się, gdy odmawiano mi leczenia, bo byłam zbyt zdrowa na kolejne, kosztowne terapie lekowe.
I choć mówiłam sobie, że jestem pełnowartościową kobietą, cholernie trudno mi było w to uwierzyć.
Odzyskanie zdrowia dodało mi skrzydeł.
Pisanie pomogło wyrzucić z siebie emocje.
Każde kolejne urodziny nie były traumą tylko radością, że staję się coraz lepszą wersją siebie. Że uczę się siebie kochać, sobie wybaczać, daję sobie fory. I patrzę w lustro, szczególnie gdy tańczę i widzę fajną babkę.
Może paskudę należałoby zdefiniować tak?
P - piękna
A - atrakcyjna
S - serdeczna
K - kochana
U - uśmiechnięta
D - dobra
A - ambitna
Ps. Zdjęcie które bardzo lubię a które kilka miesięcy temu zhejtowała inna kobieta, twierdząc, że mam długi nos, dziwne usta i kudły:) Wspominam to ze śmiechem. Nie jestem paskudna. Jestem świetna. Ty też nie jesteś paskudna. Jesteś wspaniała, wiesz o tym?
OBRONA MAGISTERKI
Inne czasy, nawet zdjęcia pamiątkowego nie mam z tego dnia:(
Po obronie poleciałam do dziekanatu, a potem cała zapłakana (ze szczęścia) na wykład z gramatyki języka polskiego. Mina Pana Doktora bezcenna, gdy zobaczył mnie zaryczaną. Proponował bym poszła do domu, ale ja byłam w takim szoku, że po prostu usiadłam i robiłam notatki, żeby się uspokoić.
A to wszystko dlatego, że broniłam się w tajemnicy przed wszystkimi. O obronie wiedziała tylko jedna bliska koleżanka - Marta i to ona dała mi przysłowiowego kopa w cztery litery. Wszystkie emocje skumulowały się moim drobnym ciałku i wybuchły.
To był piątek, południe. Mój promotor, który już w lutym zaproponował, bym broniła się szybciej, wyznaczył mi termin zaraz po Wielkanocy.
Dlaczego? Bo na czerwiec chciałam mieć dyplom w ręku.
Dlaczego? Bo mój Tata kończył pięćdziesiąt lat i chciałam zrobić mu prezent.
Obrona była szybka, bezstresowa, mogę rzec - przyjemna.
Jednak co się nakłamałam przez kilka tygodni to moje. Ale jako że studiowałam jeszcze drugi kierunek dziennie, było trochę łatwiej zrzucić wszystko na karb slawistyki. Jak mantrę mówiłam rodzicom, że mam dużo kół (w slangu studenckim - kolokwiów), zaliczeń, egzaminów. W sumie to nie kłamałam za bardzo. Sporo tego było. Sęk w tym, że nie precyzowałam, czego muszę się uczyć, więc te kłamstewka łatwiej było mi wyartykułować.
Do 4. czerwca nikt, prócz znajomych mi studentów, nie wiedział, że przed nazwiskiem mogę pisać te magiczne trzy literki. Rodzice dowiedzieli się dopiero na końcu. Tacie i Mamie popłynęły łzy, a ja byłam dumna z siebie, że choć tak mogłam im się odwdzięczyć za trud włożony w moją edukację:)
PS. Zdjęcie zrobione zaraz po egzaminie pisemnym na germanistykę. Byłam przerażona. Nie wiedziałam, czy się dostanę. Gdańsk mnie zachwycał, a ja jeszcze wtedy nie wiedziałam, że tu zamieszkam na dłużej:)
PRAWIE MATURZYSTKA
Pracowałam wówczas w pewnym gdańskim liceum i zostałam powołanana do komisji maturalnej w innej szkole (to normalna procedura, że szkoły wymieniają się nauczycielami, by składy komisji były jak najbardziej bezstronne).
Od ówczesnej dyrekcji otrzymaliśmy prikaz by być bezwzględnie punktualnym, a że zbiórka była o ósmej, to już o siódmej rano pojechałam na drugi koniec miasta.
I cóż się okazało? Że na miejscu jestem o godz. 7.20 i mam jeszcze czterdzieści minut.
Co wówczas robi matka Polka, skoro ma pod nosem "Biedronkę"?
Ano leci na zakupy, w pół godziny je zrobi.
Więc tempem błyskawicznym wyskoczyłam z auta i pędem do sklepu. Wracam objuczona torbami, ale !!! - co szalenie istotne - ubrana na galowo - w białą bluzkę i czarną spódniczkę (bo jestem zdania, że jeśli wymagam, by maturzyści przyszli ubrani elegancko to sama im przykład dać muszę). Moje auto stoi jak stało, ale jest zablokowane workami bodajże z cementem.
- Co jest? - myślę sobie, ale to moje rozmyślanie przerywa głos młodego mężczyzny.
- To pani auto?
- Tak.
- Zostawiła je pani na luzie. Stoczyło się na moje.
Zrobiłam wielkie oczy, torby wypadły mi rąk i jedyne co wykrztusiłam:
- A panu się coś stało?
- Nie, byłem, drugiej strony. Wyciągałem dziecko z fotelika.
- Jezus Maria! - wrzasnęłam. - A z dzieckiem wszystko ok? Boże, przepraszam pana, jadę na maturę, nie mogę się spóźnić i jestem zestresowana. A teraz jeszcze mogłam spowodować wypadek. Na pewno wszystko ok?
- Tak. Wezwałem policję. Zaraz tu będą.
Ja zbladłam, bo już zrozumiałam, że na bank się spóźnię i dostanę ostrą reprymendę, i wyszeptałam:
- Na maturę się spóźnię...
Facet spojrzał na mnie z politowaniem i mówi:
- A oświadczenie spiszemy teraz? - podając mi kartkę, którą chwilę wcześniej wyciągnął ze schowka z auta.
- No oczywiście, przecież to moja wina - odpowiadam i szukam w małej torebce na ramię długopisu.
- No dobrze, to odwołam tę policję - powiedział już spokojniejszym tonem patrząc czy aby dobrze spisuję oświadczenie.
Zrobiliśmy zdjęcia obu aut i wsiadłam do mojego samochodu. Ręczny faktycznie był niezaciągnięty. Cud, że nikomu nic się nie stało.
Po całej akcji pojechałam na tę nieszczęsną maturę. Spóźniłam się kilka minut, ale nikt miał do mnie żadnych pretensji tym bardziej, ze opowiedziałam, co mi się przydarzyło. Zresztą zdenerwowanie było czuć w moim głosie.
Jako że wymieniliśmy się numerami telefonów, po przeprowadzonym egzaminie napisałam jeszcze temu człowiekowi podziękowania i przeprosiny.
A on odpisał, iż ma nadzieję, że mimo wszystko zdałam tę maturę:))))
No zdałam, kilkanaście lat wcześniej:)
Nie ma jak to być nauczycielką z komisji maturalnej, nie zaciągnąć ręcznego w aucie, narobić bałaganu z samego rana i utrudnić życie przypadkowemu niewinnemu człowiekowi, ale dzięki białej bluzce i czarnej spódniczce - zupełnie nieświadomie podkreślam - zostać wziętą za uczennicę i jednak dojechać do szkoły prawie na czas:)
PS. Zdjęcie szkolne, ale niestety nie z tamtego dnia:)
KOMUNIA
Nie jestem zwolennikiem tego, by to święto lekceważyć czy ubrać dzieciaka w worek pokutny, a gościom podać paluszki jak to zwykła robić żona Mariana z "Kogla-Mogla".
Sama kilka lat temu organizowałam przyjęcie mojej córki. Na szczęście w okresie pandemii. Dlaczego na szczęście? Bo było spokojnie, cicho, bez miliona prób, egzaminów. Dzieci w kościele sobie poradziły, a nawet jak im coś nie wyszło to przecież nie "koniec świata" (tym razem "pojadę" Popiołkiem, jeśli ktoś w ogóle wie o czym mowa:)
Moja Komunia odbyła się trzy dekady temu. Jako jedna z niewielu dziewczynek miałam krótką sukienkę (Mama wybrała). Włosy kręcili mi na lokówkę (Mama do dziś tego żałuje, potem uczesali mnie w kitkę i faktycznie wyglądałam lepiej:). Przyjęcie odbyło w domu (ale się ta moja Mama, sąsiadki i ciotki narobiły!) Przed uroczystością próby, egzamin (to było bardzo stresujące). Parafia ogromna. Dzieci była setka, może i więcej.
Prezenty też oczywiście były - rowery chyba najczęściej. Ja dostałam nieco grosza i jako że marzyłam o radiomagnetofonie to już w poniedziałek Tata musiał jechać ze mną do sklepu bym upłynnić mogła to, co żem dostała. Zabrakło mi do tego modelu, który chciałam, więc się targowałam. A że przyjaciel Taty był właścicielem sklepu to wyszłam stamtąd z firmowym "jamnikiem" pod pachą. Służył mnie przez wiele lat. Dziś jeszcze działa i ma swoje zaszczytne miejsce w mojej witrynce. I służy jako eksponat do demonstrowania mojemu dziecku jak to w pradawnych czasach słuchano muzyki z kaset:)
Komunie kiedyś wyglądały różnie.
Było uroczyście i skromnie. Prezentów czasem brak, a czasem był to piękny podarek, który wspominało się przez lata.
Moja Chrzestna mówi, że dostała wtedy kilogram czereśni (nie mylić z ceną czereśni dziś) i "wpier...l" (cytuję!!!), bo się przewróciła i ubrudziła sukienkę.
Dziś natomiast czytam o całych seriach spa dla dzieci, sztucznych paznokciach, makijażach, pretensjach o zbyt małą zawartość w kopertach, kłótniach, żalach, prezentach o cenach z kosmosu.
I jakkolwiek rozumiem, że współczesne matki nie chcą stać w kuchni tydzień cały tydzień, że chcą iść do restauracji, ubrać się ładnie, ufryzować - i bardzo dobrze!!! - to nie rozumiem wyścigu w kreacjach dzieci, luksusowych prezentów, oczekiwań, plotek, nakazów, ile dać kasy. I jestem w szoku jaki los dzieciakom mogą zgotować dorośli...
Prezenty też oczywiście były - rowery chyba najczęściej. Ja dostałam nieco grosza i jako że marzyłam o radiomagnetofonie to już w poniedziałek Tata musiał jechać ze mną do sklepu bym upłynnić mogła to, co żem dostała. Zabrakło mi do tego modelu, który chciałam, więc się targowałam. A że przyjaciel Taty był właścicielem sklepu to wyszłam stamtąd z firmowym "jamnikiem" pod pachą. Służył mnie przez wiele lat. Dziś jeszcze działa i ma swoje zaszczytne miejsce w mojej witrynce. I służy jako eksponat do demonstrowania mojemu dziecku jak to w pradawnych czasach słuchano muzyki z kaset:)
Komunie kiedyś wyglądały różnie.
Było uroczyście i skromnie. Prezentów czasem brak, a czasem był to piękny podarek, który wspominało się przez lata.
Moja Chrzestna mówi, że dostała wtedy kilogram czereśni (nie mylić z ceną czereśni dziś) i "wpier...l" (cytuję!!!), bo się przewróciła i ubrudziła sukienkę.
Dziś natomiast czytam o całych seriach spa dla dzieci, sztucznych paznokciach, makijażach, pretensjach o zbyt małą zawartość w kopertach, kłótniach, żalach, prezentach o cenach z kosmosu.
I jakkolwiek rozumiem, że współczesne matki nie chcą stać w kuchni tydzień cały tydzień, że chcą iść do restauracji, ubrać się ładnie, ufryzować - i bardzo dobrze!!! - to nie rozumiem wyścigu w kreacjach dzieci, luksusowych prezentów, oczekiwań, plotek, nakazów, ile dać kasy. I jestem w szoku jaki los dzieciakom mogą zgotować dorośli...
Światowy Dzień bez Tytoniu
Światowy Dzień bez Tytoniu
Ostatnio napisałam, że opowiem o tym jak moja Mama rzuciła palenie. A że dziś takie święto to nie mam wyboru.
Lata dziewięćdziesiąte to okres mojego bardziej świadomego dzieciństwa. Wychowałam się w bloku, chodziłam do wielkiej rejonowej podstawówki, dużo czasu spędzałam na dworze z koleżankami. Czasy były takie, że ogromna część rodziców paliła papierosy. Palili w domu, w pracy, w knajpach (jeśli chodzili), na przystankach. Moja Mama niestety też miała takie "hobby". Próbowała rzucać, ale bez skutku. Ku mojej rozpaczy. Potrafiłam jej schować papierosy, łamać je, wyrzucać. Nie znosiłam tego zapachu.
Dopiero gdy miałam 13 lat, Mama mocno się przeziębiła. Leżała z gorączką w łóżku. Jej własna siostra postawiła jej bańki (wiadomo, domowe sposoby najlepsze:) I całe szczęście w tym nieszczęściu, bo moja Matula była tak słaba, że wstawała tylko do toalety. Poza tym, gdy miało się te bańki nie powinno się wstawać. Mama więc leżała w łóżku, a gdy poczuła się nieco lepiej ani ja, ani Tata nie chcieliśmy jej podać papierosa. Hmm, może ja je nawet wyrzuciłam i w domu nie było żadnego... Do sklepu też nie poszłam, choć mama błagała i obiecywała mi złote góry. Byłam nieugięta. Tata też. Tu zawarliśmy ciche porozumienie.
Gdy Mama po trzech tygodniach wróciła do pracy (tam palili chyba wszyscy) i poczuła zapach papierosów, mówiła, aż ją cofnęło. Zrobiło się jej niedobrze. W domu, w trakcie choroby przeszła swoisty detoks. Papieros pachniał jej inaczej. W sumie to śmierdział. Dzielnie uznała, że do nałogu nie wróci. I nie wróciła. A ja byłam wtedy najszczęśliwszym dzieckiem na świecie:)
Na zdjęciu mam około 10 lat. Jeszcze chwilę muszę poczekać, by Mama w dłoni nie miała papierosa.
Pamiętam jej sukienkę - czarna, obcisła, welurowa z półgolfem. Sama jakiś czas temu sobie taką kupiłam. Klasyka się obroni:)
MOJA ŻONA SIEDZI W DOMU
- Czym pan się zajmuje panie Nowak?
- Pracuję w korporacji. Jestem managerem.
- A pańska żona?
- Nie pracuje. Siedzi w domu.
- Ma Pan dzieci?
- Tak, dwoje.
- Chodzą do szkoły?
- Nie, są za małe. Kuba ma pięć lat, Julka rok i osiem miesięcy.
- Chodzą do żłobka i przedszkola?
- Nie. Przecież moja żona nie pracuje, poza tym Kuba jest alergikiem, a Julka ciągle chorowała, gdy poszła do żłobka.
- A to jednak w żłobku była?
- Tak. Żona chciała wrócić do pracy, ale i tak ciągle musiała brać zwolnienia lekarskie na dzieci, bo chorowały, więc siedzą z nią w domu.
- Proszę mi powiedzieć, kto szykuje śniadania w domu?
- Moja żona.
- O której pan wstaje?
- O szóstej trzydzieści.
- A pańska żona?
- Wcześniej, chyba po piątej. Julka ją woła.
- I co wtedy robią?
- Nie wiem, jeszcze śpię. Ale chyba się bawią. Żona małą ubiera, karmi, czesze. Gdy dzieci są chore, podaje leki. Kubę trzeba codziennie inhalować.
- Kto to robi?
- Moja żona. Ja wstaję, biorę prysznic, ubieram się, jem śniadanie, piję kawę i wychodzę do biura. Nie mam ma to czasu. Żona ogarnia te inhalacje.
- A kiedy żona bierze prysznic, ubierać się, je, pije kawę?
- Nie wiem kiedy.
- Kto szykuje panu ubrania do pracy?
- Żona.
- Kto parzy rano kawę?
- Żona.
- Kto jeździ z dziećmi do lekarza?
- Żona.
- Kto robi zakupy?
- Najczęściej żona. Ja czasami, gdy dzieci są chore.
- O której godzinie pańskie pociechy mają drzemkę?
- Nie wiem. Wiem jedynie, że śpią różnie. O innych porach.
- Co wtedy robi pańska żona?
- Bawi się z jednym dzieckiem, gotuje obiad, wstawia pranie, zmywarkę, odkurzacz jeżdżący.
- A kto rozpakowuje zmywarkę, wiesza pranie, prasuje?
- Żona. Nie mamy przecież gosposi, skoro żona siedzi w domu.
- O której Pan wraca do domu?
- Różnie. Czasem po siedemnastej, czasem gdy mam tenisa, angielski czy po prostu ważne zebranie wracam wieczorem.
- Co Pan robi po powrocie z pracy?
- Witam się z dziećmi, jem coś, trochę rozmawiam z żoną i odpoczywam po intensywnym dniu.
- A co robi pańska żona?
- Gotuje, ogarnia kuchnię, sprząta zabawki dzieci z salonu, podaje kolacje, karmi i przewija małą, czasem rozpakowuje zakupy, prasuje, układa ubrania. Różnie.
- A potem?
- Kładzie dzieci spać?
- A Pan?
- Czasem czytam synowi książkę lub oglądamy bajkę.
- A Julka?
- Zawsze chce do mamy. Przy mnie nie zaśnie. Zasypia z żoną.
- I co wtedy?
- Moja żona często zasypia z nią albo mówi, że obudziła się w nocy i poszła pod prysznic i dopiero się kładzie.
- A kto wstaje do dzieci w nocy?
- Żona. Ja jestem tak zmęczony, ze ich nie słyszę. Poza tym rano muszę wstać do biura i być wypoczęty.
Twoja żona siedzi w domu i nie pracuje.
Jesteś pewien?
#dzieńłapaniazabiust
Dziś nietypowe święta - Dzień Bikini (podaruję sobie fotkę;) oraz Łapania za Biust i jakkolwiek to drugie święto jednoznacznie może się kojarzyć to ja się Was pytam moje Babeczki - łapiecie się za swój biust?
- Nie?
- A dlaczego nie?
- Bo się wstydzę.
- Czego?
- Własnych piersi:(
- Tak.
- A jak często?
- Nie wiem. Czasami.
- W jakich sytuacjach?
- Gdy zakładam/poprawiam stanik.
- A w trakcie kąpieli lub po?
- Czasem.
- I jak się z tym czujesz?
- Dziwnie.
Dziewczyny moje kochane!
Ja dzisiejszy dzień kojarzę z SAMOBADANIEM. I nie ma czego się wstydzić. To Twoje piersi, Twoje ciało, Ty masz do niego prawo. Dotykaj, masuj, sprawdzaj. Wiem. Może nie przepadasz za swoim biustem, bo jest za mały, za duży, niezbyt jędrny. Mimo to, badaj się. Poświęć mu kilka minut dziennie. Idź na usg. Zrób mammografię. Zadbaj o siebie.
Badasz się? Świetnie. Oby tak dalej!
Ps. Mężu/Partnerze/ Chłopaku - łap swoją kobietę za biust. Czule i uważnie. Nie tylko w łóżku;)
O ZDYCHANIU PSÓW SŁÓW KILKA
Uwielbiam różne zagwozdki językowe, jestem filolożką, sama miewam mnóstwo wątpliwości co do poprawności, stąd właśnie taki wybór.
Ale do rzeczy.
Internety huczą po ostatniej wypowiedzi Pana Bralczyka. Wywiad ów obejrzałam, z niemałym zaskoczeniem, ale co do racjonalnych argumentów Profesora pretensji ani wątpliwości nie mam. Faktycznie w wielu językach istnieją określenia/wyrazy dotyczące zwierząt.
W języku niemieckim "fressen" jako żreć/jeść w odniesieniu do naszych braci mniejszych czy w języku angielskim "it" jako zaimek osobowy (ten, ta, to) dotyczący rzeczy, zjawisk czy też zwierząt właśnie. To są ogólnie przyjęte zasady, których prawidłowości nikt nie podważa. Jednak wiadomo, teoria teorią, praktyka praktyką.
I tak, skoro Profesor Bralczyk mówi, że pies/kot zdechł czy żre to niewątpliwie ma rację, ale!
Brakowało mi jednak wskazania sytuacji, gdy mamy bardzo emocjonalny stosunek do naszego pupila i mówimy jednak o nim, że je/umarł/odszedł za tęczowy most.
W języku angielskim, gdy o zwierzęciu mówimy she/he to nie tylko wskazujemy na płeć, lecz także wyrażamy nasze przywiązanie.
Sama wobec Bezy i innych psiaków/kotów stosuję takie określenia:
- Beza je (zamiast żre).
- Beza odejdzie (kiedyś!!!! A nie - zdechnie)
- adoptować szczeniaka.
- Beza jest dziewczynką (a nie suką) itp.
I jakkolwiek można podważać, czy używam tego prawidłowo, to jednak adresat mojej wypowiedzi od razu wie, że nie o poprawność się tu rozchodzi, lecz o moje nastawienie.
Gdy powiem, że pies zdechł, wiadomo od razu, że mam do tego faktu neutralny stosunek. Gdy powiem, że umarł/odszedł przemycam świadomie lub nieświadomie ładunek emocjonalny do tego konkretnego zwierzęcia.
Zauważmy, że gdy mówimy o bliźnich, również wyrażamy często nasze uczucia (lub ich brak). Gdy powiem o człowieku, że odszedł/umarł/opuścił ten padół brzmi to jednak zupełnie inaczej niż gdy powiem, że zdechł (wówczas wiemy, że w tym przekazie ukryta jest niechęć, brak szacunku, a może i nienawiść).
Podobnie gdy używam słowa twarz (neutralnie), buzia/twarzyczka (pieszczotliwie), lico (poetycko) i morda/pysk (obraźliwie, pejoratywnie).
I oczywiście, że określeń podobnych do tego ostatniego używać nie powinniśmy, ale!
Znów ważny jest przemycany ładunek emocjonalny.
A nie możemy zaprzeczyć faktowi, że w komunikowaniu się jest on szalenie istotny.
Reasumując!
Ja na Profesora zła nie jestem. Nie jestem też oburzona jego wypowiedzią jak wielu internautów. Wiadomo, Pan Bralczyk to autorytet i skarbnica wiedzy językowej, jednak jako właścicielka psa, kochająca go całym sercem (pupila gwoli jasności, Pana Profesora szanuję, ale nie kocham:) świadomie jednak wybieram formy "ludzkie" w nazywaniu czynności, jakich podejmuje się moja goldenka. Zresztą na blogu Beza Blog (jak wielu innych blogerów) personifikuję Bezę do granic możliwości (Beza "mówi", myśli, strofuje, żartuje ze mnie, kpi). Jest to z jednej strony zabieg celowy (ciekawa i zabawna forma przekazu), a z drugiej jest to wyraz mojego ładunku emocjonalnego do psa, którego po prostu kocham (pytanie, czy można powiedzieć, że zwierzę się kocha?) i traktuję jak członka rodziny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
RÓŻNICE
- Po co z nim jesteś? - pytają. - Ty taka śliczna. On, no przystojny niech będzie, ale Bradem to on nie jest. - kontynuują. - Po co z nim ...
-
Kobiety są ponoć demonami albo narzędziami w ich rękach. Tak kiedyś wierzono. Ach te baby. No ale od początku. Od kilku miesięcy chodzę na...
-
- Ładna sukienka. - No coś ty, stara. - Ślicznie dziś wyglądasz. - Nie przesadzaj. - Do twarzy ci w tych okularach. - E tam. Zwykłe oksy. ...










