MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ LWA




MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ LWA, był co prawda wczoraj, ale kto zabroni świętować?
To był mój dzień
Jako zodiakalna Lwica, pojawiłam się z przytupem, bo mama niczego nieświadoma jeszcze pomidory do słoików kładła, kiedy to ja trochę wcześniej pchałam się na ten świat. Na szczęście powiła mnie ponoć szybko, w miarę boleśnie (bezboleśnie się nie da) i uświadomiła sobie, że oto jest stała się matką niejakiej dziewczynki - jako że z tych zamierzchłych czasach, w jakich mnie spłodzono, badania USG bez znajomości to się nie robiło.
Kolorowo nie było, bo ja ledwo dwukilogramowe lwiątko zgotowałam rodzicom trudny los. Miliony rurek, jakimi opleciono moje ciałko i pożółkła tetrowa pieluszka wokół wątłych bioderek, były moją jedyną kreacją na czas przyspieszonego chrztu. Ale już wtedy okazało się, że JESTEM LWICĄ (a raczek Lwiczką). Nie wiem, czy ten cud to przypadek czy modły babci coś zadziałały, ale przeżyłam. Potem co prawda były ze mną przygody, na przykład dieta bezglutenowa, ale cóż to za problem w obliczu wyboru trumienki dla dziecka? W końcu znak zodiaku zobowiązuje!
Lwicą jestem zatem każdego dnia od czterdziestu jeden lat, bo walk stoczyć trzeba było sporo o samoświadomość, o utrzymanie ciąży, o zdrowie, gdy przez lata cierpiałam na HCV i szukałam ratunku, gdy tarczyca odmówiła współpracy, gdy endometrioza zaczaiła się w moim wnętrzu, gdy kłopoty jelitowe są tak silne, że każą się zatrzymać...
Jako Lwica walczę, jak pisałam wcześniej - upadam, ale się podnoszę, odgarniam grzywę i staję do boju. Tak już mam:) I za to siebie lubię.
A Wam Jako zodiakalna Lwica, pojawiłam się z przytupem, bo mama niczego nieświadoma jeszcze pomidory do słoików kładła, kiedy to ja trochę wcześniej pchałam się na ten świat. Na szczęście powiła mnie ponoć szybko, w miarę boleśnie (bezboleśnie się nie da) i uświadomiła sobie, że oto jest stała się matką niejakiej dziewczynki - jako że z tych zamierzchłych czasach, w jakich mnie spłodzono, badania USG bez znajomości to się nie robiło.
Kolorowo nie było, bo ja ledwo dwukilogramowe lwiątko zgotowałam rodzicom trudny los. Miliony rurek, jakimi opleciono moje ciałko i pożółkła tetrowa pieluszka wokół wątłych bioderek, były moją jedyną kreacją na czas przyspieszonego chrztu. Ale już wtedy okazało się, że JESTEM LWICĄ (a raczek Lwiczką). Nie wiem, czy ten cud to przypadek czy modły babci coś zadziałały, ale przeżyłam. Potem co prawda były ze mną przygody, na przykład dieta bezglutenowa, ale cóż to za problem w obliczu wyboru trumienki dla dziecka? W końcu znak zodiaku zobowiązuje!
Lwicą jestem zatem każdego dnia od czterdziestu jeden lat, bo walk stoczyć trzeba było sporo o samoświadomość, o utrzymanie ciąży, o zdrowie, gdy przez lata cierpiałam na HCV i szukałam ratunku, gdy tarczyca odmówiła współpracy, gdy endometrioza zaczaiła się w moim wnętrzu, gdy kłopoty jelitowe są tak silne, że każą się zatrzymać...
Jako Lwica walczę, jak pisałam wcześniej - upadam, ale się podnoszę, odgarniam grzywę i staję do boju. Tak już mam:) I za to siebie lubię.
Za obecność Waszą Wam dziękuję!
Życzenia szły jak szalone od Tych, których na oczy nie widziałam, ale którym włażę w życie, bo przecież piszę tym Ludziom niemal codziennie. Zawracam Im głowę swoimi przemyśleniami i historiami, a Oni chcą mnie czytać. I tak myślę sobie (rany, to już czwarty raz dzisiaj:), że ten blog to był chyba nie taki zły pomysł. Bałam się bardzo, a jednak ruszyło. Odlot!
Selfie zrobione wczoraj na macie, gdy zrobiłam serię brzuszków.
A tak, bo brzuch lubię mieć płaski z lekko zarysowanymi mięśniami.
Ktoś bardzo mądry mi ostatnio powiedział, że siła w ciele idzie z nóg i brzucha właśnie, może dlatego choć taka wątła, daję radę?
Dobrego dnia!
I mnóstwo siły, szczególnie gdy Wam siły brak i ręce (i cycki) opadają:)

Komentarze

Popularne posty