KRÓTKA ROZMOWA O MIŁOŚCI






- Czym jest prawdziwa miłość? -zapytała.
- To piękne uczucie, rozpływające się po całym ciele - odrzekło Serce.
- To reakcja chemiczna, na którą składa się kilka hormonów - powiedział Rozum.
- Jak ją rozpoznam? - znów zadała pytanie.
- Poczujesz drżenie rąk, pojawi się przyspieszony oddech, uśmiech lub sztuczna powaga. Mogą pojawić się gesty takie jak patrzenie w oczy, przygryzanie ust, bawienie się włosami - wyliczał Rozum.
- Będziesz pragnąć bliskości tej osoby. Dzień i noc. Nie będziesz w stanie bez niej oddychać - dodało Serce.
- Będziesz - wtrącił Rozum. - To tylko błędne wrażenie. Wszystkie funkcje życiowe będą utrzymane, popęd płciowy może być wyższy. To też jest związane z hormonami.
- Będzie Ci ciepło, przyjemnie, będziesz unosić się nad ziemią - rzekło Serce.
- Fizycznie to niemożliwe - stwierdził rozum.
- To tylko metafora - odparło Serce.
- Nie cierpię metafor. Liczą się fakty. Na tym polega życie - Rozum nie dawał za wygraną.
- Życie polega na odczuwaniu, na doświadczeniu nawet tego, co niezrozumiałe. A miłości nie da się pojąć - Serce się rozmarzyło.
- Też tak myślę - wtrąciła Ona.
- Ależ oczywiście, że da. Można ją nawet zmierzyć. Wystarczy zbadać poziom hormonów. To wystarczy - kontynuował Rozum.
- I co miłość się wtedy kończy? - zapytała.
- Tak. To przecież tylko reakcja chemiczna - Rozum był z siebie dumny.
- Ciekawe - zamyśliła się.
- Jeśli się kończy to znaczy, że nigdy jej nie było - powiedziało Serce. - Miłość jest, trwa, ewoluuje, zmienia się, ale nie gaśnie. Jeśli ta iskra zapłonęła prawdziwie, to nic jej nie zgasi. Może się tlić, migać, płonąć. Gdy kochasz naprawdę to to trwa. I gaśnie razem z człowiekiem - dodało. Rozum zamilkł, a Ona spojrzała tęsknie w dal zdając sobie sprawę, że kocha naprawdę.
Podoba Ci się ten post?
Podaj go dalej.
Obserwuj mój blog.
Warto, naprawdę:)
Image by Pixabay

F word

 



Przeklinam. Tak, owszem zdarza mi sie to wcale nierzadko. Zgorszenie? Na litość boską, każdy z nas mniej lub bardziej potrzebuje czasem ujścia werbalnego. I nie mówię tu o tym, by kląć co drugie słowo w formie przecinka.  Po prostu czasem nie da sie inaczej. Jak się uderzysz młotkiem w palce to jak reagujesz?

- Ojejej, jak boli. Ojojoj!

No błagam. Jak rzucisz sobie qurwą to nie jest Ci lepiej? Pewnie, że jest.

A jak jakiś baran zajedzie Ci drogę to mówisz:

- Szanowny panie/Najdroższa pani, czy zechciał(a)by pan(i) zjechać na prawy pas, tak by można było kontynuować jazdę? Moje uszanowanie.

No do cholery nie! 

Czasem zatem trzeba rzucić mięsem. Tak konkretnie, dla ulgi. Angielski nas tu ratuje. Fakujemy ciągle. Fakapy też się zdarzają. I jak cos się nie uda i nawet pod nosem powiesz sobie "Fuck" to jakoś się lżej na duszy robi. I ja tę metodę stosuję, żeby nikogo nie pogryźć ani nie wytłuc wszystkich talerzy. czasem pod nosem, w myślach lub głośno, zależy od sytuacji i możliwości. Nie po to, by kogoś obrazić albo zrobić komuś krzywdę. Czasem taki werbalny fak naprawdę ratuje nasze nerwy. Język jest zresztą po to, by z niego korzystać. Z głową, zaznaczę. Wszystko jest dla ludzi, nie?

Więc miłego dnia, z fakiem lub bez:)



TE ROZMOWY CD.

 


- Jak on mnie wkurza! - z oczu Kaśki biły gromy.
- Kto? - zapytał Bartek i nagłego olśniło. - Aaa, chłop twój! - zaśmiał się. - Co znowu nabroił?
- Milion razy prosiłam, by zapisał Zosię do alergologa. Ma przychodnie po drodze. Zapomniał. No zapomniał choć mu kartki piszę i smsy! Ty wiesz ile się czeka na wizytę nawet prywatnie? - krzyczała. - Poryczałam się ze złości normalnie.
- Z takiego powodu, bo zapomniał? - Bartek zwijał się ze śmiechu.
- A tak, z bezsilności. A ty kiedy płakałeś ostatnio? - Kaśka aż kipiała ze złości.
- W weekend.
- Jezus Maria, co się stało???? - Kaśka przeszła w tryb martwienia.
- Rozmawiałem z Mi. Tak jak kazałaś... - powiedział cicho.
- Żartujesz? Serio?! Stary moc! - i klepnęła go w plecy.
- No co? Uznałem, że masz rację.
- Bo mam! - Kaśka dumnie się wyprostowała. - No i jak było?
- Wziąłem ją na spacer, na papierosa i zapytałem po prostu, czy jej dobrze.
- O i z córką palisz, ale o seksie się wstydzisz rozmawiać. Ja pierdzielę.
- Nooo - uśmiechnął się.
- Grunt, że zacząłeś i jak ona na to?
- Wiesz, że nie była jakoś speszona. Powiedziała, że jest ok.
- Wiesz co to znaczy?
- Wiem, więc zapytałem czy on o nią dba i czy ona wie czego potrzebuje. Odparła, że chyba tak.
- Co chyba tak?
- Że dba i że jej ok.
- Wie co lubi?
- No tu się zawahała.
- To zrozumiałe.
- I wtedy mi pociekły łzy. Ja bym chciał, żeby się pod nią ziemia trzęsła. Wiesz o co chodzi?
- Pewnie. Serio te łzy ci pociekły?
- Kobieto to była najtrudniejsza rozmowa w moim życiu. Nawet jak z jej matką rozwód brałem to nie było tak trudno. Jak rodzicom mówiłem, że w wieku dwudziestu lat ojcem będę to też nie. Ani jak mnie moja matula z izby wytrzeźwień odbierała i w pysk dała, to też dałem radę. A tu jak dziecko.
- Jak ojciec, który kocha swoje dziecko - stwierdziła.
- Nigdy więcej takich rozmów.
- Odczekaj, dałeś jej do myślenia. Ona musi to przetrawić. Zobaczysz będziecie jeszcze o tym gadać i ci podziękuje.
- Obyś miała rację. Myślałem, że pod ziemię się zapadnę jak się pytałem, czy to, co on jej robi, sprawia jej przyjemność.
- A czego tu się wstydzić? Seks uprawiasz? Uprawiasz. Ze swoją kobietą na dodatek, coś jej przysięgał. Życiowe tematy omawiasz przecież. Ja jej niedobrze to może się opamięta i pogoni chłopaka albo wprowadzi zmiany w swoje pożycie. Jak już się zaczęła bawić tymi klockami to niech chociaż frajdę ma z tego.
- Zobaczymy jak ty że swoją Zosią temat przerobisz - zaśmiał się.
- Haha, mus to mus. Ty już będziesz wprawiony to mi wskazówki dasz.
- Kaśka mówię ci, myślałem, że padnę.
- Ale nie padłeś, dałeś radę. Jestem, ciebie dumna. Masz jaja.
- Mówisz?
- Ja to wiem! Takiego ojca to ze świecą szukać.
- Chyba się muszę napić.
- Ja też, bo z tymi chłopami wytrzymać się nie da - puściła mu oczko.
- Z babami też nie - uśmiechnął się i skierował kroki do kuchni, a konkretnie do lodówki, w której mroziło się piwo. Należało mu się na otarcie łez, na które to pozwolił sobie przy córce, pokazując jej nie swoją słabość, lecz to jak bardzo ją kocha.

TE ROZMOWY

 


- Oni to robią! - spojrzał na Kaśkę takim wzrokiem, że się przestraszyła. Miał piękne niebieskie oczy. Kiedyś w nich przepadła. Dziś oboje mieli rodziny i wspólne wspomnienia. Byli w kontakcie. Przyjacielskim. I jako że kiedyś byli że ze sobą blisko to potrafili ze sobą rozmawiać. O wszystkim.
- Milena ma osiemnaście lat i chłopaka, a czegoś ty się spodziewał? - Kaśka pojęła o co mu chodzi. No tak, zmartwiony ojciec, przerażony na dodatek faktem, że jego jedyna córeczka straciła niewinność.
- Ona ma dopiero osiemnaście lat! - Bartek krzyknął zatroskany. Kaśka wybuchnęła śmiechem. Nie śmiała się z niego. Broń Boże! Uwielbiała go. Był jej przyjacielem, ufała mu, zwierzała, pomagała.
- Bartuś, a my ile mieliśmy lat, co? - I puściła mu oczko. - Ja ci przypomnę, siedemnaście. Pozwól, że powtórzę, siedemnaście! Sam się chciałeś kochać! Ze mną! Heloł! - zawołała śmiejąc się w głos.
- To, to co innego!
- Co ty chrzanisz? Też byłam czyjąś córką. Miałam chłopaka, ciebie i prawie uprawialiśmy seks!
- No widzisz! Prawie!
- Bo nie było prezerwatywy i nie byłam gotowa. A potem zerwaliśmy - wyjaśniła spokojnie. - I dobrze, wiesz jakby było?
- Wiem i dlatego Milena też powinna mu odmówić. To taki dzieciak jest, co on potrafi?! - Bartek był przejęty.
- On czy ona? - zauważyła trafnie. - Tego nie wiesz. I tak, że ci powiedziała. Musi ci ufać.
- Chyba ufa. Ja ją po prostu zapytałem - spojrzał na Kaśkę smutnymi oczami. - Czułem, że ją bzyka. Moją Mi!
- Ty się opanuj! Mi jest pełnoletnia i nic ci do tego czy i kto ją bzyka. To raz. Dwa, złe pytanie jej zadałeś - stwierdziła Kaśka nadal się uśmiechając.
- Co? - wybałuszył oczy.
- Było się zapytać nie czy to robią, tylko czy robią to dobrze i czy on jej dobrze robi!
- Oszalałaś!!
- A co orgazm zakazany dla twojej córki? Jak uprawia seks to niech ma z tego przyjemność. Mówię ci, pójście do łóżka nie jest równoznaczne ze szczytowaniem. Szczególnie u młodej dziewczyny.
- No tak...
- A twój seks był od razu taki, że wióry leciały?
- Niekoniecznie.
- A widzisz. Doszedłeś?
- Tak.
- A ona?
- Nie wiem...
- Znaczy, że nie doszła. Inaczej byś był pewien.
- Możliwe - ściszył głos.
- Przecież nie od razu wszystko wiedziałeś co i jak.
- Racja. A ty widziałaś?
- No coś ty! Zero samoświadomości. Myślałam, że będę leżeć i nic nie muszę robić, i że będą normalnie pioruny leciały, bo przecież ten seks taki cudowny. A tu, mój kochany, fajerwerki pojawiły się potem. Dużo zależy od partnera, ale nie wszystko.
-To znaczy? - Bartka oczy nadal były wielkie jak pięciozłotówki.
- Kobieta też musi znać swoje ciało. Wiedzieć co lubi.
- To co ja mam zrobić? - zapytał załamany. - Szok przeżyłem, że moja córeczka nie jest dziewicą, że on jej.... - nie dokończył zdania.
- Ej, seks to naturalna potrzeba. Heloł! - zaśmiała się Kaśka. - Ach wy faceci, o seksie moglibyście nawijać godzinami, przechwalać się który jak może, ale żeby córkę uświadomić to już nie ten tego?
- Syna byłoby łatwiej.
- Ano pewnie że tak. Byś mu kazał się dobrze bawić. To jej też to powiedz!
- Jak?
- Normalnie. Zapytaj czy się jej podoba, czy on o nią dba, czy zależy mu na jej satysfakcji, czy oboje dbają o zabezpieczenie czy tylko ona musi?
- Kobito przez usta mi to nie przejdzie!
- No bez przesady. Ile miałeś lat, gdy Milena się urodziła? Ja ci przypomnę, dwadzieścia!!!
- Ale to było co innego!
- Haha, padnę zaraz. Też byłeś dzieciak, seksu się uczyłeś dopiero, choć myślałeś, że już taki dojrzały z ciebie gość, nie?
- Trochę tak.
- To bądź dojrzałym ojcem. Weź na klatę, że twoja Mi to już młoda kobieta. Przecież chcesz, by była szczęśliwa.
- Chcę...Może i masz rację.
- Pewnie, że mam. Też będę z tak rozmawiać z moją Zuzią. Spokojnie.
- Małe dzieci, mały kłopot. Duże dzieci, duży kłopot - Bartek złapał się za głowę - Po co ją pytałem?!
- Ty się ciesz, że ci powiedziała w ogóle. Doceń to. Bądź dobry tatuś i pogadaj z nią.
- Pogadam. O losie ...
- Ty mi tu nie losuj. Wiesz ile ją bym dała żeby mi ktoś wyjaśnił, że to nie od razu może zadziałać?
- A tak sama doszłaś? - powiedział i zaczął się śmiać, bo pojął dwuznaczność tego pytania.
- Sama też w każdym znaczeniu tego słowa! - Kaśka śmiała się do rozpuku.
- Baby, ach te baby - zanucił.
- Co wy byście bez nas zrobili? - odparła nadal szczerząc zęby i dygnęła z gracją.
- Spokój by był - zripostował.
- Ale nuda jaka! - śmiała sie nadal.
- Oj tak! - westchnął..

Ciąg dalszy nastąpi ...

Udostępnij ten tekst jeśli Ci sie podobał. 
Obserwuj moją stronę
Warto!

MARKA KOBIETY

 


Kobieta, kobiecy, kobiecość - te słowa nas otaczają. Ja jestem z nimi za pan brat. Jestem kobietą, prowadzę blog (nie)kobiecy i dogadałam się z moją kobiecością. Lubię siebie, akceptuję i jako że trochę param się pisaniem często o kobietach, czymś kobiecym i o kobiecości piszę i prowadzę rozmowy. Ostatnio ze znajomą, która planuje stworzyć grupę dla dziewczyn ze swojej grupy zawodowej, która patrząc na świat przez pryzmat stereotypów, jest dziedziną męską (choć wiele kobiet świetnie się w niej odnajduje). Od słowa do słowa uznałyśmy, że utworzenie takiej społeczności ma na celu promowanie marki kobiecej. Hmm, zaraz zaraz, tylko jak to rozumieć? Jak zdefiniować markę kobiecą tak, aby już każda kobieta chciała się z nią utożsamiać? I choć wiem, że użyte przez nas określenie było bardzo spontanicznie i miało na celu wsparcie dziewczyn, odnajdujących swoje zawodowe powołanie w męskim świecie, od tamtego spotkania myślę intensywnie nad tym, czym ta MARKA KOBIECA właściwie jest?

Czy przedstawia matkę, otoczoną gromadką dzieci?

Kobietę w kuchni, z chochlą w prawej i żelazkiem w lewej dłoni?

Niewiastę (wróć, to słowo ostatnio źle się kojarzy;) ... przedstawicielkę płci pięknej na budowie, w kasku?

A może dziewczynę na traktorze, jak to kiedyś namawiały plakaty?

Albo szykowną business woman z aktówką?

Albo pielęgniarkę, położną, nauczycielkę, bibliotekarkę, przedszkolankę, projektantkę, makijażystkę, kosmetyczkę, kucharkę, fryzjerkę, sprzątaczkę, dziennikarkę, stewardessę, sekretarkę, dietetyczkę, instruktorkę fitness, opiekunkę do dzieci, asystentkę itp.? Tu mogłabym wymieniać wiele innych i zapewne którąś z Was bym pominęła. Niechcący oczywiście. Pisząc ten tekst bazuję na stereotypach, co świadomie podkreślam, bo one czasem pomagają mam usystematyzować świat. Bywają też krzywdzące stąd też chcąc zdefiniować MARKĘ KOBIECĄ zastanawiam się, jakie dobrać zawody lub atrybuty, by jak najpełniej ją oddać. W moim przypadku niewątpliwie byłyby to szpilki, błyszczyk, tusz do rzęs i torebka.
Dla mojej przyjaciółki trampki, bransoletki, sztuczne rzęsy i obcisłe dżinsy.

Dla koleżanki spodnie z ćwiekami, czarna ramoneska, buty na koturnie i smokey eyes.

Dla sąsiadki długie sukienki, związane włosy i czerwona pomadka.

A dla koleżanki z pracy zawsze spodnie sportowe lub eleganckie, piękne bluzki i kolorowe bluzy.

Każda woli co innego.
Każda ma swoje gusta i upodobania.
I każda jest piękna.
Intrygująca.
Wyjątkowa.
Kobieca.
Bo każda kobieta sama definiuje swoją markę.
A jak Ty ją rozumiesz?

Podoba Ci się ten post?
Podaj go dalej. Do innych kobiet, koniecznie!

Obserwuj moją stronę Poli Ann
Warto!
Image on Pixabay

DZIAD

 


DZIAD – „Listy do Emki” - fragmenty
"(...)
– Musisz się przebadać. Chora jestem. Trzeba sprawdzić, jak jest z tobą – Ilona poinstruowała krótko. Na jednym oddechu. Poszło!
– Przeziębiona jesteś? Nie złapię nic, spokojna głowa. Mam dobrą odporność. O mnie się nie martw, ja sobie radę daaam! – zanuciła, przeciągając w swoim stylu ostatnią nutę. (…)
– Jak to chora? – zapytała ponownie, wpatrując się w końcu w przyjaciółkę. Niemożliwe, przecież Ilona to okaz zdrowia. Jest aktywna, nie pije, nie pali, je zdrowo. Uśmiechnięta, pozytywna – Ila, no mówże, bo zawału dostanę? Tylko nie gadaj, że to rak, proszę. Prawda, że nie rak??? – spojrzała błagalnie.
– A można się tym zarazić? – Ilona spytała, uśmiechając się lekko. Rozbawiła ją ta Ada. Trzpiotka – Nie. Mam HCV, żółtaczkę, musisz zbadać wątrobę. Iść na krew. Badanie zrobisz za trzy dychy, będzie szybciej. Albo pójdziesz do lekarza rodzinnego i poprosisz o skierowanie. Dostaniesz bez problemu, bo masz stały kontakt z osobą zakażoną. Wynik będzie następnego dnia i po kłopocie. Prawdopodobieństwo jest małe, ale chcę, żebyś zrobiła to badanie.
– Ha co? – oczy Ady robiły się coraz większe. Ilona miała wrażenie, że firanka sztucznych rzęs zaraz jej odpadnie, bo klej nie da rady utrzymać takiej objętości powieki. Ale nie. Mocno się trzymają. Nie odpadły. Za to szczęka Ady tak.
– Ha–Ce–Fał. Wirusowe zapalenie wątroby. Po polsku: żółtaczka – wyjaśniła Ilona.
– A co to do jasnej Anielki jest? Gdzieś ty to złapała? Jak? Ty święta Ilona??? Niemal dziewica orleańska? – no tak, Ada musiała skomentować jej życie, a raczej „nieżycie” seksualne.
– Nie wiem – odparła Ilona, lekceważąc komentarz przyjaciółki – Mogłam pół roku temu u kosmetyczki, w trakcie porodu, wizyty u dentysty albo jako małe dziecko będąc w szpitalu. Albo ktoś mnie zaraził. Mama i babcia nie. Są czyste. Emka na szczęście też. Tata? Tego się już nie dowiem. Na celowniku jest jeszcze Paweł i…
– Mateusz – dokończyła Ada – A to przez krew czy inaczej jeszcze? Bo Mateusz to nie sądzę. Za grzeczny na hulaszcze życie.
– Kontakt krwi. Bezpośredni. Ślina nie, droga kropelkowa nie. Dlatego jeżeli tylko ja z mojego kręgu choruję, a póki co tak chyba jest, ty też jesteś czysta – Ilona wyjaśniała dalej.
– Spokojna głowa mała. Diabli złych nie biorą za życia – Ada uśmiechnęła się szeroko.
(…) spojrzała w niebo, po czym wzięła głęboki wdech i w swoim stylu wypaliła:
– Dobra. Trzeba to wziąć na klatę. Na pewno jesteś chora?
– Na pewno. Dwa razy badali – Ilona potwierdziła (…).
– Okej. Jesteś chora. Masz wirusa. To trzeba się go pozbyć. Da radę, nie? Raka leczą, AIDS już prawie, to i to wyleczą. Zbieramy amunicję i do boju (…).
– Ada, chętnie zbiorę amunicję, tylko jeszcze nie wiem jaką. I w bój polezę, tylko to troszkę trudne. Mam typ C. Powiem ci, niefajny. Bardzo oporny na leczenie dziad. Nie ma na niego szczepionki. Są terapie, bardzo kosztowne. Trzeba długo na nie czekać.
– Jak długo? Tydzień? Dwa?
– Nawet kilka lat, ale i tak nie masz pewności, czy się uda. To loteria. Jeszcze nie umieram. Zresztą nie mam zamiaru, szczerze mówiąc. Dziad dziadem, ale żyć trzeba.
– Bez takich mi tu insynuacji! Nie wolno ci umierać – z oczu Ady wystrzeliły iskry, a jej głos wybrzmiał tonem nie znoszącym sprzeciwu, któremu nie oparłaby się pewnie sama śmierć.
– Mam po prostu wirusa, który powoli sobie działa. Ale kropla drąży skałę. Muszę dbać o siebie. Regularnie się badać i czekać na terapię. Tak to wygląda. W innych krajach dają leczenie od ręki (…). Gdybym więcej piła, to może wzięliby mnie na cito. No widzisz Ada, było pić. Że też cię nie słuchałam... A tak dziad jest chwilowo bezpieczny, bo służba zdrowia nie ma dla mnie miejsca.
– Jak to nie ma leczenia??? !!! Na litość boską! – Ada niemal krzyknęła – To, co masz dostać raka i spokojnie na to czekać? To kredyt jakiś weźmiemy cholera czy co!!!! (…)"
Tak wyglądała moja rzeczywistość w 2010 roku, kiedy to dowiedziałam się o chorobie. Wyrok usłyszałam przez telefon, będąc w bardzo wczesnej ciąży. Mój świat się zawalił. Diagnoza była bezlitosna, a ja i moje dziecko bezbronne. Nie mogłam zrobić nic poza rezygnacją z porodu naturalnego i z karmienia piersią. Współczesne "madki" zapewne wylały by na mnie wiadro pomyj krzycząc zaciekle, że nie jestem godna nazywać się matką, skoro moje dziecko przyszło na świat przez „wydobyciny” i karmione było z butelki. Przez jedenaście lat niemal nikomu nie powiedziałam o chorobie. Prawdę znali tylko najbliżsi mi ludzie i lekarze. Panicznie bałam się odrzucenia, dźwigałam swój krzyż sama ukradkiem połykając łzy. A te roniłam najczęściej pod prysznicem sparaliżowana strachem nie tyle o siebie, co o dziecko jakie nosiłam pod sercem.
HCV jest okrutne, niewidzialne, niedające jednoznacznych objawów. To choroba widmo, niszcząca i ciało i umysł. Życie z tykająca bombą i świadomość bycia zagrożeniem dla tych, których się kocha, jest nie do zniesienia. Światełkiem w tunelu były wyniki rocznej córki, która wirusa ode mnie nie złapała. Moja droga do zdrowia była długa i kręta. Wiele walk przegrałam, po zdrowie jeździłam setki kilometrów nie rezygnując z pracy. Nie chciałam niczyjej litości. Byłam przecież taka silna, niczym stal, a wewnątrz krucha jak szkło. Wojnę z HCV wygrałam w marcu 2017. Od tamtej pory narodziłam się po raz drugi. Moja szkarłatna litera zniknęła. Ja odważyłam się otworzyć blog, wydać jedną książkę aż w końcu byłam gotowa na zdrowotny „coming out” - LISTY DO EMKI.
Dziś umiem powiedzieć: TAK, MIAŁAM HCV. I już się nie wstydzę ani nie boję. Nie zachorowałam na skutek zaniedbań swoich czy moich rodziców. Jak zdecydowana większość chorych zaraziłam się przypadkiem, najprawdopodobniej w okresie niemowlęcym, gdy przetaczano mi krew.
Jako eks HCV-pozytywna nie mogę oddawać krwi ani szpiku, nie mogę być dawcą organów, będąc w ciąży nie mogłam nawet magazynować krwi pępowinowej. Czułam się nic niewarta.
Dziś uważam inaczej. Wygrałam wojnę, pozbyłam się „dziada” i obojętnie czy chora, czy zdrowa jestem WARTOŚCIOWYM CZŁOWIEKIEM.
„Listy do Emki” mają Was uświadomić. HCV nie może stygmatyzować chorego. Wykańcza go wystarczająco. Najważniejsze, by otoczenie dało mu wsparcie, a świadome społeczeństwo nie wytykało palcami, tylko badało się regularnie. Nigdy nie wiesz, czy chory nie jesteś Ty. No właśnie robiłeś/-ąs kiedyś test?
Podaj mój post dalej.
Koniecznie!
Obserwuj moją stronę Poli Ann
Warto!

ZŁAMANIA

 




Masz Ich pełno. Nie tylko takich, które przydarzyły Ci się na boisku, placu zabaw czy w ogródku.
Ktoś Cię oszukał.
Zabrał Ci coś, na czym Ci zależało.
Ośmieszył.
Zdradził Twój sekret.
Zawiódł.
Nie było go, gdy trzeba było pomóc.
Doniósł, choć obiecywał milczenie po grób.
Przywłaszczył Twój sukces oraz premię, która Ci się należała.
Naruszył Twoją prywatność, intymność.
Zdradził idąc w długą i mając Twoje uczucia za nic.
Wszystko to złamało Ci serce, zmiażdżyło Cię jako człowieka, odarło z godności, zabrało wiarę w ludzi, obudziło dzikie instynkty, wbiło w ziemię, zaprosiło do tańca z depresją.
Nie ma człowieka, który by tego nie doświadczył.
Pamiętaj, że miejsce złamania staje się silniejsze niż było poprzednio.
Jego już się nie da ponownie złamać.
Ty natomiast masz doświadczenie i wiesz jak do tego nie dopuścić.
Jeśli ktoś Cię nie złamał, choć bardzo się starał, to Ty jesteś zwycięzcą.
A jeśli jednak rozłożył Cię na łopatki to kiedyś z nich wstaniesz. Złamanie się zrośnie, Ty nabierzesz sił i zaczniesz od nowa.
Życie to nie jest olimpiada. Tu nie chodzi o złoty medal. Chodzi o Twoją drogę, w jaki sposób ją pokonasz i czy starczy Ci sił.
Paradoksalnie złamania mogą Ci pomóc.
Wzmocnią Cię.
I Ty już nie pozwolisz się złamać.

Podoba Ci sie mój post?
Podaj go dalej.
Polub mój blog. Warto!

ZBYTECZNE ZBYT

 



Mówili że jesteś zbyt gruba. No musisz schudnąć!
Albo za chuda. Trzeba Ci nabrać sadełka!
A może zbyt wrażliwa. Stań się suką!
Albo za wredna. Bądź damą do cholery!
Za dużo pracujesz. Nie żyj pracą!
Tylko siedzisz w domu i nic nie robisz. Zajmij się czymś!
Za dużo mówisz. Weź się zamknij!
No co milczysz? Powiedz coś wreszcie!
Jesteś zbyt pedantyczna. Odpuść w końcu!
Jezu, co za leń! Ty w ogóle umiesz coś robić porządnie?
Po co się malujesz? Prawdziwa piękność nie musi.
Tak chcesz do ludzi wyjść? Zrób coś z sobą!
Szpilki każdego dnia? Boże co za lalunia...
Tylko w spodniach chodzisz, byś jaką kieckę założyła.
Nie marszcz czoła! Zmarszczek dostaniesz!
A Ty co taka niemrawa. Focha masz?
I po co się czepiasz? Okres ci się zbliża?
Byś zareagowała jakoś, a nie taka obojętna jesteś.
A żona Marka to sama auto myje.
A dziewczyna Tomka zarabia więcej od niego.
A tamta dziewczyna z dołu, fajna nie?
Ile razu coś takiego słyszałaś? Że zbyt, za, nie w tą stronę, nie tak, inaczej.
Ile razy się wciskałaś w ramę, na którą nie miałaś ochoty?
A Ty jesteś każdy? Ona? Tamta?
Przyjrzyj się sobie.
Fajna jesteś, wiesz? Powiedz to ma głos. JESTEM FAJNA !!!!
I bądź sobą!
Marszcz czoło, jedz lody, biegaj w dresach albo szpilkach.
Rób makijaż do sprzątania, rzucaj mięsem jak jesteś zła albo zamknij się w pokoju, gdy masz na to ochotę.
Sama sobie wyznacz co jest zbyt i za.
Skup się na sobie.
Bądź egoistką!
Zrób sobie w końcu dobrze, cokolwiek to dla Ciebie znaczy.
Zacznij od małych spraw.
Krok po kroku.
I zapamiętaj to jesteś TY, nie zbyt ani za.
Po prostu Ty - wspaniała. Bardzo!
I bardzo dobrze. Tego się trzymaj. Jak komuś nie pasuje to jego problem. Niech żałuje, że nie widzi Cię tak wspaniałej jaka jesteś. Jego strata. Widocznie jest zbyt ślepy/-a, by to dostrzec. No cóż, wtedy może być zbyt późno.
Wniosek jeden, to zbyt jest ZBYTECZNE, nie?
Zbyt przeszkadza, mąci, psuje, rani.
Więc zbytnio się nim nie przejmuj. I rób swoje. Niezbyt często, ale zawsze!
Ps. Aktualizacja - jesteś zbyt wyzwolona, zbyt niezależna, zbyt pewna siebie i zbyt świadoma? I na dodatek masz czelność mieć swoje zdanie? To wróć do tego zdania:
Zbyt przeszkadza, mąci, psuje, rani.
Więc zbytnio się nim nie przejmuj. I rób swoje. Niezbyt często, ale zawsze!
A jak komuś to przeszkadza to niech uprzejmie ********** - ucieka niezbyt wolno, lecz chyżo
Image on Pixabay
Podoba Ci się mój post? Podaj go dalej.
Polub moją stronę
https://www.facebook.com/PoliAnnBlog/
Warto!
#poliannblog #piekłokobiet #chcęmiećwybór #tojestwojna #wybór #wybórniezakaz #silnakobieta

PO COŚ

 



Każdy napotkamy w Twoim życiu człowiek jest po coś. On może sam nawet nie wiedzieć, jaką pełni w nim rolę. Ten dobry i ten zły. Ten, który Cię skrzywdził i ten, który sprawił, że się uśmiechasz. Od Ciebie zależy jak Ty taką znajomość potraktujesz.

Emilia

Zakochała się. Poznała go, jak to zwykle bywa, przypadkiem. Pracowali razem, jego przyjęto później, miała go przyuczyć. Nie szła im ta znajomość. Był bucem. Arogancki, pewny siebie. Cynik to było jego drugie imię. Nie znosiła go. Każda rozmowa z nim to była walka. Miał swoje zdanie i uparcie przy nim obstawał, nawet, gdy nie miał racji.
Pewnego razu weszła do firmowej kuchni, a on płakał tam myśląc, że nikt go nie widzi. Został po godzinach. Ona też, chciała coś dokończyć. Myślała, że jest sama. On zresztą też był przekonany, że po siedemnastej może pozwolić sobie na chwilę słabości. Wtedy zaczęli rozmawiać. Wyszli z biura przed północą i choć tylko rozmawiali, to już nic nie było takie jak przedtem. Ich współpraca nabrała rumieńców, ukradkowych spojrzeń, delikatnych uśmiechów, rozmów do nocy, niemal niezauważalnego dotyku. Po kilku tygodniach nie byli w stanie bronić się przed uczuciami. Za oknem szalały zamiecie, a w ich sercach żar. Były duże słowa, piękne gesty, wspólne plany. Emilia się zakochała. Tak porządnie, po same paznokcie, całą sobą. Oddała całą siebie. Duszę i ciało. On zaczął się wycofywać. Może go przeraziła, może nie udźwignął wagi tego związku. Przestał pisać plomienne maile i smsy, nie dzwonił. Pracę zmienił z dnia na dzień, nic jej nie mówiąc. Rozpłynął się w powietrzu. Ona płakała wieczorami, pisała maile, smsy, które pozostawaly bez odpowiedzi.
Tęskniła. Miała wrażenie, że odchodząc wyrwał jej część serca. Zapadala się w czarną nicość. Oddychała, mrugała oczami, ale niczego nie czuła. Smaków, zapachów, radości. Nic. Jakby była w trybie stand by. Po jakimś czasie ogarnęła ją złość. Na niego i siebie, na swoją naiwność i wiarę w ideały. Po kilku miesiącach się uspokoiła, zrozumiała, że ta znajomość była nauką, darem. Czegoś się o sobie nauczyła, wyciągnęła wnioski, zrozumiała błędy. Przestała żałować, że go pokochała. Przecież miłość to piękne uczucie. Jeśli jest szczera to nie powinno się jej żałować. Niech żałuje ten, kto jej nie przyjął.

Marta

Lata szkoły podstawowej wspomina jako koszmar. Miała świetne stopnie, zawsze była w gronie najlepszych, aczkolwiek nigdy na pierwszym miejscu. Ono należało do Gosi. Gosia musiała być we wszystkim najlepsza, kosztem wszystkiego - relacji z z innymi, uczciwości, koleżeństwa, a nawet zdrowia. Po olimpiadzie z biologii skrajnie wycieńczona wylądowała w szpitalu. Sķłócała wszystkie dziewczyny w klasie, decydowała, kto z kim się przyjaźni, obgadywała, a z innymi startującymi w olimpiadzie nie dzieliła się materiałami. Szła do celu po trupach. Marta dopiero po latach zrozumiała, że Gosia musiała być szalenie nieszczęśliwa, że w ten sposób rekompensowała sobie pewnie brak miłości w domu lub głęboko skrywane kompleksy. Przestała jej nienawidzić. Zaczęła jej współczuć.
Na przyszłość wyciągnęła wnioski z tej toksycznej relacji. Umiała rozpoznać taki typ osobowościowy w pracy, wiedziała do czego jest zdolny, nie obawiała się już konfrontacji. Pozorna siła Gosi była tak naprawdę jej słabością, o której wiedzieli tylko nieliczni.

Beata

Drobna blondynka, ma sińce pod oczami, zapadnięte poliki, a z jej oczu bije smutek. Zadbana, delikatny makijaż, wytuszowane rzęsy, hybryda na paznokciach, ołówkowa spódnica nieco przyluźna, elegancka koszula, która trochę ja poszerza. W ostatnim czasie kobieta schudła kilka ładnych kilo. W życie, które było już tak pięknie umeblowane, właśnie wdarł się huragan. Miał długie, rude włosy, głośny śmiech i ochotę na jej męża. Z wzajemnością zresztą. Beata najpierw stała przerażona patrząc w ekran jego telefonu, w którym aż roiło się od bardzo jednoznacznych wiadomości, otrzymywanych od rudego huraganu i odsyłanych do niego z taką samą namiętnością. Zabrakło jej powietrza, by oddychać. Gdyby nie dzieci i zobowiązania zawodowe, pewnie nie wstałaby z łóżka. Codziennie rano więc zmywała z siebie całonocny płacz, robiła makijaż starając nie dać poznać córeczkom, że coś jest nie tak i szła w nowy dzień, chcąc go jakoś przetrwać. Po jakimś czasie przeszła w tryb żądzy zemsty. W ciągu kilku dni rozpracowała rudy huragan. Wiedziała, gdzie pracuje, z kim jest w związku, co lubi, kogo zna. Jednym klikiem była gotowa zniszczyć tamtej kobiecie życie. Męża odesłała na kanapę do salonu. Zbierała amunicję, chciała wojny, krwi i łez, którzy ją zranili. Chciała niczym tsunami zniszczyć im życie.
A pewnego dnia, gdy obudziły ją promienie letniego słońca uznała, że skupi się na sobie. Jeśli nie dane jej być szczęśliwą żoną to chociaż będzie szczęśliwą kobietą. Odważyła się zmienić pracę, otworzyła własną działalność i z hobby uczynić swój zawód. Znów zaczęła uprawiać sport, poświęcała więcej czasu sobie. Przeprowadziła się. Poznała nowych ludzi. Romans męża, choć początkowo ją zmiażdżył, dał jej motywację do działania. Widmo kochanki przestało ją przerażać, dało jej siłę, by docenić samą siebie i móc przejść obok niej z podniesioną głową. Nauczyła się o sobie wiele, otarła łzy, podniosła się i dumnie poszła dalej, nie bojąc się już żadnych huraganów. Sama mogła być tsunami w czyimś życiu, była do tego zdolna, wybrała jednak inną formę swojej egzystencji. Jej były mąż i jego kochanka byli po coś, by zrozumiała, ile jest warta, czego oczekuje od mężczyzny i od związku. By pojęła, jak jest silna. Dziś eks mąż jest po prostu tatą ich córeczek, rudy huragan rozmył się gdzieś po drodze, pozostawiając po sobie niesmak, a Beata odnosi sukcesy i wzbudza emocje w niejednym męskim sercu, i być może jednemu z nich ulegnie...

Na naszej drodze spotykamy różne osoby. Aniołów stróżów.
Wampirów energetycznych.
Toksyków.
Pomocników.
Narcyzów.
Zazdrośników.
Ochroniarzy.
Ratowników.
Nauczycieli.
Kłamców.
Żmije.
Kameleonów.

Każdy jest jakiś. Każde spotkanie coś nam daje. Od nas zależy co weźmiemy w dalszą podróż.

STARCIE

 






W starciu z miłością jesteś bez szans.
Po prostu kochasz.
Za nic.
Bezinteresownie.
Za darmo.
Każdą cząstką siebie.
I nie wybierasz tej miłości.
Ona po prostu jest.
Osacza Cię.
Oplata niczym bluszcz.
Nie planujesz tego.
Bo miłości się nie planuje.
Ją się czuje i ewentualnie daje.
Jest niczym nieproszony gość.
Stoi za drzwiami i czeka na zaproszenie albo wchodzi z buta, nie pytając Cię o zdanie.
I nic na to nie poradzisz.
Możesz jej się poddać albo udawać, że Cię nie ma.
Że to nie Twoje drzwi.
I oszukiwać, że na Ciebie to nie działa.
A miłość i tak zrobi swoje, nie pytając o nic.
Czy tego chcesz czy nie...
Podoba Ci się mój post?
Udostępnij go.
Obserwuj moją stronę, na której znajdziesz teksty TYLKO I WYŁĄCZNIE MOJEGO AUTORSTWA.
Polecam Poli Ann

DZIEN SZCZĘŚCIA

 


Dziś ponoć Dzień Szczęścia.

Każdy z nas go pragnie, ale pojmować je możemy różnorako.
Szczęściem może być rodzina, spełnienie marzeń, kariera, zdrowie, miłość, przyjaźń, poczucie bezpieczeństwa, pieniądze.
Szczęściem mogą być ludzie, zwierzęta, wielkie wydarzenia lub małe sprawy.
Szczęściem może być promień słońca ogrzewający polik, płatek śniegu we włosach, czyjś dotyk lub spojrzenie.
Być może to wiadomość, list, zaproszenie, wyniki badań, oceny.
Na pewno każdy z Was doświadczył tego choćby przez moment.
Ponoć nie można być permanentnie szczęśliwym. Może to i dobrze?
Wtedy te szczególne chwile się docenia, pielęgnuje, wspomina.
Pomyśl sobie, co lub kto Ci daje szczęście.
Uśmiechnij się.
Doceń.
Może pomóż temu szczęściu rozgościć się w Twoim życiu.
Nie szukaj na siłę. Samo przyjdzie.
I rozejrzyj się, może gdzieś już jest.
A jeśli było to ciesz się, że dane Ci było je poczuć.
Szczęścia Kochani, jakkolwiek je definiujecie

RÓŻNICE

  - Po co z nim jesteś? - pytają. - Ty taka śliczna. On, no przystojny niech będzie, ale Bradem to on nie jest. - kontynuują. - Po co z nim ...