O ZDYCHANIU PSÓW SŁÓW KILKA
Uwielbiam różne zagwozdki językowe, jestem filolożką, sama miewam mnóstwo wątpliwości co do poprawności, stąd właśnie taki wybór.
Ale do rzeczy.
Internety huczą po ostatniej wypowiedzi Pana Bralczyka. Wywiad ów obejrzałam, z niemałym zaskoczeniem, ale co do racjonalnych argumentów Profesora pretensji ani wątpliwości nie mam. Faktycznie w wielu językach istnieją określenia/wyrazy dotyczące zwierząt.
W języku niemieckim "fressen" jako żreć/jeść w odniesieniu do naszych braci mniejszych czy w języku angielskim "it" jako zaimek osobowy (ten, ta, to) dotyczący rzeczy, zjawisk czy też zwierząt właśnie. To są ogólnie przyjęte zasady, których prawidłowości nikt nie podważa. Jednak wiadomo, teoria teorią, praktyka praktyką.
I tak, skoro Profesor Bralczyk mówi, że pies/kot zdechł czy żre to niewątpliwie ma rację, ale!
Brakowało mi jednak wskazania sytuacji, gdy mamy bardzo emocjonalny stosunek do naszego pupila i mówimy jednak o nim, że je/umarł/odszedł za tęczowy most.
W języku angielskim, gdy o zwierzęciu mówimy she/he to nie tylko wskazujemy na płeć, lecz także wyrażamy nasze przywiązanie.
Sama wobec Bezy i innych psiaków/kotów stosuję takie określenia:
- Beza je (zamiast żre).
- Beza odejdzie (kiedyś!!!! A nie - zdechnie)
- adoptować szczeniaka.
- Beza jest dziewczynką (a nie suką) itp.
I jakkolwiek można podważać, czy używam tego prawidłowo, to jednak adresat mojej wypowiedzi od razu wie, że nie o poprawność się tu rozchodzi, lecz o moje nastawienie.
Gdy powiem, że pies zdechł, wiadomo od razu, że mam do tego faktu neutralny stosunek. Gdy powiem, że umarł/odszedł przemycam świadomie lub nieświadomie ładunek emocjonalny do tego konkretnego zwierzęcia.
Zauważmy, że gdy mówimy o bliźnich, również wyrażamy często nasze uczucia (lub ich brak). Gdy powiem o człowieku, że odszedł/umarł/opuścił ten padół brzmi to jednak zupełnie inaczej niż gdy powiem, że zdechł (wówczas wiemy, że w tym przekazie ukryta jest niechęć, brak szacunku, a może i nienawiść).
Podobnie gdy używam słowa twarz (neutralnie), buzia/twarzyczka (pieszczotliwie), lico (poetycko) i morda/pysk (obraźliwie, pejoratywnie).
I oczywiście, że określeń podobnych do tego ostatniego używać nie powinniśmy, ale!
Znów ważny jest przemycany ładunek emocjonalny.
A nie możemy zaprzeczyć faktowi, że w komunikowaniu się jest on szalenie istotny.
Reasumując!
Ja na Profesora zła nie jestem. Nie jestem też oburzona jego wypowiedzią jak wielu internautów. Wiadomo, Pan Bralczyk to autorytet i skarbnica wiedzy językowej, jednak jako właścicielka psa, kochająca go całym sercem (pupila gwoli jasności, Pana Profesora szanuję, ale nie kocham:) świadomie jednak wybieram formy "ludzkie" w nazywaniu czynności, jakich podejmuje się moja goldenka. Zresztą na blogu Beza Blog (jak wielu innych blogerów) personifikuję Bezę do granic możliwości (Beza "mówi", myśli, strofuje, żartuje ze mnie, kpi). Jest to z jednej strony zabieg celowy (ciekawa i zabawna forma przekazu), a z drugiej jest to wyraz mojego ładunku emocjonalnego do psa, którego po prostu kocham (pytanie, czy można powiedzieć, że zwierzę się kocha?) i traktuję jak członka rodziny.
Komentarze
Prześlij komentarz