Żonkil...

 



W najczarniejszych snach nie przypuszczałam, że kolejny raz wspominając zryw w Getcie Warszawskim tak blisko nas będzie toczyć się wojna, tak bardzo podobna do tamtej.
Że będziemy świadkami bestialskich mordów, gwałtów, wywózek, okupacji.
Że znów do władzy dojdzie ktoś, kto za nic ma ludzie życie.
Brak mi po prostu słów...
A to co piszę zawsze na pamiątkę Powstania jest tak bardzo teraz aktualne, tak bardzo...
Kiedy nie ma się już nic do stracenia,
Kiedy zabrano im wszystko,
Odebrano całą nadzieję,
Chciano pozbawić człowieczeństwa skazując na głód, choroby i powolną śmierć w zwierzęcych warunkach,
Ocalić chcieli honor i godność,
doskonale wiedząc, że życia swojego już nie ocalą...

ELEMENT

 


Spojrzała w lustro. Dziś był nijaki dzień. Szarobura plucha za oknem. Ona właśnie wzięła prysznic. Gorąca woda na moment przytuliła jej smukłe ciało. Było tak dobrze w objęciach ciepłych strumieni, które czule ją masowały. Wyszła z kabiny. Otuliła się mięciutkim ręcznikiem frotte. I właśnie wtedy zerknęła w lustro, które tylko czekało, by dała mu chwilę uwagi. Ono było z tego takie dumne. Wiernie odzwierciedliło jej blade oblicze. Idealnie pokazało sińce, chude policzki i jeszcze nie potraktowane tuszem rzęsy. Opuściła wzrok. Była taka mdła, a lustro szalenie szczere i bezlitosne. Niby ładna, momentami może nawet bardzo, dziś wyjątkowo się sobie nie podobała. Nie mogła znaleźć żadnego elementu w swoim odbiciu, który by sprawił, że czuła się atrakcyjnie. Składała się przecież z tak wielu elementów tworzących jakąś całość. I dziś żaden, ale to żaden nie pasował do siebie.
Spojrzał na jej zdjęcie. Wyróżniała się. Nie była typem miss, ale mimo wszystko nie mógł przejść obok niej obojętnie. Te włosy, oczy, które zdawały się przeszywać na wskroś. I uśmiech. Absolutnie onieśmielający. Lubił na nią patrzeć. I tylko patrzeć. Nie odważyłby się podejść w realu. Zapomniałby języka w gębie, gdyby na niego spojrzała tymi pięknymi oczami. Gdyby odrzuciła przypadkiem włosy czy uśmiechnęła się lekko. Więc przeglądał jej profil z zachwytem. Nie był świadomy tego, że ona właśnie dziś spojrzała w lustro i uznała, że nie jest zadowolona z tego, co widzi. Miała wrażenie, że wszystko jest nie tak. Każdy jej element był niedoskonały, beznadziejny wręcz. On jednak był innego zdania. Miała w sobie to coś. Przez wielkie "C". Nie umiał tego zdefiniować. To był jakiś magnetyzm.
Aż pewnego dnia znalazł odpowiedź, dlaczego ta dziewczyna tak go zafascynowała. Tajemnicą jej uroku był jakiś element. Ten o jeden element więcej niż posiadają inne piękne kobiety, które były wokół niego. Ten element, który go po prostu zachwycał i obezwładniał, a którego ona, szczególnie po tym prysznicu, była kompletnie nieświadoma...
Udostępnij ten post.
Wiem, że warto.

O "DNIU NAUCZYCIELA" SŁÓW KILKA...

 





Normalnie tej porze jest gorzej i gorzej. Tu pozwalam sobie "polecieć" Kalibrem 44, ale w nieco zmienionej wersji. I uwaga, nie będzie to tekst malkontencki, choć tak się zapowiada.
Od kilkunastu lat jestem belferką i można powiedzieć, że człowiek już przywyknął do hejtu, jaki w stronę nauczycieli jest wylewany. A jednak, każdego roku jest ciekawiej. Wertuję wirtualne gazety (czyt. scroluję) i co i rusz po oczach bije nagłówek - Prezentom na Dzień Nauczyciela (pamiętajmy, że jest to Święto Komisji Edukacji Narodowej!) mówimy stop! I jak się zajrzy w komentarze to jest dopiero dżungla dzikich instynktów. Czyta się to naprawdę z zapartym tchem. I człowiek nie wie, czy się śmiać czy płakać, bo jad się hektolitrami wylewa.
Zatem moi Mili!
Nie ma obowiązku kupowania prezentów z tej okazji!!!
Nikt Państwa do tego nie zmusza. Serio!!! Nie rozumiem tej nagonki na belfrów. Czyżby oni czekali aż im się rozłoży czerwony dywan, obsypie confetti i obdaruje Bóg wie czym? No nie! Wypada złożyć życzenia, reszta to już wolna wola uczniów i rodziców. Dodam jeszcze, że nas najbardziej cieszą laurki, wierszyki i piosenki. Sama mam w domu kilka takich "upominków" wykonanych przez moich żaków własnoręcznie niemal zerowym kosztem - mam tu na myśli ten materialny, a nie emocjonalny. Ten drugi bowiem jest bezcenny i niemierzalny. Czekoladka, kawa, herbata, kwiatek to już oczywiście wydatek, prezent miły, ale nie jest on obowiązkowy!!! O innych już "giftach" nie wspomnę.
Ludzie drodzy! Nie róbcie z nas materialistów, którzy czekają tylko na coś drogiego.
Nie nastawiajcie społeczeństwa przeciwko nam.
A nie zdarzyło się Wam podarować jakiejś osobie czegoś w podzięce? Czy ktoś biadoli na lekarzy, pielęgniarki? Z całym szacunkiem do ich ciężkiej pracy. Podkreślę, że nieraz byłam szczerze im wdzięczna i w związku z tym pozwoliłam sobie wręczyć jakiś podarunek - ostatnio była to moja książka. Prezent zatem niebędący dla osoby obdarowanej problemem. No nie. Więc dajmy już nauczycielom spokój. Nie plujmy jadem. Nie chcemy złożyć życzeń to tego nie róbmy. Nie chcemy nic kupić? Ok. Proste. Nikt się nie obrazi. Taką nagonką tylko się krzywdzi tych pedagogów, którym chce się podziękować. I to na nich się skupmy w tym dniu. A jeśli w ogóle nie zamierzamy nikogo niczym obdarowywać, to po prostu zamilczmy. Nie musi od razu wiedzieć o tym cały Internet.
Praca nauczyciela jest trudna, ale proszę mi wierzyć że zdarzają się dni, gdy uczeń/uczennica się uśmiechnie, powie coś miłego, poczęstuje cukierkiem, narysuje laurkę i to te gesty kolorują nam naszą szarą rzeczywistość. Taki "Dzień Nauczyciela" zatem obchodzimy również poza 14. października i to dzieci podejmują tę decyzję wykonując w naszą stronę tak miły ruch. Posłuchajmy więc uczniów co mają do powiedzenia. Chcą zrobić laurkę niech robią. Nie chcą to uszanujmy ten wybór, ale nie komentujmy tego wrogo, nie uczmy naszych pociech hejtu. Przecież to nie one piszą te wszystkie artykuły, gdzie belfrów regularnie miesza się z błotem. To tylko kwestia czasu gdy nasze dzieci zaczną nas naśladować. One bardzo szybko chłoną schematy rodziców, którzy dali im świetne wzorce.
A może warto w tym dniu pamiętać o Pani Woźnej czy Pani z Sekretariatu? One też przecież pracują dla naszych dzieci. Może mimo wszystko warto uczyć tylko zachowań pozytywnych nie krasząc tego złośliwą docinką? Pamiętajmy, co zasiejemy teraz, będziemy kiedyś zbierać i bez względu na to, czy belfer coś dostanie czy nie, miło by było gdyby nasze pociechy szanowały drugiego człowieka i umiały się zachować kulturalnie w każdej sytuacji.
Zatem wszystko w Waszych rękach Drodzy Rodzice i Opiekunowie.
A z okazji zbliżającego się Święta Edukacji Narodowej życzę Wam zatem dużo spokoju, uśmiechu i pogody ducha. Wszystkim będzie się wtedy żyło lepiej.
Ja natomiast swoim byłym Uczniom bardzo dziękuję za każdy uśmiech, ciasteczka, babeczki, laurki, ciepłe słowa, kwiatki, kartki, wierszyki, które mam w domu do dziś:))) Fajnie, że chciało się Wam poświęcić mojej osobie Wasz czas i specjalnie dla mnie coś zrobić/przygotować/kupić. Takie gesty są bezcenne!
Obraz Deepthi499 z Pixabay

DZIEŃ CHLEBA

 


No musiałam, bo chleb uwielbiam. Jako malutkie dziecko, z nabytą nietolerancją glutenu, nie mogłam niestety się nim cieszyć.
Jako kilkulatka, gdy od nietolerancji mnie wybawiono, codziennie na śniadanie wcinałam talerz kaszy manny gęstej tak, że łyżka stała, a potem w drodze do przedszkola pałaszowałam całą grahamkę.
Chleb uwielbiałam zawsze. Zresztą jako naczelny niejadek prosiłam, by dano mi kromkę z masłem i będę zadowolona. Będąc u babci na ferie zimowe, wcinałam wielką bułę pszenną jeszcze w łóżku. Babcia mi pozwalała, a ja drobnymi paluszkami wyjmowałam najpierw mięciutkie wnętrze bułki, a potem zajadałam się skórką. Co to były za czasy, gdy chleb nie był niczym "uzdatniany". Był taki pyszny!
Dziś też nie wyobrażam sobie dnia bez chleba. Uwielbiam każdy - pszenny, żytni, razowy, graham, orkiszowy, z ziarnami. Do tego masło, gorąca herbata i jestem najedzona.
Ach jak czasem niewiele człowiekowi potrzeba do szczęścia!
Obraz marco aurelio z Pixabay

DZIEŃ KUNDELKA


 

Ależ stare zdjęcie! Mam tu chyba siedemnaście lat i próbuję zapozować do zdjęcia z moim pierwszym psem - kundelkiem. Sunia ta zamieszkała z nami, gdy byłam w ósmej klasie. Byłam już na tyle duża by z nią wyjść i się nią opiekować. Oczywiście część obowiązków spadła też na moich rodziców, szczególnie gdy wyjechałam na studia.
Nuta, bo tak się wabiła, była malutkim psiakiem, głośnym i początkowo bardzo nieusłuchanym. Uciekała nam, gdzie pieprz rośnie. Bardzo szybko zrozumiała po co wychodzi się na dwór. Była bardzo mądra. Wiedziała jak nas podejść by dostać smakołyk. A kapcie gryzła tylko mojemu tacie:)
Gdy była szczeniakiem potrafiła tak się schować i zasnąć, że szukaliśmy jej nawet na dworze myśląc, że wypadła przez balkon. Ale nie! Ona się po prostu chowała za szafkę w kuchni, koło kaloryfera, gdzie było jej cicho i ciepło.
Bez ceregieli ładowała się do łóżka, moszcząc się na poduszce. Nie znosiła kąpieli, ale tarzanie w śmierdzących rzeczach jak najbardziej. Lubiła też pływać. Kiedyś wystartowała do jeziora, za ptakiem jakimś bodajże. Sęk w tym, że była to zima, jezioro w połowie przymarznięte, a więc woda była lodowata. Do domu tata niósł ją pod kurtką. Tak się trzęsła.
Moja mama była człowiekiem od karmienia. Gdy tylko kręciła się w kuchni, Nuta nie odstępowała jej na krok licząc na to, że coś jej skapnie. No i zawsze coś dostała.
Nuta żyła kilkanaście lat. Długo była okazem zdrowia. Potem zaatakował ją nowotwór. Cierpiała bardzo. Moi rodzice z nią nie spali całymi nocami. Ja mieszkałam już w Gdańsku nie do końca świadoma jak zły jest jej stan.
Nuta zasnęła w pewien lipcowy dzień w gabinecie weterynaryjnym na włocławskim Michelinie, w spokoju, otoczona miłością i profesjonalną opieką. Dała nam dużo radości, a moim rodzicom zapewniała rozrywkę gdy już wyfrunęłam z domu.
#dzieńkundelka

Międzynarodowy Dzień Postaci z Bajek

 


Odkopałam stare zdjęcia z albumów, w których zatrzymane w kadrze jest moje dzieciństwo. To wczesne przypadało na lata osiemdziesiąte. Jak większość dziewczynek chciałam mieć sukienkę do ziemi i koronę. Bycie księżniczką to było to! Choć zdjęcie jest czarno-białe to pamiętam, że falbanka i kubraczek były czerwone, a korona mieniła się na srebrno. Oj dumna byłam, że chodzę w takiej kreacji i cała się świecę.
Drugie zdjęcie wykonane było nieco później (już w kolorze). Mama chyba pożyczyła od kogoś ten strój (zresztą sukienkę z falbanką także) i wmówiła mi, że skoro jest żółty to będę pszczółką. Nie bardzo byłam szczęśliwa. Pamiętam jak koleżanka miała sukienkę z frędzelkami (takimi jaki wykańczało się w PRL abażur na lampy) i one tak ślicznie fruwały podczas tańca. Ja za to szalałam w moim pszczółkowym stroju, z opaską na głowie i czułkami zrobionymi z kartonu. Jak zwykle cała mokra, bo wszędzie było mnie pełno. Papcie miałam fioletowe, z materiału, z obtartym czubkiem, bo stópki szybko rosły i duży palec się panoszył. Potem chyba zrobiła mi się dziura w tych kapciach:)
W tamtych czasach takich wymyślnych strojów jak obecnie nie można było nigdzie kupić. Nie było internetu. Mamy, ciocie, babcie szyły wszystko same, stroje się pożyczało, w niejednej sukience wszystkie siostry czy kuzynki przetańczyły różne bale. Mimo to ten czas wspominam z rozrzewnieniem, jakoś tak sielsko. To był najbardziej beztroski czas w moim życiu.
A Wasze stroje? Za kogo byliście przebrani? O jakim stroju marzyliście?

FILIŻANKA

 


Jesteś filiżanką ukształtowaną przez kogoś, czyimś rękoma. Ktoś Ci nadał formę i chwilę zajęło Ci, by poznać swoje przeznaczenie. I było dobrze. Byłaś filiżanką do kawy lub herbaty napełnianą ciepłym płynem, ogrzewanym czyimiś rękoma, mytą pieszczotliwie i tak potrzebną. Bo przecież bez Ciebie czyjś dzień nie byłby kompletny. Gasiłaś czyjeś pragnienie, dodawałaś energii, rozgrzewałaś, dawałaś ukojenie.
Zdarzało się, że ktoś Cię poparzył lub sprawił, że lekko odprysnął Ci lakier. Och, ale to nic. Najważniejsze były te czyjeś dłonie, które Cię obejmowały.
Aż pewnego dnia palce, które tak czule Cię muskały, upuściły Cię. Może przypadkiem, może dla zabawy, może celowo. Nieważne. Rozbiłaś się w drobny mak lub potłukłaś na mniejsze i większe kawałki.
Może ktoś próbuje Cię poskładać i posklejać. Robi to delikatnie, ostrożnie, by nic więcej nie zepsuć.
Może robi to byle jak złorzecząc w duchu, że każdy kiedyś się rozsypał i musi się pozbierać Że masz się nie mazgaić, lecz zebrać do kupy.
Może też tak być, że nikt nie próbuje Ci pomóc w żaden sposób. Ty leżysz w totalnej rozsypce i nie wiesz co dalej. Nie masz siły na nic, marzysz by wszystko zniknęło i by nic nie czuć. Ten ból jest przeszywający, boli każdy okruszek.
Może jakimś cudem znajdziesz siłę, by kawałek po kawałku zebrać się w sobie. Może ktoś Ci pomoże i faktycznie poskleja. Jednak już nigdy nie będziesz tą samą filiżanką. Będziesz inną. Po prostu inną. I wcale nie znaczy ze gorszą. Nie zapominaj tego.

PIĘĆ LAT

 


To już pięć lat. Pięć lat temu na próbę, z pomocą przyjaciółki założyłam swoje pierwsze konto na fejsbuku, a następnie podpięłam pod niego stronę. Co ważne, wszystko robione było w tajemnicy i anonimowo, bowiem zależało mi na tym, by blog czytano bo jest niezły, a nie dlatego, że piszę go ja.
Wiele razy słyszałam, że z moim pisaniem powinnam coś zrobić. To i zrobiłam. Ja, kompletna ignorantka medialna rzuciłam się na głęboką wodę.
Grono odbiorców powoli rosło, odważyłam się wysłać moje teksty do wydawnictwa i tak po roku ukazał się mój debiutancki tomik opowiadań "Portrety". Czytelnicy poznali moją twarz i nazwisko. To był swoisty "coming out"
Okazało się, że nieźle radzę sobie w tworzeniu dłuższych form literackich. Napisałam dwie powieści obyczajowe "Listy do Emki" i "Moją Drogą I...", które cieszą się świetnymi opiniami.
Otworzyłam się przed Wami. Opowiedziałam swoją historię. Niektóre osoby skłoniłam do badań, a co najważniejsze pokonałam traumę, z jaką się zmagałam będąc przewlekle chorą.
Blog nie ucierpiał. Jestem mu wierna i bardzo konsekwentna i niemal codziennie publikuję na nim jeden post. Samych tekstów stworzyłam już ponad pół tysiąca. I choć mam wrażenie, że napisałam już o wszystkim, ciągle tworzę nowe teksty.
Kieruję się zasadą - każda historia jest prawdziwa, kiedyś i gdzieś się wydarzyła. Mój blog pisze życie, czasem na słodko, na gorzko, na pikantnie. Nie boję się żadnych tematów. Inspiruje mnie człowiek i jego los.
Mój styl bywa poważny, podniosły, cyniczny, refleksyjny. Bawię się formą. Wzruszam, śmieszę, skłaniam do refleksji, czasami złoszczę. Istotne, że wzbudzam emocje.
Najważniejsze, że ktoś po drugiej stronie jest i czyta.
Bo jesteście prawda?
Dziękuję Wam za każde serduszko, kciuk w górę, udostępnienie i komentarz. Bez Was moje pisanie nie miałoby sensu.
Kłaniam się Wam nisko.

DZIEŃ PLACKÓW ZIEMNIACZANYCH

 




Pewnie gdybym ich nie lubiła to nie zwróciłabym uwagi na taki dzień. A ja je lubię. Bardzo kojarzą mi się z dzieciństwem, gdy Mama niemal co piątek je smażyła. Ciężka to była robota, bo najpierw trzeba było zetrzeć na tarce sporo ziemniaków. Gdy Tata był akurat w domu to on się tym zajmował. Nie wiem ile ich tarł, ale myślę, że zdecydowanie więcej niż kilogram.
W latach dziewięćdziesiątych, na które to przypadało moje dzieciństwo, nie było żadnych termomiksów, lidlomiksów ani innych wynalazków. Mogłyby być jakieś maszynki, ale my akurat nie byliśmy w posiadaniu takowej.
Mama często smażyła te placki na dwie patelnie, by było szybciej. I oczywiście jadła na końcu...
Nasze obiady wspominam z rozrzewnieniem, bo jadaliśmy je razem - ja z mamą lub wszyscy we trójkę jeśli mój Tata nie był w pracy (pracował na zmiany, więc czasami go nie było w domu popołudniu).
Okna naszej kuchni wychodziły na "A-jedynkę" oraz wijącą się leniwie wstęgę Wisły. Ten, kto dorastał na "anglikach" we Włocławku ten wie, o czym piszę:)
I ten krajobraz widziany z szóstego piętra wieżowca, rzeka w różnych odsłonach - letniej, zimowej, jesiennej i wiosennej znaczą dla mnie bardzo dużo, bo choć blok z wielkiej płyty, w niedużym mieście to widok z tego okna był nie do pobicia. Dlatego posiłki, te obiady zwłaszcza nam tak smakowały:)
Placków pożerałam niemało i tylko z cukrem. Żadnej śmietany (ble) ani cebuli. Nic. Taki wybredny był ze mnie dzieciak. Zresztą do dziś do placków żadnej broń Boże cebuli nie daję i podaję je tylko z cukrem:) I mimo, że mam cztery dychy na karku to takich jak moja Mama smażyć jakoś nie umiem. Może kiedyś się nauczę, póki co korzystam jak ona smaży:)
A jak z tymi plackami jest u Was?
I kto ma fajny widok z kuchennego okna?

DZIEŃ ŻYCZLIWOŚCI


 


Jesteś życzliwa, bo tego Ciebie uczono. Babcia kazała dygać nóżką gdy przyszli goście, mama mówić sąsiadom "dzień dobry", uśmiechać się do pań w sklepie, pomagać w domu.
Zawsze byłaś miła i życzliwa nawet jeśli nie miałaś na to ochoty. Bo przecież tak wypada, tak jest ładnie, kulturalnie i życzliwie. I fajnie.
Ale!
Kiedy byłaś życzliwa też sama wobec siebie samej?
Kiedy siebie przytuliłaś?
Pochwaliłaś za coś?
Nagrodziłaś?
Uśmiechnęłaś do siebie bez względu na wszystko?
Zatroszczyłaś się tylko o wszystkich i wszystko dookoła, a o siebie?
Jeśli to robisz, wspaniale, kontynuuj.
Jeżeli nie, to zrób sobie dobrze do cholery!
Zajmij się sobą.
Pogłaszcz się.
Przytul.
Wybacz sobie.
Ukochaj.
Bądź dla siebie życzliwa nie tylko dziś.
Nie żałuj sobie.
Rozpieszczaj się.
Przecież by być dobrym dla innych, trzeba być najpierw dobrym dla siebie.
To siebie masz dwadzieścia cztery na siedem.
Z sobą musisz wytrzymać.
Traktuj zatem tę dziewczynę w lustrze tak jak ona na to zasługuje.
I wtedy uśmiechnij się do świata.
Pomachaj mu.
I nawet jeżeli nie odmacha, Ty wysłałaś mu dobrą energię, jaką roztaczasz wokół siebie.
A dobro i życzliwość wraca.
Prędzej czy później, ale wraca.

WDZIĘCZNA







Dziś Święto Dziękczynienia. Ich choć go nie obchodzę jak to w zwyczaju mają na przykład Amerykanie, pomyślałam sobie, że ta wdzięczność jest taka ważna. I piękna. I bez względu na to, czy to święto celebruję czy nie, to warto pomyśleć, za co jestem wdzięczna. Tak po prostu.
Na pewno za to, że jestem, że żyję, że niejeden raz wyciągano mnie z mniejszych i większych problemów zdrowotnych.
Za to, że jestem wolna, mogę o sobie decydować, nie boję się wyrażać własnego zdania, a nad głową nie latają mi bomby.
Za to, że mam co jeść i gdzie mieszkać.
Za moje talenty i umiejętności. Och mogłabym tu sporządzić całą listę czego nie potrafię lub w czym jestem naprawdę cienka, wolę jednak skupić się na tym, co mi wychodzi.
Za to, że jestem lwicą i walczę. Są dni, gdy odpuszczam, padam, jestem w rozsypce, płaczę, a potem, jak to mawiam - otrzepuję kolana, zbieram kawałki samej siebie, poprawiam makijaż, roztrzepuję włosy, zakładam szpilki i wstaję.
Za charakter. Pewnie, że istnieją takie moje cechy, których nie cierpię, jednak cenię siebie za to, że jestem ambitna, pracowita, pomocna, zaradna, wesoła.
Za moją wrażliwość, która była niegdyś moim przekleństwem, a ja zrobiłam z niej użytek i nią filtruję codzienność.
Za rodzinę, grono bliskich mi ludzi, a najbardziej za macierzyństwo - cholernie trudny etap w moim życiu, ale jakże ubogacający.
Nawet za fajnego psa jestem wdzięczna, bo trafił się nam przekochany egzemplarz.
Za upór. Och, bez niego nie byłabym tu, gdzie jestem.
Trochę tego zatem jest. Jestem wdzięczna. Tak łatwiej, naprawdę.
A jak z tą wdzięcznością u Ciebie?

RÓŻNICE

  - Po co z nim jesteś? - pytają. - Ty taka śliczna. On, no przystojny niech będzie, ale Bradem to on nie jest. - kontynuują. - Po co z nim ...