WYRODNA MATKA

Image by Vlad Bitte from Pixabay





Rozejrzałam się po sali. Wszyscy już byli. Wychowawczyni naszych dzieci przywitała nas serdecznie. I wyszła na chwilę, bo zapomniała czegoś skserować. Bardzo ją lubię. Jest taka uśmiechnięta, mówi szybko i gestykuluje. O dzieciakach opowiada z przejęciem. Ona naprawdę się wszystkim przejmuje, że Staś miał ospę, Zosia wolno pisze, a Kacperek biega na przerwie. Podziwiam ją, bo ja w domu z trójką dzieci czasami fiksuję. Adrian właśnie rozpoczął naukę w liceum i się poważnie zakochał. A bliźniaczki są w pierwszej klasie i bardzo przeżywają swoje duże tornistry, i piórniki z milionem kredek, pisaków, i pachnących gumek. Ja pracuję zawodowo i każdy dzień przypomina dzień świstaka. Rano nikt nie chce wstać, potem wszyscy jednocześnie lecą do łazienki, a na śniadanie każdy życzy sobie coś innego. Gdy całą gromadę już nakarmię i ogarnę to wpadamy do auta. Co rano trąbię na wszystkie niedorajdy, które jadą sobie 50 na godzinę tam, gdzie można 80. No jak takiego luksusu jak czas nie posiadam. Nawet moje osobiste dzieci wiedzą, że za kierownicą staję się madką, która i mięsem rzucić potrafi. Młodego podrzucam na przystanek, a dziewczynki oczywiście zaprowadzam do szkoły i o matko święta, nie niosę im tornistrów. Wielkie one i owszem, ale wszystkiego nosić nie muszą. No wyrodna matka.
Kanapki mają zrobione przeze mnie i do tego bidon z wodą. Nie daję im w pośpiechu 5 zł na drożdżówkę i soczek w sklepiku, bo policzyłam i najzwyczajniej w świecie szkoda mi kasy. Bułka z wodą wychodzi taniej. I zdrowiej, tak na marginesie.
Jak odstawię dziewczynki, pędzę do pracy. Lubię ją i tylko dlatego zasuwam na drugi koniec miasta. Po 16 znów jestem w mojej strzale i czasem zgarniam młodego po drodze albo od razu jadę po bliźniaczki. Jak mam szczęście to wpół do piątej już po nie jestem. I o zgrozo, jadę do domu. Czasem drobne zakupy, a potem azymut na dom. Po prostu. Jestem tak do szpiku wyrodną matką, że nie wożę ich na basen, dodatkowy angielski, hiszpański i chiński, tańce, szachy, robotykę, plastykę, gitarę, balet, tenis czy ceramikę. Marzę by pojechać do domu, dać im obiad, ułożyć z nimi puzzle lub pograć w grę. Gdy chwilę się bawią ogarniam dom i gotuję obiad na kolejny dzień albo oglądam jakiś durny odmóżdżający serial. Potem kąpiel, czytam im bajkę na dobranoc. Wieczorem rozmawiam z synem. Wiem co u niego się dzieje. Że ma super anglistkę i nie lubi matematyka. Że Wojtek zapowiada się na fajnego kumpla, a Zuzia, ta Zuzia, w której się zadurzył jest bardzo nieśmiała.
Jestem tak bardzo wyrodną matką, że dwa razy w tygodniu to młody czyta dziewczynkom bajkę, a ja katuję się Chodakowską. W sumie to ona mnie:)
W sobotę zaś, gdy faktycznie jedyny raz w tygodniu bliźniaczki chodzą na zajęcia dodatkowe, rytmikę (sic!), a Adrian na korepetycje z angielskiego (chce zdawać rozszerzenie), ja lecę na basen albo zumbę. Taką jestem egoistką. A jak wspomnę fakt, że męża wywaliłam z domu po tym jak wywaliłam oczy ze zdumienia przeglądając przypadkiem jego fejsa, bo się nie wylogował, to będę musiała chodzić kanałami. Bo chłopa w cztery litery kopnęłam, rozwód wzięłam i choć wyłam po nocach, to dałam radę. Wyrodna jestem, bo przecież nie dbam o wszechstronny rozwój moich pociech i mam czelność myśleć o sobie. I jak mój eks w co drugi weekend bierze dzieci to ja po zakupach pędzę albo do fryzjera albo na trening, albo zapraszam 3 sprawdzone przyjaciółki na sabat.
Latorośle moje zadowolone, integrują się z ojcem, a ja ładuję baterie na kolejny szalony tydzień.
Pociech moich osobistych nie wyręczam. Każdy ma w domu jakieś obowiązki, a ja potrafię zamknąć się w sypialni, gdy potrzebuję chwili spokoju. Inaczej bym zagryzła.
Nie rozpieszczam ich, bo życie to nie bajka i nie wmawiam im, że są idealne. Oczywiście, że w moich oczach takie są, ale nie mówię im tego na każdym kroku, dając cukierka i głaszcząc po głowie, gdy nabroiły, bo nie chcę by były zadufanymi w sobie bufonami. Staram się, by były normalnymi ludźmi. Ale przekonuję się ostatnio, że słowo "normalny " jest szalenie względne.

Siedzę więc na tej wywiadówce i oczom, i uszom nie wierzę. Matki odstawione jak na pokaz mody. Ja w dżinsach i białej koszuli wyglądam skromnie. Nie mam z tym problemu. Serio. Lubię prostotę i wygodę. Siadam z boku i obserwuję jak zaczyna się rozmowa między rodzicami, jeszcze bez wychowawczyni.
Czy to dobra decyzja z tą szkołą, bo ta wychowawczyni młoda, niedoświadczona pewnie i czasem podniesie głos, więc dzieci zaraz traumy dostaną.
Potem zaczęło się na dobre, już przy wychowawczyni.
A ta pani od angielskiego coś mało wymaga. Piosenki tylko z nimi przerabia. No nie wysila się kobieta, nie wysila. Przecież oni nic nie będą umieć. Zaległości im się porobią.
A na obiad ostatnio były kotlety i Neli nie smakowały to pewnie nieświeże. I surówka z marchwi. Cholera wie czy myta ta marchewka była. Na pewno nieekologiczna.
Wf'u stanowczo za mało mają. Dzieci tyle ruchu potrzebują, powinni codziennie mieć.
I tu nastąpiły jakże żwawe negocjacje, że przed lekcjami to nie, bo się zmęczą, a po lekcjach to znów każdy ma zajęcia dodatkowe, to też nie pasuje.
Następnie padło pytanie, które sprawiło że chyba wyglądałam jak idiotka, bo aż rozdziawiłam buzię i bynajmniej nie od za dużej ilości botoksu w ustach, lecz po prostu ze zdziwienia.
Kiedy pani zacznie przygotowywać dzieci do kangurka matematycznego.
Że jak? Kangur, w pierwszej klasie???? Nie za szybko?
Ano tak, żeby dzieciom ułatwić start w przyszłość, przyzwyczaić do rywalizacji, bo przecież life is brutal.
Okej, jest brutalne. Sama nie trzymam bliźniaczek pod kloszem, ale żeby chować dzieci, a raczej hodować jak szczury do korpowyścigu? Na to żem nie wpadła.
A pytania pani z pierwszej ławki, takiej aktywnej (pani rzecz jasna) dawno nie spotkałam, ponownie wprawiły mnie w osłupienie. Już drugiego jak nie trzeciego stopnia.
Czy jej Inez może poprawić 4+ z religii, bo nie daj Boże czwórkę będzie miała na półrocze!
Czy pani Marta (wychowawczyni) może podawać zagadnienia na testy, żeby z dziećmi w domu szybciej przerabiać materiał? (Jezu ja w liceum u syna na to nie wpadłam!!!!)
I dlaczego jej Inez siedzi nie dość że sama, to jeszcze w pierwszej ławce?! Dziecko jest zestresowane, nie nawiąże przyjaźni i popadnie w jakąś depresję. (A ja nawet nie wiem czy bliźniaczki siedzą razem...)
Ach i byłaby zapomniała, czy może stosować Pani w pracy metody bardziej behawioralne dla dobra dzieci? Poproszona przez wychowawczynię mama niejakiej Inez o skonkretyzowanie pytania nie podjęła dalej tematu. Ucięła tylko, że to pani Marta powinna chyba wiedzieć.

Pytań podobnego kroju było więcej, ale ja się wyłączyłam, bo już nie mogłam słuchać tego trajkotu.
No wyrodna jestem jak nic, bo nie walczę dla moich dzieci o dodatkowe materiały, lepszą jakość nauczania i o jak najmniej stresu w życiu. Medal mi za to dadzą albo dzieciaki zabiorą, bo się nimi nie zajmuję chyba wystarczająco. I mam czelność jeszcze mówić na głos o własnych potrzebach i je zaspokajać co gorsza.
Wróciłam zatem do domu. Zrobiłam dzieciakom naleśniki na kolację i pozwoliłam tym razem posmarować je nutellą. Niech mają trochę słodyczy, skoro w szkole takie traumy przeżywają.
Dziś Adrian czyta dziewczynkom bajkę, więc ja egoistycznie bardzo się dobiłam jeszcze kilerem Chodakowskiej. Szybki prysznic i zasnęłam od razu, by nazajutrz ponownie przeżywać dzień świstaka, nie stając się mniej wyrodną matką. Co gorsza, zapisałam się na godzinny masaż i wysłałam jeszcze wychowawczyni sms z gratulacjami, że tak dzielnie daje radę. Z rodzicami oczywiście...

PORTRET IZA - GDY TA DRUGA MIŁOŚĆ JEST TĄ WŁAŚCIWĄ

Image by pixel2013 on Pixabay


PORTRET IZA

Kochali się jak wariaci. Zwykła wakacyjna miłość przetrwała próbę czasu. Minął im rok, co na siedemnastolatkę i 5 lat starszego chłopaka było nie lada wyczynem. Inni zmieniali chłopaków i dziewczyny co kilka tygodni. No, co parę miesięcy. Oni byli razem. Ona w liceum, on już na studiach. Ona szalona i spontaniczna. On spokojny i rozważny. Uzupełniali się doskonale, ale kłócili często, dużo i głośno. Potem były wielkie i długie przeprosiny.
Iza była artystyczną duszą. Pięknie malowała. Trochę zapominalska i bujająca w chmurach. Młode dziewczę, które nie bierze jeszcze życia na poważnie.
Artur był umysłem analitycznym. Student politechniki. Do bólu racjonalny i logiczny. Niektórzy się dziwili jak tak dwie różne osobowości są w stanie ze sobą wytrzymać. A jednak.
Nudno im nie było. Zawsze coś się działo. Izka coś wymyśliła, on analizował i gdy warto było, podejmował działania.
Pokłócili się wtedy o jakąś drobnostkę. Izka nie pamięta już nawet o co. Krzyczała na niego, a on podniesionym jak nigdy głosem, oznajmił, że ma dość takich dziecięcych akcji, że myśli o niej poważnie, że chciałby ślubu za 2 lata, ale widzi, że to chyba pochopna decyzja. Ona potrzebuje czasu i musi dojrzeć. Jest tak cholernie dziecinna. Irytująca.
Iza dumnie oczywiście i butnie odparła, że sobie dojrzeje, a i owszem, ale bez niego, bo z nim to czasem z nudów umiera i chętnie sobie od niego odpocznie, a o ślubie stary to Ty se nawet nie marz. Żoną nudziarza numer jeden to ona być nie zamierza. Irytować będzie kogoś innego, w kolejce przecież do niej stoją.
Zapadła cisza. I te jego oczy. Zimne. Lodowate. Nigdy tak na nią nie patrzył. Zawsze miękko. Teraz nie. Jakby złością kroił ją na pół.
Nawet nie wie czemu mu tak powiedziała. Trochę ją poniosło. Słowa mają jednak moc. Zablokowała go. Zamilkł. Nie na dzień, nie na tydzień. Ona też dumnie milczała. Po cichu liczyła, że napisze, zadzwoni. Że będzie jak zwykle. 

Przepraszam Kochanie, uniosłem się. Przepraszam Misiu, nie chciałam tego powiedzieć. Przyjedziesz?
Tak Rybko, będę. 

Ale nie było jak zwykle. Przestał dzwonić i pisać. Ona zawzięta. Też się nie odzywała. Minął tydzień, dwa. Cisza. Miesiąc. Cisza. Uparli się. Żadne mediacje przyjaciół nie pomogły. Cisza trwała. On wyciągnął rękę do zgody po trzech miesiącach. Napisał, ale ona dumnie, myśląc, że on będzie przepraszać ją na kolanach, odparła, że nie ma ochoty z rozmawiać. Zamilkł więc na dobre. Od znajomych dowiedziała się, że wyjechał na Erasmusa na minimum pół roku. Najpierw jej to nie ruszyło. Uniosła się dumą. Tęskniła bardzo, ale się nie przyznała. Rzuciła się w wir życia towarzyskiego, by uśmierzyć ból.

Miewała krótkie związki. Na góra miesiąc. Żadnego nie była w stanie ciągnąć dłużej. Nikt nie przypominał Artura. Byli albo za spokojni albo zbyt szaleni. Za bardzo czuli lub egoistyczni. Nie ten kolor oczu, włosów. Zawsze coś nie pasowało. Trwała w takiej huśtawce kilka lat. Potem poznała Maćka. Spokojny kiedy trzeba, szalony, gdy na to pora. Potrafili rozmawiać o życiu do rana i ganiać się po lesie jak dzieci. Przystojny, wysoki, dobrze zbudowany. Błękitne oczy, zawadiacki uśmiech. Zdobył ją poczuciem humoru, ciętą ripostą i tym, że nie patrzył na nią jak na mięso. Uczucie rozwijało się powoli. Krok po kroku oddawała mu swoje serce. Był zupełnie inny od Artura, a mimo to po jakimś czasie uświadomiła sobie, że się zakochała. Maciej był ucieleśnieniem jej marzeń o miłości idealnej. Wspierał ją, dbał, kibicował, pomagał. Był przyjacielem, kumplem i kochankiem w jednym. Oświadczył się nietypowo. Zdjęciem. Na plaży wielkimi literami napisał pytanie, czy za niego wyjdzie. Zrobił zdjęcie i gdy byli w kinie Izka na ekranie zamiast reklam zobaczyła to właśnie zdjęcie. Jej szczęście nie znało granic. W ciągu roku ślub. Mała wynajęta kawalerka. Jego poważna praca, jej pierwsze artystyczne kroki jako freelancerka. Wszystko układało się jak powinno. Życie różami nie było długo jednak usłane. Maciej zachorował na świnkę. Niby nic wielkiego. Dwa tygodnie zwolnienia i po sprawie. Młody chłopak to da radę. Dał, ale choroba pozostawiła po sobie ślad. Iza nie zachodziła w ciążę, choć intensywnie nad tym pracowali. Zrobili badania. Wyrok. Wbiło ich w ziemię. Maciej był bezpłodny. Zawalił im się świat. Marzenia o dziecku znikły w jednej chwili. On się załamał, ona próbowała go wspierać. Przekonywała, że dadzą radę. Może leczenie. Może adopcja. Jeszcze będą rodzicami. 

Aż pewnego dnia na fejsie, u znajomych znajomych mignęło zdjęcie Artura. Kliknęła. Wakacje. Piękna plaża. On najprawdopodobniej z żoną i córeczką.
Iza zamarła. Wszystko wróciło. Przypomniała sobie jego dotyk, uśmiech i ten spokój. I pojawiło się to pytanie, które do tej pory jej nie prześladowało. Co by było gdyby. Gdyby wtedy wróciła, porzuciła szczeniacką dumę, może to z nim byłaby teraz na zdjęciu. Może w ramionach by trzymała ich dziecko. Tego gdyby było coraz więcej i pojawiało się coraz częściej. Na męża patrzyła z żalem i zastanawiała się, czy naprawdę go kocha. Czy nie byłaby szczęśliwsza u boku Artura.
Biła się z myślami. Rozważała spotkanie z nim, rozmowę i wciąż wracała do przeszłości. Przyjaciółka ją zganiła, ale ona wciąż zastanawiała się, czy kilka lat temu nie popełniła błędu życia. Może gryzłaby się jeszcze długo, ale życie jak to życie pomieszało jej szyki.
To był zwyczajny dzień. Pracowała w domu nad kolejnym obrazem. Dzień jak co dzień. Maciek pojechał rano do pracy. Gdy zadzwonił telefon, odebrała po kilku sygnałach, bo właśnie rozrabiała farby. Obcy męski głos rzeczowo informował ją o wypadku, nie pamiętała z czyjej winy i gdzie. Po głowie krążyło tylko, że Maciej jest nieprzytomny. W fartuchu brudnym od farb i crocksach pojechała taksówką do szpitala. Widok był przerażający. Mnóstwo rurek, bandaży i miarowy dźwięk maszyn. Otarcia na twarzy. Połamany. Stracił sporo krwi, miał obrażenia wewnętrzne. Cudem uszedł z życiem. Zderzenie czołowe nie z jego winy. Był w śpiączce. Świat momentalnie się jej zawalił. Po 12 godzinach personel przekonał ją by jechała do domu. Umyć się, zjeść coś, przebrać. Zadzwonią gdyby coś się działo. Pojechała. Stała pod prysznicem i nie czuła, że odkręciła zimną wodę. Nie mogła zasnąć, nie czuła głodu. Wróciła na oddział. Czuwała przy nim dzień i noc. Zostawiła pracę, nie dbała o zlecenia, panicznie się bała, że go straci. Wierzyła, że póki przy nim jest, to on nie odejdzie. Przewartościowała swoje życie. Poprzestawiała priorytety. Już nie było gdybania. Gapienia się w profil Artura. Żałowania wcześniejszych decyzji. Skupiła się na dniu dzisiejszym i czasie przyszłym. Postanowiła być silna i czekać, aż Maciej się obudzi. Po dwóch tygodniach śpiączki otworzył oczy. Była przy nim. Spojrzała na niego i ten moment wystarczył, by sporo zrozumiała, i doceniła to, co i kogo ma. Maciek potrzebował teraz dużo wsparcia, rehabilitacji, leczenia. Będzie chodził, wróci do siebie, ale za kilka miesięcy. Jego wyzdrowienie było jej celem. Dbała o niego jak on o nią wcześniej. Woziła na rehabilitację i do lekarzy. Zmieniła dietę. Ćwiczyła razem z nim. To trudne i bolesne doświadczenie sporo ją nauczyło. Pozwoliło z innej perspektywy spojrzeć na swoje życie. Zrozumiała, że błąd życia mogłaby dopiero popełnić wątpiąc w swojego męża, odrzucając jego miłość i marząc o tej pierwszej, szczeniackiej miłości.

3 lata później

Wakacje. Piękna plaża. Izka uśmiecha się i przytula do Maćka. Na kolanach trzyma 3 letnią dziewczynkę. Zdjęcie wrzucone na fejsa. 154 polubień, 33 komentarzy. Na innym zdjęciu widać jej wernisaż. Mała blondyneczka kurczowo trzyma ją za rękę i słodko uśmiecha się do telefonu, którym Maciej robi im zdjęcie.


Objaśnienia

Maciej chodzi. Jest w pełni sprawny. Iza realizuje się artystycznie. Jej prace zbierają dobre opinie. Zaczyna w końcu zarabiać. Maja ma 2 latka. Jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Trafiła do domu dziecka w dniu kiedy oni przyszli porozmawiać z dyrekcją o całej ścieżce adopcji. Maja sama wybrała Izę. Po prostu tamtego dnia podbiegła do niej i się przytuliła. Po roku żmudnych formalności, szkoleń, badań i kursie w końcu zamieszkała z nimi w trzypokojowym mieszkaniu, jakie Maciej dostał w spadku od babci.

Iza dziś niczego żałuje. Wszystko musiało widocznie mieć swój czas i miejsce. Jest szczęśliwa jako żona matka i artystka. Artur pozostał jedynie miłym wspomnieniem, o którym kiedyś opowie Mai, gdy ta będzie nastolatką. Przecież każdy ma jakąś swoją młodzieńczą miłość, która była tylko wstępem do tej prawdziwej i dojrzałej.

POLONISTKA

Image by Free-Photos on Pixabay



POLONISTKA

Już imię czyniło ją wyjątkową. Delfina. Brzmiało dziwnie, staromodnie, ale też i elegancko, dostojnie. Zresztą taka była ta nasza pani Profesor. Zawsze bluzka z kołnierzykiem, ołówkowa spódnica za kolano, marynarka i buty na słupku z okrągłym noskiem. W stylu retro. Jasne włosy do ramion. Loki. Makijaż delikatny, oko zawsze wytuszowane, usta pociągnięte czerwoną pomadką. Klasa.
Mówiła spokojnie. Miała jakąś aurę, że młodzież wchodząc do jej sali milkła. Siadała na wyznaczonych miejscach, przy stolikach 5-6 osobowych. Pani Profesor siedziała przy biurku, nawet nie wstawała, by zapisać temat. Do tego wyznaczona była Gośka, bo miała najładniejsze pismo. Pani Profesor zawsze najpierw pytała jedną, dwie osoby. Podejść należało do niej, stać na baczność i perorować. Każdy pilnował się, by mówić poprawną polszczyzną, choć i tak pani Profesor biła w niej wszystkich na głowę. Mówiła pięknie, spokojnie, magnetyzująco. Na lekcji oczekiwała dyskusji, sprawnego robienia notatek i oczywiście przygotowania do zajęć. Nikt nie odważył się nie przeczytać lektury. To było zrozumiałe samo przez się, że wszelkie opracowania i drogi na skróty są przez nią niemile widziane. Wyczuwała zresztą błyskawicznie, gdy ktoś próbował się wymigać. Nie krzyczała. Nigdy. Dawała po prostu taką reprymendę, że w pięty szło. Człowiek czerwienił się po czubek uszu i po lekcji pędem biegł do biblioteki, bo wstydził się, że zawiódł Panią Profesor.
Uczyła nas w pierwszej klasie. Uwielbiałam jej lekcje. Nauczyła nas pięknej polszczyzny, pokazała dostojną kobiecość. Nikt się nie odważył wyśmiać jej imienia.
Gdy w drugiej i trzeciej klasie nas oddała, bo objęła w szkole inne obowiązki, byliśmy zdruzgotani. Następczyni nie miała szans zmierzyć się z jej legendą.
Klasa znacznie się opuściła w nauce. Mało kto co czytał. Nie było już dyskusji. Miałam piątkę, ale nie czułam satysfakcji ani tego, że się rozwijam.
W czwartej klasie Pani Profesor wróciła. Gdy każdy usiadł jak chciał, natychmiast łagodnie zażądała, byśmy usiedli jak w pierwszej klasie. To było wyzwanie. Nikt nie pamiętał. Ona owszem. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko było czytane, notatki robione, a dyskusje trwały do końca przerwy. Maturę zdali wszyscy, nawet ci najbardziej oporni. Nie było możliwości, by choć trochę nie zapamiętać, nie nauczyć się, nie skubnąc tej wiedzy, którą w nas przelewała. Roztaczając taką aurę, nieświadomie pewnie, kształtowała nas na mądrych ludzi. Cieszyła się ogromnym szacunkiem i zaufaniem. Nawet gdy sprawdzała zeszyty siedziała jak dama. Zawsze noga na nogę. Poruszała się z gracją, była taką Beatą Tyszkiewicz naszego liceum.
Człowiek się prostował jak tylko na niego spojrzała. Jestem pewna, że nawet przeklinała z klasą. I gdyby kiedyś wypiła kieliszek wina za dużo to i tak byłaby damą.
Dziś Pani Profesor już nie ma. Pozostaje jedynie w naszych wspomnieniach. Na pewno jest legendą i wzorem nie do prześcignięcia. Często zapalam jej lampkę na grobie i tak sobie myślę, że Pani Profesor była jedną z tych niewielu osób, których nie da się zastąpić. Nikim.

OPIŁKI

Image by Free-Photos on Pixabay





Jest ich tak dużo, że nawet nie potrafi ich policzyć. On nie wierzy, że w ogóle jakieś istnieją. Bo jak nazwać coś, czego nie widać? Ona przesadza jak zwykle. A opiłki są, ranią ją, uwierają. To takie drobinki, których on nawet zauważa. Są jak drzazgi. Ukryte, niewidoczne, sprawiające ból, ale pozwalające funkcjonować. Z grymasem na twarzy, ze łzami w oczach, ale przecież to taka drobnostka. Twarda bądź!
O czym w ogóle ona gada? Dziwi się on, bo przecież nic nie zrobił. Żart powiedział, coś skomentował, o czymś zapomniał, oj zdarza się, a ona chodzi taka smutna, smętna, sfochowana, jakby problemów prawdziwych nie miała.
Wydziwia, ot co.
Ona czuje to inaczej. Każda przykrość z jego strony jak opiłek właśnie wbija się w jej ciało.
Kiedy nie poszedł z nią wtedy do lekarza. No tak, miał ważny trening.
Gdy miała stłuczkę, a on nie przyjechał.
Przecież nic się nie stało. Po co miał przyjechać.
Jak zgubiła portfel i na nią nakrzyczał, a ona tak bardzo potrzebowała jego ciepłego słowa, że to tylko pieniądze, że wymienią zamki i zrobi sobie ładniejsze zdjęcie do dowodu.
Jest taka roztargniona. Powinna bardziej się pilnować. Jeszcze trochę i nie zorientuje się jak ją samą ukradną. Jemu to się nie zdarza.
Kiedy żartował z jej pracy. Faktycznie w urzędzie pije się tylko kawę, a petenci jedynie w tej degustacji i ploteczkach przeszkadzają.
Oj rety, żarcik taki. Na żartach się nie zna. Sztywna jest. Bardzo.
Gdy zdała ważny egzamin, nie pogratulował.
Nie ma co pogratulować. Tyle kuła, że wstydem byłoby nie zdać.
Jak zrobiła dla niego sesję zdjęciową nago. Myślała, że go zachwyci.
Tyle kasy wydałaś ? Za darmo lepsze bym ci zrobił. No ładne, ładne, ale przecież i tak nikomu ich nie pokażesz.
Gdy wysprzątała dom na błysk, a on nie zauważył tego nawet, ale skomentował, że coś gdzieś krzywo ułożone.
No widzę przecież, że czysto. Dywan czerwony mam Ci rozkładać?
Jak pierwszy raz zrobiła ten makaron ze szpinakiem i chciała usłyszeć, że smaczny. Zjadł, owszem. Ale po chwalić, skoro zjadł. Chyba oczywiste, że smakuje.
Czuje się niedoceniona? Trochę tak.
On nie mówi jej komplementów? Mówi, ale bardzo rzadko. Widocznie za rzadko.
Oczywiście, że je pamięta. Ostatnio na przykład na święta, gdy założyła tę nową turkusową sukienkę, która tak mocno kontrastowała z nowym kolorem włosów.
Gdy kupiła mu na rocznicę audiobook.
I kiedy zabrała go na romantyczny wypad we dwoje do uroczego pensjonatu. Seks pod prysznicem smakował im wyśmienicie. Wtedy faktycznie mówił coś, że jest cudowna, ale nie wie dokładnie, bo tak krzyczała z rozkoszy.
Nie jest więc tak, że nie pamięta dobrych rzeczy, że chowa tylko urazy.
Opiłki po prostu kłują. Jest ich wiele. Tak wiele i nie równoważą się z miłymi słowami, i gestami. Opiłki wbijane są codziennie. Zawsze coś się znajdzie. Nawet to, że milczy, też boli, bo chciałaby być partnerem, ale nie jest.
Czasem się zastanawia, po co są razem, czemu z opiłkami ona nic nie zrobi.
Czy jest z nim z wygody, ze strachu czy przyzwyczajenia? Czy go kocha na swój sposób lub może lubi czuć ból po prostu?
Tego nie wie. Może boi się odpowiedzi, bo jeśli jej nie ma to może próbować siebie oszukiwać. Jak już ją znajdzie, to będzie musiała stanąć z prawdą twarzą w twarz. By przestać czuć ból, trzeba będzie wyjąć wszystkie opiłki z każdego, nawet najgłębszego zakamarka ciała i oczyszczona spróbować żyć na nowo. Z nim, nauczywszy go inaczej ją traktować lub bez niego, dowiedziawszy się samej jak traktowaną być się już na pewno nie chce.

PORTRET SINGIELKI

Image by smilenesita from Pixabay

Zośka to taka fajna dziewczyna. Jest naprawdę ładna. Serdeczna i pomocna. Razem studiowałyśmy. Więc wiem, że jest ambitna (w granicach zdrowej normy) i zdolna. I normalna. Podkreślam. 

Rozwódka. Uciekła od męża chorego psychicznie, który przez lata zgotował jej piekło. Znęcał się nad nią emocjonalnie. Szydził, wyśmiewał, poniżał. Krytykował wszystko. Kolor włosów i ich długość, figurę, styl ubierania. Nawet paznokcie miała za krótkie. Gdy mając małe dziecko skończyła drugie studia, też znalazł powód, by ją wyśmiać. Co to za studia, prywatne, zaoczne. Polibuda to jest to, a ona tylko szkoła wyższa i psychologia na dodatek. Kierunek dla nieudaczników życiowych. Zresztą kim ona jest? Pracuje w przedszkolu. Każdy przecież może, tylko nie każdy taki głupi, by z czyimś dzieciakami się użerać. 

Gdy ich córka miała 4 lata i zaczęła rozumieć, że teksty typu "Ty tłusta krowo" (a Zośka ważyła już 50 kg przy 172 cm) są obraźliwe, spakowała dumę do kieszeni i wróciła do miasteczka do rodziców. Wychudzona, znerwicowana, podskakująca na zgrzyt klucza w zamku. Każdy pocieszał, dawał dobre rady, jak umiał. Ładna jesteś, młoda, jeszcze się ułoży. Dobrze, że dziecko małe to jak znajdzie drugiego męża to szoku nie będzie. Jakby mąż był gwarantem szczęścia i receptą ma nie. Co za idiota tak myśli. 

Rozwód to była gehenna. Mąż nie stawiał się w sądzie. Opłacał fałszywych świadków. Dopiero po dwóch latach zdobyła wymarzony papierek. Była wolna. Jeszcze niespokojna. Płochliwa i nieufna. Za ładna by koleżanki mężatki ją do siebie zapraszały, bo jak wolna to może nie daj męża odbije albo choć na romans namówi. Cholera wie. Lepiej dmuchać na zimne. 

Zośka znalazła więc nowe grono. Rzuciła się w wir pracy i wolontariat. Żyły sobie z Zuzią coraz spokojniej bez lęku, że on się zjawi i zacznie krzyczeć bez powodu albo ciągnąć ją po podłodze za włosy, bo brudno jest to z bliska może zauważy. 

Po 9 latach Zośka jest nadal piękna. W kwiecie wieku. Pewna siebie, silniejsza. Miała dwa poważniejsze związki. Trzeci właśnie się kończy. I do jasnej ciasnej, nie wiem czemu taka fajna i ciepła dziewczyna tak źle trafia trafia?

Cały teskt tu: https://ohme.pl/zwiazek/zapomnialem-ci-powiedziec-kotku-mam-zone-czemu-tak-fajna-i-ciepla-dziewczyna-tak-zle-trafia/?fbclid=IwAR1DOBQfa0ePI7lLDBuedpoLns42oCTHabw-JJoHXVbjJ8WVsfIobApOMP8

    

STALOWA KRÓLEWNA

Image by Adina Voicu from Pixabay 
Wstęp
Ewa już jako dziewczynka była bardzo wrażliwym dzieckiem i uwielbiała czesać lalki. Mama cudem zdobywała drogie zabawki, by córka mogła realizować pasję. Uczyła się dobrze, ale od dawna było wiadomo, że będzie fryzjerką. Marzyła o tym. Szkoła zawodowa, klasa profilowana fryzjerska. To był jej cel. Praktyki. Czuła się jak ryba w wodzie. Wiedziała, że to chce w życiu robić. Układać czyjeś włosy i życiorysy, bo fryzjer to taki trochę psycholog. Niby nakłada farbę, robi pasemka, ścina końcówki, ale przy okazji wysłucha, poproszony o radę doradzi. Jemu się powie więcej niż mężowi, siostrze czy mamie.
Choć Ewa była tylko praktykantką szybko zdobyła grono klientek. Reklama szeptana działała.
To właśnie w trakcie praktyk poznała Jego. Przyszedł obciąć włosy. Ona akurat była zajęta farbowaniem pani Marzenki, stałej bywalczyni salonu,
i co rusz rumieniła się, gdy On na nią spojrzał.
Przyszedł znów po tygodniu. I wskazując na nią palcem powiedział, że ona zostanie jego żoną. Wszystkie babki w salonie ryknęły śmiechem. Ale troszkę zazdrościły takiego amanta.
Pewnego dnia, kiedy kończyła praktykę czekał z kwiatami pod salonem i zaprosił na herbatę. Potem przychodził po nią pod szkołę. Przystojny i pewny siebie.
Miał dwadzieścia kilka lat i był strażakiem. Dziewczyny puchły z zazdrości, gdy czasem podjeżdżał po Ewę wozem strażackim, bardzo mocno ryzykując naganę przełożonego. Ale czego nie robi się z miłości.
Wszystko potoczyło się szybko. Zakochała się się pierwszy raz. Mocno, aż po koniuszki palców. I była pewna, że to ten jedyny. Był więc ślub. Pięknie wesele. Wynajem kawalerki. Ewa szybko znalazła pracę. Była uwielbiana przez klientki i wiadomo było, że to tylko kwestia czasu aż otworzy coś własnego. Chwilę jednak musiała poczekać. Została żoną, potem dyplomowaną fryzjerką, a po roku i trzech urodziła kolejno dwie córki.


Rozdział 1

Sielanka trwała. Niedługo. Zaczęły się kłótnie o pieniądze. On miał swoje i do życia się nie dokładał. Nie będzie przecież płacił za jej fatałaszki, kosmetyki. A ona ma taki fach w ręku, że ma rachunki na pewno starczy. Dzieciom kupuje za dużo, a jeść też powinna mniej, bo się spasła. Niech oszczędza.
Bolało, ale zacisnęła i pasa, i zęby, i dom utrzymywała sama. On miał przecież stresującą pracę. Ewa więc ciągnęła ten wózek, zaczęła ćwiczyć, schudła całe 15 kg. Wyglądała lepiej niż przed ciążą. Chciała do ludzi. Mogli dziewczynki zostawić u mamy i iść do kina, restauracji, ale po co? On twierdził, że przecież film można obejrzeć w domu, herbatę wypić w kuchni. Nie ma co wydawać kasy.
Poszła więc sama. To znaczy z koleżankami, bez męża. Tańczyła i sączyła jednego drinka, żeby na drugi dzień kaca nie mieć. Nawet nie wie kiedy zaczęła z nim rozmawiać. Bez flirtu. Tak po koleżeńsku. Usiedli przy barze. Drinka nie chciała od obcego faceta, ale wodę tak. Podając szklankę wylał trochę na jej nogi. Odwróciła się na chwilę, po chusteczki, by się wytrzeć. Dziewczyny właśnie postanowiły już iść. Chciały ją zabrać, ale ona trzeźwa, blisko mieszka to wróci sama. Facet nie wyglądał ma zbira. Miał obrączkę, mówił o żonie. Wyszły szybko, bo Jolka była zrobiona.
Gadali jeszcze chwilę, a jej zaczął wirować świat przed oczami. On ją trzymał w pół. Ewa pamięta jak przez mgłę stukot swoich szpilek po chodniku i jakąś bramę. Jest taka słaba, a on chyba rozpina jej te mokre spodnie. Potem dziura. Nad ranem z bólem głowy wraca do domu. Ledwo idzie. Szybko dość orientuje się, co się stało. Budzi męża, chce na policję. Mąż zabrania. Ma kumpli na komisariacie, będą się z niego śmiali, że żona po nocach się puszcza. W Internecie doczytuje, że po pigułce gwałtu w organizmie śladu już raczej nie ma. Jak nie krwawi to niech pobędzie w domu. Przecież nic nie pamięta, więc po co aferę robić.
Ewa przerażona słucha męża. Boli i ciało, i dusza. Chce jej się wyć. Patrzy w lustrze na siebie z obrzydzeniem, choć jeszcze nie tak dawno bardzo się sobie podobała. Nie je, nie śpi, gapi się w sufit. Dzieci ją motywują, by co rano wstała. Mąż zawozi je do teściowej, a Ewa w pracy bierze urlop. Po miesiącu chudsza o prawie 10 kg, na granicy anoreksji, sama idzie na terapię. Mąż udaje, że problemu nie ma. Wścieka się, gdy ona odmawia mu bliskości, więc Ewa co jakiś czas zamyka oczy i mają szybki seks, po którym ona zawsze wymiotuje.
Na terapii przepracowuje lęki. Po roku mówi do swojego odbicia w lustrze, że nie była winna, że nie prowokowała, że jest piękną i mądrą kobietą. Robi kursy dokształcające. Odważa się na otwarcie własnego salonu. Dostaje dofinansowanie z urzędu pracy. I co najważniejsze ma siłę odejść od tego, co ciągle ciągnął ją w dół. O dziwo on zgadza się na rozwód i po jednej rozprawie nie są już małżeństwem. A Ewa odbiwszy się od dna, płynie z nurtem wierząc, że teraz już wszystko będzie dobrze. Nie wie, że po drodze zdarzą się wiry, a ona niebezpiecznie szybko się do nich zbliża...

Rozdział 2

Pracuje dużo. Dzieci w żłobku lub, gdy chorują, u mamy. Ma dużo klientek, cieszy się dobrą opinią. Z byłym mężem ma słaby kontakt, który przerywa jego nagła śmierć.
Dzień mija za dniem, aż pewnego dnia do salonu wchodzi bóg. Piękny młody mężczyzna. Druga fryzjerka, którą Ewa zatrudnia skacze nad nim, a ona nauczona doświadczeniem nawet na niego nie patrzy. Już raz tak kogoś poznała. Związek był porażką. Drugi raz do tej samej rzeki nie wejdzie. Ale bożyszcze przychodzi regularnie. Opowiada o sobie i kątem oka spogląda na Ewę. A ona jak skała nie daje się zmiękczyć. A jak wiadomo kropla drąży ...
Po pół roku poszli na kawę. Trwała do 5 rano. Nie piła alkoholu, pilnowała szklanki i wysyłała przyjaciółce SMS co godzinę z informacją, że wszystko ok. Był spokojny, nienachalny, inteligentny. Po miesiącu wpadła po uszy. Był kawalerem, pracował fizycznie wykańczając mieszkania, myślał o założeniu własnej firmy, gdy zdobędzie większe zaufanie wśród klientów. Miał poważne plany i zamiary. Pokochał ją i dziewczynki. Wziął wszystkie w pakiecie.
W końcu karta się odwróciła. Ewa miała szansę na normalną rodzinę. Rok było cudownie. Wzięli ślub cywilny, ona kwitła, w pracy dobra passa, w domu bajka.
Długo to jednak nie trwało. Los lubi wystawiać nas na próbę...


CDN, 

NAJLEPSZY *


Image by MabelAmber on Pixabay
(...) Było ich zatem sześcioro w domu. Wnuk z żoną i dzieckiem, mama, Dziadek i niejaki Alzheimer, który dość mocno się u nich rozgościł, i ani myślał się wynosić. Wynosił za to Dziadek. Z domu. Pieniądze, naczynia lub ubrania twierdząc, że tu nie mieszka. Gdy w nocy pomylił łazienkę z lodówką i nasikał do nowego Bosha i raz niemal rozpalił ognisko w swoim pokoju, wszyscy domownicy wiedzieli, że Dziadek jest poważnie chory. (...)

* Cały tekst dostępny w tomiku opowiadań "Portrety" - premiera grudzień 2019 !

DZIADEK PLACEK


Image by PublicDomainPictures on Pixabay

Dziadek Placek

Tak wołały na niego wszystkie wnuki. Rymowało się z Jackiem, a Dziadek takie właśnie nosił imię. Poza tym dzieciaki uwielbiały placki smażone przez babcię, takie prosto z patelni, obowiązkowo z cukrem i one im się z Dziadkiem też kojarzyły. Zresztą Dziadek pałaszował je razem z nimi i to jemu najbardziej się uszy trzęsły. Przy wnukach łagodniał. Jako ojciec był surowy. Czasem i pasa użył. Dla każdego kolejnego dziecka miał bardziej miękkie serce. O wnukach nie wspominając. Własnych latorośli do przedszkola i szkoły nie prowadzał. A wnuki i owszem. W latach pięćdziesiątych kto to słyszał żeby chłop się dziećmi zajmował. Miał iść do roboty, pensję przynieść. Nie pić za dużo. Jak nie bił, to już był dobrym mężem. Jak jeszcze bab na boku nie miał to nawet bardzo dobrym. 

Jakim Dziadek był ojcem? Trudno powiedzieć. Wiadomo natomiast, że jako dziadek zdał egzamin. Miał do wnuków więcej cierpliwości. Grał z nimi w piłkę nożną, chodził do parku, ze starszymi chłopcami na ryby, nad jezioro i na grzyby. Lubił opowiadać o wojnie i choć miał tylko zawodowe wykształcenie, trudno go było w tym temacie zagiąć. Mówił też dobrze po niemiecku, bo jako nastolatek przymusowo pracował w Rzeszy, toteż przekonywał niechętne do nauki wnuki, że język obcy trzeba znać. Lubił też oglądać "Wielką grę" i stąd czerpał wiedzę. Uwielbiał piłkę nożną, więc piłkę z wnukami kopał namiętnie wrzeszcząc na nich niemiłosiernie. Lubił dobrze zjeść i obiad musiał być podany o 13. Tak z babcią sobie ustalili. Kłócili się czasem, a że Dziadek Placek na starość niedosłyszał to czasem i niezła heca z tego wyszła. I ciągle babcia mu wypominała, że jest cały rok starsza, więc on ma się jej słuchać, a wnuki wcinając babcine placki tylko z uśmiechem kiwały głowami, bo miały pełne buzie. Dziadek natomiast czasem udawał, że nie słyszy, żeby babci zrobić przyjemność, że i tak na jej wyszło. Tak sobie po tylu latach miłość okazywali.

Dziadek Placek miał swoją kryjówkę. Jak nie było go w domu to wiadomo było, że schował się w piwnicy. Miał tam swoje królestwo. Po prawo, na samym końcu, najokazalsza piwnica w bloku. Czego on tam nie robił! Złota rączka. Czego tam nie było. Z wnukami na technikę cuda majstrował. I ten zapach. Smaru i lekkiej stęchlizny, paradoksalnie przyjemny i taki dziadkowy. Bo koszule Dziadka Placka były nim przesiąknięte. Lubił te swoją odskocznię. I babcia się nie martwiła, że chłop "po kominach lata".

Dziadek Placek był twardy. Nie chorował wcale. Wojnę i komunę przeżył. Wnuki pierwszy raz jego łzy widziały, gdy babcia zmarła. Placek załamałby się całkowicie, ale cała rodzina zgodnie uznała, że jest im potrzebny. Dawali mu zadania. Różnej maści. Coś kupić, załatwić na mieście, coś zawieźć, przywieźć, wnuki odebrać, w lekcjach pomóc. Czasu miał mnóstwo. Bilety darmowe. Jeździł więc od jednych do drugich. Nawet gdy córka jego remont miała w domu, wziął nastoletnią wnuczkę do siebie, żeby ta z łazienki bez problemu korzystała i przy okazji do liceum bliżej miała. Wszyscy myśleli, że rozpieszczona pannica z Dziadkiem Plackiem się pokłóci. A gdzie tam. Sztamę trzymali, a wieczorami odpytywał ją z historii i niemieckiego. Dużo godzin ze sobą spędzili. Wtedy to dowiedziała się o nim więcej niż od własnej mamy. To był magiczny czas.

Dziadek odszedł nagle. W nocy. We śnie. Bezboleśnie i bezszelestnie.
Jeszcze u jednego syna jadł kolację, z drugim i z córką przez telefon rozmawiał wieczorem. Czuł się dobrze. Umawiał się, w czym komu jutro pomóc. Nie doczekali tej pomocy.
Przypomnieli sobie, że Placek czasem tylko powtarzał, że czeka aż babcia go do siebie zabierze. No i chyba tej nocy zabrała. Musiał jej słuchać. Przecież była cały rok starsza:)

BABCIA JAGA

Image by sabinevanerp on Pixabay



Tak na nią mówiła, choć babci było Jadwiga. Dla niej jako małej dziewczynki była czarodziejką i czarownicą w jednym. Zawsze miała pomysł na zabawę, syropek na każdy ból, rozwiązanie na małe i wielkie problemy. Szyła kostiumy karnawałowe nie wiadomo kiedy i z czego, gotowała rarytasy, gdy w sklepach nic nie było, odganiała potwory, i złe sny. I doskonale wiedziała, kiedy wnuczka kłamie. Podobno oczka jej się świeciły. Wnusi oczywiście.
Absolutnie magicznie było z babcią w pralni na ostatnim piętrze bloku. Małej Ani zdawało się, że schody prowadzące na piąte piętro nie miały końca. I choć sama dorastała na blokowisku w 10 piętrowym klocku, to blok Babci uważała za najwyższy w mieście. Nie od razu mogła chodzić do tej pralni. Tylko o niej słyszała. Dopiero gdy skończyła całe 6 lat Babcia Jaga uznała, że Ania jest na tyle duża, by z nią tam pójść. Stanęły więc na początku schodów i niczym księżniczki sunęły po nich aż na ich szczyt do magicznego miejsca, które odwiedzać mogły tylko wybrane dzieci. Babcia Jaga wyciągnęła z kieszeni fartucha wielki klucz i przekręciwszy go kilka razy, klnąc szeptem pod nosem, otwierała wrota. A klnęła pięknie. Nikogo to nie raziło.
Pomieszczenie było ogromne. Dwie Franie stały dumnie obok siebie czekając na to, aż Babcia Jaga załaduje je ręcznikami i poszewkami. Wtedy te
na magiczny gest Babci zaczynały w środku tańczyć. Obracały się w rytmie muzyki, jaką wygrywały obie Franie.
Obok na wielkim palniku pysznił się ogromny gar. Babcia Jaga napełniała go dzbankami wody, którą zaś dawał jej zardzewiały kurek znad wanny. Bo wanna również w tym pomieszczeniu miała swoje godne miejsce. Gdy gar był napełniony, Babcia wrzucała doń prześcieradła i wielkie poszwy, i je gotowała. Mała Ania myślała nawet, że może zupa mleczna, której nie znosiła, jest z takich właśnie prześcieradeł, bo była taka obrzydliwa i mętna jak woda w garze.
Babcia Jaga długimi drewnianymi szczypcami mieszała poszwy nie pozwalając się ciekawskiej Ani zbliżać do wrzątku. Niczym czarownica przyrządzająca jakiś eliksir stała nad garem, by wyciągnąć z niego czyste prześcieradła i rozwieszać je na sznurkach rozciągniętych w drugiej części pralni. Zanim jednak to razem z sąsiadką brały końce prześcieradeł (każda po dwa) i je mocno strzepywały. Ile trzeba było mieć do tego krzepy!!!
Ania uwielbiała zapach czystej i mokrej pościeli rozwieszonej po pralni. Bawiła się z Babcią w chowanego, a Babcia jak każda czarownica doskonale wiedziała, gdzie wnuczka się ukryła.
Dziewczynka lubiła też patrzeć z piątego piętra przez okno. Widok ją zachwycał. Sama zieleń. Nie to co beton blokowiska. I jeszcze zawsze kukające kukułki i gruchające gołębie. Z tym zawsze już będzie kojarzyć ulicę, na której mieszkała Babcia.
Jeśli każda czarownica miewa swoje zwierzę i jest nim czarny kocur, to w przypadku Babci Jagi była to gołębica Anielka. Przylatywała tylko na parapet Babci i tylko jej wydziobywała wdzięcznie ziarenka z dłoni. Małej Ani chyba się bała i nigdy nie odważyła się jeść z jej drobnej rączki.
Po każdej wizycie w pralni Babcia kroiła wnusi jabłuszko w talarki. Jak ona to robiła, że były identycznej grubości? Musiała być czarodziejką.
Potem odbierała cały sagan ziemniaków, bo zawsze ktoś z pięciorga jej dzieci wpadał popołudniu. Mięsa może nie zawsze uświadczył, ale ziemniaków trzymanych w aluminiowym garnku w pościeli, które można było popić kubkiem maślanki, zawsze. Ania, chudziutki niejadek, ziemniaki te uwielbiała i po dziś dzień zawsze wkłada garnek z kartoflami w pościel, żeby "przeszły". Jej mąż się śmieje, ale przyznaje, że faktycznie smakują lepiej.
Dziś mała Ania jest dorosłą kobietą. Mąż, dwójka dzieci, pies i kot, i domek na obrzeżach miasta. Babcia Jaga zajmuje w jej sercu wiele miejsca. I naprawdę musiała być czarownicą. Przez 10 lat żyła z rakiem z uśmiechem na ustach, choć lekarze dawali jej trzy miesiące. Widocznie miała w fartuszku ukryte jakieś czary. Zmarła po cichu nie chcąc sprawiać nikomu problemu. I gołębicę musiała wziąć ze sobą, bo odkąd Babcia Jaga odeszła Anielka już nigdy na parapet pięciopiętrowego bloku nie przyleciała. 

Uściskaj swoją babcię, jeśli ją masz.
Lub pomyśl o niej ciepło, zapal lampkę na jej grobie, pomódl się jeśli czujesz taką potrzebę.
Ona na pewno na to zasługuje.
Dobrego dnia.
Podaj mój post dalej.
Czytaj moja stronę
Wiem, że warto. 

 


PORTRET WSPÓŁCZESNEJ

Image by Free Photos on Pixabay


Namalowałam jego szkic w głowie już dawno temu. Ciągle go poprawiam. Nie po to, by był ładniejszy, lecz po to, by nie stawał się brzydszy i bardziej kiczowaty. Błyszczący, markowy, botoksowy, bo to jest właśnie na topie.
Poprawiam go w myślach. Jestem kobietą, lubię ładnie wyglądać i słuchać komplementów. Na pewno jestem próżna. Jednak swój portret maluję emocjami i przemyśleniami, choć dotyczą one rzeczy materialnych. I dziś chcę go Wam pokazać. Nie dla poklasku. Dla siebie, bo czasem sobie myślę, że grunt bycia człowiekiem to znaleźć odpowiedni punkt odniesienia.
Patrzę czasem w lustro, raz zadowolona, innym razem pełna pretensji, że nos nie taki, włosy matowe, rzęsy za krótkie, cera sucha, a usta za wąskie.
Potem ustawiam się do pionu. Nie żeby poprawić sobie humor czy dowartościować się czyimś nieszczęściem. Po prostu wciąż się uczę doceniać to, co mam, a nie dążyć za tym, czego mieć nie będę.
Nie będę modelką ani znaną aktorką.
Miss Świata też nie zostanę.
Nie będę kupować ubrań, butów i torebek najdroższych projektantów za setki euro.
Nie będę mieć w mediach społecznościowych tysięcy followersów.
Ani domu nad oceanem.
Nie polecę w kosmos.
Może nawet na inny kontynent nigdy nie dotrę.
Ale wciąż mam też nadzieję, że nie przeżyję prawdziwego głodu, którego tak wielu z nas nigdy nie zaznało.
Nie będę musiała wybierać, czy zjem sama, by przetrwać czy podzielę się z dzieckiem.
Nie będę zmuszona odmówić przyjaciołom pomocy w obawie o swoje bezpieczeństwo i życie.
Nie doświadczę wojny i strachu, czy dożyję jutra lub czy mnie z łapanki na ulicy nie wezmą na tortury.
Nie będę się chować po piwnicach przed bombami i strzałami.
Nie będę żyła z kajdanami na ustach, nie mogąc wyrazić tego, co czuję.
Nie będę musiała ukrywać własnej tożsamości bojąc się surowej kary.
Nie zamieszkam na bruku jak wielu ludzi, którym życie rozsypało się jak talia z kart.
Nie wezmę kredytu, który mnie zmiażdży.
Nie doznam straszliwej krzywdy od drugiego człowieka.
Ale za to:
Będę się uśmiechać i cieszyć drobnymi rzeczami, jak śpiew ptaków, gdy raniutko idę biegać.
Cieszyć się z małych sukcesów swoich i mojego dziecka.
Spróbuję wybaczyć tym, którzy mnie zawiedli.
Będę się rozwijać dla siebie samej i by nauczyć moją latorośl, że o umysł dba się tak samo jak o ciało.
Będę dla siebie łaskawsza i mniej wymagająca.
Dam sobie czas, zwolnię w moim biegu albo się zatrzymam, by łapać chwile.
Stanę się pozytywną egoistką, sprawię sobie małe nagrody, by nie czuć frustracji.
Docenię to, co mam.
Będę myśleć o sukcesach, a z porażek wyciągnę konsekwencje.
Jestem i będę dobra, a nawet lepsza dla innych ludzi szczególnie tych, którzy życzą mi źle lub mnie nie lubią. A niech się im wiedzie!!!Przecież karma wraca. Zawsze!

Podoba Ci się ten post?
Podaj go dalej.
Obserwuj moją stronę Poli Ann
To Twoje miejsce, ja to wiem...

TĘCZOWY CHŁOPAK *

Image by Free-Photos on Pixa

(...) Kiedy zorientował się, że nie do końca chyba spełnia ich oczekiwania? W trzeciej klasie liceum. Zbliżała się studniówka. Co niektórzy koledzy mieli dziewczyny. Inni polowali na partnerki na bal, często niewybrednymi komentarzami precyzując swoją rozdmuchaną w tym wieku chuć. On tylko się uśmiechał i zauważył, że chętniej spogląda na kumpli niż na piękne koleżanki. Owszem miło się na nie patrzyło, super gadało o najnowszych trendach w modzie, doradzało odpowiedni makijaż i kolor hybrydy, ale to nie je miał ochotę pocałować, i dotykać. Nie wywoływały chemii. Za to Mateusz z równoległej klasy i owszem.(...)

* cały tekst dostępny w tomiku opowiadań "Portrety" - premiera w grudniu 2019

KOMPLEMENT

  - Ładna sukienka. - No coś ty, stara. - Ślicznie dziś wyglądasz. - Nie przesadzaj. - Do twarzy ci w tych okularach. - E tam. Zwykłe oksy. ...