ORBITA

 



- Mamusiu, jesteś jak Księżyc, wiesz? - powiedział rezolutnie dziesięcioletni Franek. Astronomia była jego pasją od dawna. Uwielbiał bajki o planetach i podróżach międzygwiezdnych. Obserwując niebo kazał sobie mówić, który gwiazdozbiór jak się nazywa. A gdy rodzicom wyczerpała się wiedza szukał dalej sam. W książkach i internecie. Kochał wycieczki do planetarium, więc co jakiś czas to właśnie Toruń był celem ich podróży.
Agata spojrzała na swojego małego astronoma robiąc wielkie oczy.
- Księżyc? A dlaczego? - zapytała targając mu grzywkę. - Bo mam pyzatą buzię? - zaśmiała się głośno.
- Nieee! Bo krążysz wokół nas. - powiedział Franio.
- Ty mój bystrzaku.  - Agata uśmiechnęła się ciepło i poprawiła grzywkę synka.
Poszła dalej smażyć naleśniki, a młody rozsiadł się na kanapie z "Atlasem Małego Astronoma". Znał go na pamięć, ale wciąż lubował się w mapach, zdjęciach i opisach tam zawartych.
- On ma rację. - pomyślała przewracając naleśnika na drugą stronę.
Faktycznie tak było. Agata niczym satelita krążyła wokół swojej rodziny. Wszystko było podporządkowane synkowi i mężowi. Wracała z pracy, robiła zakupy, czasem zabierała małego ze szkoły (ostatnio Franek był jednak w domu, wiadomo, szkoła online). Potem obiad, lekcje z małym, pranie, gotowanie, sprzątanie. Czasem jeszcze jakieś maile wieczorem.  O sobie zapomniała. Trochę sama zapędziła się w ten róg. Róg idealnej matki, żony i pracownicy. I nie bardzo wiedziała, jak się z niego wydostać. Przecież była taka ambitna. Wszystko robiła sama. W sumie to można by ją przechrzcić na Zosię. Taka samosia z niej przecież była.
- Jestem księżycem. - powiedziała w myślach. - Jak satelita zasuwam wokół Frania i Mariusza. W sumie Mariusz to Ziemia. A młody to Słońce, wokół którego kręcę się z Mariuszem. Mam swoją trajektorię i to ona dyktuje mi życie. - tokowała w myślach dalej.
Fakt, obydwoje zapatrzeni w synka, pochłonięci pracą krążyli po wyznaczonej orbicie. Mariusz pamiętał jednak o sobie. Dwa razy w tygodniu choćby nie wiem co grał w nogę. To był jego azyl, odskocznia. Agata, bardzo obowiązkowa i idealna przecież, nie wyobrażała sobie, że może na chwilę zboczyć z wyznaczonej trasy. No bo jak? Zostawić chłopaków i nie zajmować się nimi?
Tak myślała do dziś. W końcu przyznała się samej sobie, że jest piekielnie zmęczona, że kręcenie wokół ukochanych mężczyzn jest szalenie wyczerpujące, że też chce mieć swoją własną oribitę i że pragnie świecić swoim światłem, a nie tym odbitym.
Usmażyła stos naleśników. Starczy na dwa dni. Zrezygnowała z prasowania. Poszła się wykąpać. Woda w wannie była gorąca. Olejek jaśminowy przyjemnie otulał zmęczone ciało. Zapach świecy ją zrelaksował. Dawno tak dobrze się nie czuła. Mariusz zaskoczony zapukał do drzwi łazienki i zapytał, czy dobrze się czuje. Zawsze przecież brała szybki prysznic i w trymiga była gotowa do powrotu na orbitę. Dziś nie czuła wyrzutów sumienia. Odpłynęła myślami, dała sobie luksus, na jaki już dawno powinna była sobie pozwolić. Zmieniła oribitę i dziwnym trafem świat się nie zawalił. Franek pałaszował naleśniki, a Mariusz odrobił z nim lekcje. Agata postanowiła rozpieszczać się małymi rytuałami. Ta nowa trajektoria jej się spodobała. Miło przecież jest być od czasu do czasu w centrum Wszechświata.

NA TŁUSTY CZWARTEK


A dlaczego mam sobie żałować czegoś w życiu? - tak sobie myślę. No do cholery! Zawsze nie teraz, na później i potem, za godzinę, w przyszłym tygodniu, za rok,przy okazji. A z jakiej racji mam sobie odmawiać?

Bo niby co? Na łożu śmierci nie chcę żałować, że czegoś nie zrobiłam, nie przeczytałam, nie kupiłam, nie zobaczyłam czy czegoś nie zjadłam.  Pączka na ten przykład. Z adwokatem. Oooo, adwokat zawsze dobry! Czy faworka. Z cukrem pudrem. Albo jednego i drugiego. No właśnie przecie to tyle kalorii, w boczki pójdzie, ubrania zmniejszy. 

Wiesz co trzeba zrobić w takiej sytuacji?

Nie zjeść jednego pączka, lecz po prostu dwa, aby po równo w cycki poszło (lubimy jak nam w cycki idzie, nie?).

A jak kiecka się zmniejszy od tych łakoci to będzie pretekst, by kupić nową. Proste, nie? 

Jak jesteś facetem to pamiętaj w Tłusty Czwartek budujesz masę, na rzeźbę przyjdzie czas. 

Masz chęć to se nie żałuj. I miej w głębokim poważaniu, czy przytyjesz, wybuchniesz czy zamarzniesz.

A jak faktycznie pączka nie możesz to zrób sobie dobrze. Tak na tłusto, konkretnie. Weź gorącą kąpiel, poczytaj, obejrzyj film, idź na spacer,  utnij drzemkę. Odpuść sobie rygor. Rozpieść się. Wyluzuj. A dzień będzie piękny ❤

Podaj ten post dalej. 

Co se żałować?

Ściskam 😊

ZEMSTA




Zemszczę się na Tobie. Zemszczę najmocniej jak się da.

- kochanko mojego męża,
- kochanku mojej żony,
- przyjacielu, który mnie sprzedałeś,
- przyjaciółko, która mnie oszukałaś,
- współpracowniku, który po moim sukcesie wspiąłeś się ma szczyt,
- współpracowniczko, która  fałszywie doniosła na mnie przełożonemu,
- bracie/siostro, która mnie nie wspiera i liczy tylko na spadek po rodzicach,
- sąsiedzie, który robisz mi na złość,
- sąsiadko, która uprzykrza mi życie,
I każdy inny człowieku, który mnie zdeptał, zranił, porzucił, okradł, który życzy mi źle, pluje jadem w moją stronę.

Wiedz, że się zemszczę.
Zrobię to z uśmiechem.
Powoli, tak byś dokładnie wszystko widział.
Uśmiechnę się do siebie i do Ciebie. Szeroko. Dumnie i serdecznie.
Potem Ci wybaczę i pójdę w swoją stronę, nie myśląc o Tobie.
Skupię się na moim życiu.
Zrobię coś dobrego.
Posłucham siebie i zrealizuję marzenia.
Odbiję się od dna, na które mnie zepchnąłeś. 
Znajdę swoją ścieżkę i nią będę kroczyć.
Dumnie, radośnie.
Będę żyć dobrze. Po prostu dobrze.
Bo dobre życie to najlepsza zemsta. 

Podoba Ci się mój post?
Udostępnij go!
Obserwuj moją stronę Poli Ann

image on Pixabay

WYIMAGINOWANY




Alina kiedyś go kochała. Na zabój. Dałaby się za niego pokroić i posypać solą. Wskoczyłaby za nim w ogień. Zjadłaby brukselkę, po której jej niedobrze i weszłaby Mount Everest, gdyby trzeba było tę miłość udowodnić. Kochała go całego. Oczy, usta, dłonie, uśmiech i ramiona, w których ukrywała się przed światem. Kochała jego poczucie humoru i zachowanie. Przepadła. On ponoć też. Wysyłał smsy nad ranem wyznając uczucia. Nosił ją na rękach. Uwielbiał fakt, że jest taka drobna i że jej piersi mieszczą się w jego dłoniach. Ponoć kochał jej uśmiech i nogi. I profil. W ogóle podobno całą ją kochał tylko w jakimś momencie przestał. Nagle jej śmiech stał się za głośny, jej czułość zbyt nachalna, a nogi okazała się za chude. Zmienił tryb jej postrzegania. Może zdjął różowe okulary, może włączył zoom albo przyciemnił obraz, by widzieć tylko brzydkie szarości. Ona natomiast tego nie zrobiła. Nadal był bożyszczem, facetem, któremu nie dorównał nigdy nikt. Tym, który tyle jej dał. Pewnie zrobiła coś nie tak. On poszedł dalej nie oglądając się, może czasem tylko ją wspominając, ale bez zatrzymywania. Ona stała w miejscu. Zaczarowana, a może tak naprawdę zastygła w swojej miłości do niego. Obrazy z przeszłości przesuwały się przed jej oczyma, tęskniła, marzyła. Wszystko go jej przypominało. Piosenki, potrawy, miejsca. Co gdzie spieprzyła, skoro odszedł? Gdzie popełniła błąd? Miesiącami szukała odpowiedzi, analizowała każdy sms, e-mail i wspólne rozmowy. Winiła siebie. On był nietykalny. Jej bożyszcze, ideał, facet jej życia. Nie znalazła odpowiedzi. Obolała od samobiczowania kochała go może i tak samo, ale chowała coraz głębiej w sercu. Zakopywała. A pewnego dnia, zrozumiała po prostu, że kocha wytwór swojej wyobraźni. Wyidealizowanego mężczyznę ze wspomnień, którego już przy niej nie ma. Bo gdyby chciał, to by był. Dałby się za nią pokroić i posypać solą. Wskoczyłby za nią w ogień. Zjadłby szpinak, którego tak nie znosił i wszedł na dziesiąte piętro, choć panicznie bał się wysokości.

Nie zrobił tego.
Zamilkł.
Zniknął.
Zapadł się pod ziemię.
W jednym miała rację. Temu mężczyźnie faktycznie nie dorównał nikt. Nikt jej tak nie skrzywdził i nie zmiażdżył emocjonalnie jak on. Całą resztę sobie wymyśliła. Stworzyła sobie jego piękny, nierealny obraz. I nikt jak on nie sprawił, że odbiła się od dna. Wylizała rany, pozbierała kawałki siebie, obudziła się i dostrzegła, że nie żyje "tu i teraz" tylko "wtedy". Otworzyła więc szeroko oczy, wzięła głęboki oddech i zrobiła krok. Krok do przodu. Obraz pozostał obrazem, a rzeczywistość pokazała swoje oblicze. Nieidealne. Gładkie i szorstkie, barwne i bure, ciepłe i zimne. Ale jakieś i w zasięgu ręki, a nie w otchłani wspomnień, które zamknęła już na klucz, otwarta na życie. W końcu na życie życiem a nie przeżyciami. 

Podoba Ci się ten post?
Podaj go dalej.
Na pewno ktoś, kogo znasz powinien go przeczytać. 
Obserwuj moją stronę Poli Ann
Warta jest Twojej miłości!

IŚĆ

 


Iść. 

Po prostu iść przed siebie. 

Bez celu.

Chłonąć.

Delektować się.

Nie myśleć o niczym.

Dać uczesać się przez wiatr.

Pozwolić, by czas bezczelnie przeciekał przez palce.

Nie planować. 

Po prostu iść.

Bez wyrzutów sumienia. 

Luksus dzisiejszych czasów. 

Uwielbiam ten stan 💗

Życzę Ci, by jak najczęściej było Cię na taki luksus stać...


NIE MAM

 


Nie mam praw.

Żadnych. 

Nie mam słów.

Żadnych. 

Nie mam już wątpliwości.

Żadnych. 

Nie mam wyboru.

Żadnego. 

Nie mam pomysłu, co powiedzieć córce. 

Żadnego. 

Nie mam komentarza.

Żadnego. 

Ja - Kobieta, Matka, Polka, Obywatelka,  Europejka 

Ja - CZŁOWIEK 



#wybórniezakaz #silnakobieta #piekłokobiet #chcęmiećwybór #nieskładamyparasolek #tojestwojna #kobieta #polskakobieta #wolnosc #prawaczłowieka #humanrights #freedom #freiheit

POPIER***NA

 


- Popierdoliło Cię - napisał jej ostro. Trochę najpierw się zdziwiła, potem zaczęła się histerycznie śmiać. Jak głupia śmiała się do telefonu. 

- Chyba Ciebie-  dolała oliwy do ognia. Już specjalnie, z premedytacją. Rozbawił ją. On natomiast pluł żółcią zajadle. No tak, nie była potulna ani nieśmiała. Nie rumieniła, gdy mówił, że go kręci. 

- Wiem - odpowiadała zawsze. Zgodnie z prawdą zresztą. Czuła się pewnie, swoje przeżyła, znała swoje słabe i mocne strony. I od jakiegoś czasu skupiała na tych drugich. Pół życia i zdrowia straciła na myśleniu o tych kilku centymetrach nie w tym miejscu, co by chciała. O nie takim nosie, włosach, biodrach. A w jakimś momencie, gdy przejrzała się w czyichś oczach, stwierdziła, że właśnie ten nos, włosy, biodra i te kilka centymetrów są właśnie takie, jakie powinny być. Że generalnie fajna z niej babka. Niegłupia, ładna, zadbana. W sumie to inteligentna, mądra, atrakcyjna. I w końcu tego świadoma. Nie była żadnym bóstwem ani ideałem. Ale nie zamierzała przez resztę życia użalać się nad sobą ani jak nastolatka mówić: "Ojej? Naprawdę? Nie przesadzaj!" i pąsowieć niczym róża. 

Jak prawił jej komplement to śmiało pytała: "Tylko?" Lub ripostowała: 

"Pewnie, że jestem ładna." 

"Masz rację, dobra partia ze mnie". 

"Dzięki, też lubię moje ciało." 

"Tak, ma super piersi." 

"Kocham moją pracę."

"To mój sukces."

Może trochę go podpuszczała, tak dla żartu, ale z całą pewnością wiedziała, co ma ładne i co może wyeksponować. Znała  swoją wartość. Postanowiła też się tego nie wstydzić. I gdy kolejny raz zapytał już poirytowany: "I co nadal sądzisz, że jesteś taka idealna?" to twardo odpowiadała, że oczywiście. I że zdania nie zmieni, bo jest. No co poradzić?

I nie wytrzymał chłopina takiej dawki perfekcjonizmu ani pewności siebie, i jedyne na co, było go stać to właśnie to "Popierdoliło Cię". Wkurzył się niezmiernie, żeby nie powiedzieć, wkurwił, a ona chichrała, bo niemoc tych słów rozłożyła ją na łopatki. No trafiła kosa na kamień. Co zrobić. Uznała, że takiej znajomości mieć nie chce, skoro on nie jest w stanie unieść jej perfekcjonizmu albo autoironii chociaż. Jej poczucia humoru, dystansu do siebie i kobiecości, z którą w końcu się dogadała. Skoro jej samoświadomość go przerasta i jedyne na co go stać to właśnie pełne rozgoryczenia "Popierdoliło Cię!" zamiast "Dziewczyno, popierdolona jesteś, ale świetna!"

No cóż, jego strata. A ona? Nawet czytając ten tekst zapewne się śmieje do rozpuku i żyje dalej, może popierdolona, ale radosna i pewniejsza siebie każdego dnia. 


Podoba Ci się mój post? Podaj go dalej.
Polub moją stronę
https://www.facebook.com/PoliAnnBlog/
Warto!
Image by Pixabay

TRAWA

 



Inni mają lepiej, nie? - myślisz sobie każdego dnia rozglądając się wokół. - No mają, tylko mi się tak beznadziejnie układa.  Mam takiego pecha, co za życie. I wkurza Cię to niemiłosiernie, frustruje, bo przecież u Ciebie nie jest tak różowo jak u innych. 

Markowscy z drugiego piętra znów zmienili samochód. Na większy! A Ty śmigasz starym oplem i nie ma opcji, by go zmienić na nowszy model.

Ala z działu obok świetnie się ubiera, tylko w markowe ciuchy. Znów założyła nową kieckę.  A Ty na wigilię firmową już któryś rok występujesz w nieśmiertelnej czarnej ołówkowej.

Twoja przyjaciółka dostała awans. Harowała ma niego, ale Ty też się przecież nie obijasz. Pracujesz dużo i nic.

Twój brat ma świetną pracę i stać go naprawdę na wiele. Ciebie natomiast nie.

A Zośki mąż to jest taki szarmancki. Kłania się w pas, rano leci po bułki i zawsze się uśmiecha. Twój chłop ledwo coś burknie i po bułki nie zasuwa, chyba że mu aferę zrobisz. 

Lidka natomiast schudła właśnie sześć kilo i wygląda tak rewelacyjnie. Ty w pandemii przytyłaś z pięć i czujesz sie jak słoń. Gdzie tu sprawiedliwość?

Marzena wzięła rozwód i znów się zakochała. Lata cała w skowronkach i na lato planuje ślub. Aż rzyga tęczą. A Ty z tym samym chłopem od tylu lat, w trójkąciku....z rutyną. 

Córka Agaty zaś jest najlepsza w szkole. Nie w klasie, lecz właśnie spośród ośmiuset dzieciaków ma najwyższą lokatę. A Twoje dziecko jest takie przeciętne. Nawet paska nie ma na świadectwie. 

I myślisz sobie, jakie masz beznadziejne życie. No do doopy. Wszyscy maja przecież lepiej....

A nie wiesz, że Markowski wziął super pożyczkę, a jego żona nie śpi po nocach, bojąc się czy spłacą ten przeklęty samochód. 

Ala jest bardzo nieszczęśliwa i samotna. Ciuchami koloruje sobie życie. 

Twoja przyjaciółka dostała awans, bo naprawdę poświęciła pracy szmat czasu. Z kilkoma weekendami włącznie. 

Twój brat ma szczęście w biznesie, owszem, ale w życiu osobistym już nie bardzo.

Zośki mąż natomiast to aparat do kwadratu. Miły jest dla obcych bab, a dla koleżanki z pracy najbardziej, szczególnie w gabinecie przy zamkniętych drzwiach. 

Twój mąż natomiast burczy każdemu tak samo, bez względu na płeć. 

Lidka się za siebie wzięła. Ostro za dietę i ćwiczenia. Nie pija wina wieczorem, do kawki nie wcina serniczka jak Ty. Wszystko ma swoją cenę. 

Marzena przeżyła koszmar rozwodu, przypłaciła to zdrowiem. Karta się jej powoli odwraca. Zaufała i pokochała, uśmiecha się i chce spróbować drugi raz.

A córka Agaty jest bardzo znerwicowana. Panicznie boi się ocen poniżej szóstki. Cierpi na bezsenność, przeżywa, właśnie intensywnie pracuje na wrzody żołądka. Wszystko ma swoją cenę. 

Na każdy sukces trzeba pracować. Nic nie jest za darmo i nie wszystko jest takie, jak myślisz. Trawa nie jest u kogoś bardziej zielona. Tylko Ci się tak wydaje. Spójrz na swoją, doceń tę zieleń, przyjrzyj się jej dokładnie, a może dostrzeżesz, że z tego odcienia na pewno nieidealnego, jesteś zadowolona. 


Podoba Ci się mój post?
Udostępnij go!
Obserwuj moją stronę Poli Ann
Zasługuje na Ciebie:)

image on Pixabay


APLIKACJE

 


Ściągnęła aplikację. 

Najpierw "Krokomiarkę". Mierzyła jej każdy krok, by mogła kontrolować aktywność fizyczną. Poczuła się lepiej, nawet trochę schudła. 

Potem "Zdrowy łyk". W końcu pamiętała o piciu wody. Co kilka minut apka przypominała jej, żeby nawilżyć organizm. Poczuła się lepiej i cera jej się poprawiła. 

Następnie "Te dni". Wiedziała już, jak funkcjonuje jej kobiecość. Ciągle zabiegana zapominała o niej i nie do końca znała swoje ciało. Poczuła się lepiej, apka monitorowała cykle i pozwoliła cieszyć się spokojem. 

Później "App in inglisz". Przypomninała sobie stopniowo to, czego nauczyła się w liceum. Poczuła się lepiej, bez problemu pisała w pracy maile do zagranicznych kontrahentów. 

I jeszcze "Jedz i licz". Kontrolowała to, co je, wiedziała, czy za dużo, ile cukrów i tłuszczów. Poczuła się lepiej, trzymała wagę. 

Ściągnęła też kolejne "Buks", "Faszyn", "Bestmovies", "Szafa", "Butki", "Najsfoto", "Taksi" i znów kolejne, których nazw już nie pamiętała. Aplikacje sterowały jej życiem, przypominały o wszystkim, kontrolowały, zwolniły z myślenia. Rytm jej dnia wybijały powiadomienia - zrób to, zrób tamto, pamiętaj o tym, pomiń, obserwuj, polub, wypij, nie jedz, poćwicz, zanotuj cykl, kup, wymień, zamów, obejrzyj. I ona czuła się z tym lepiej. 

Gdy pojawiła się nowa dostępna apka z serduszkiem machinalnie w nią kliknęła. Miała zapewnić jej miłość. Podała dane, ustawiła powiadomienia i gdy przeszła te sześć tysięcy kroków, wypiła dwa litry wody,  zjadła wegańskie burgery, zrobiła trening, kupiła kolejną sukienkę, obejrzała ten niesamowity serial, przypomniała sobie o serduszku. Nawet z kimś zaczęła rozmawiać, potem z kolejnym i kolejnym użytkownikiem tejże apki. Serce zabiło jej szybciej. Poczuła się lepiej. To apka znów przypominała o buziaku wirtualnym, zdjęciu, kawie też wirtualnej. Życie według kliknięć, alertów i dzwonków. Poukładane, aktualizowane na bieżąco, aktywne. 

Pewnego dnia jej telefon się wyłączył. Nie pomogła ładowarka ani twardy reset. 

A ona została w łóżku, bo nie umiała dalej żyć. Cisza była miażdżąca, nieaktywne palce nie wiedziały co począć. A ona nie zrobiła sześciu tysięcy kroków, nie wypiła dwóch litrów wody, nie zamówiła sushi, nie zaczęła obserwować nowej gwiazdki, nie kupiła butów z przeceny, nie zaczęła kolejnego sezonu tego serialu, nie napisała do nikogo z serduszkiem. Tępo gapiła się w sufit. Leżała tak kilka dni, na nowo ucząc się chodzić, jeść, pić, ubierać, czytać. I poczuła się inaczej. Cisza jej już nie przeszkadzała, czas nie przeciekał przez palce. Życie miało swój rytm, może niezbyt regularny, ale piękny, indywidualny. Uświadomiła sobie, co tak naprawdę lubi jeść, ile potrzebuje wypić, co chce obejrzeć, przeczytać, kupić, dokąd zamierza pójść. Tak naprawdę nie lubiła wody mineralnej, wolała tą z kranu. Znana marka ubrań nie była w jej guście. Sushi też jadła dla mody. Porzuciła treningi na rzecz biegania, takiego dla siebie. Zaczęła oddychać pełną piersią, żaden klik ani powiadomienie nie sterowały już jej życiem. A kawa smakowała znacznie lepiej pita w realu w małej kafejce na skraju osiedla w towarzystwie przesympatycznego biegacza z krwi i kości, który ostatnimi czasy gdzieś zgubił komórkę, i jak ona, odnalazł się na nowo. 


Podoba Ci się ten post?
Udostępnij go.
Czytaj mnie. Każdego dnia prezentuję teksty tylko i wyłącznie mojego autorstwa.
Obserwuj moją stronę Poli Ann
Warta jest Twojej miłości!
image on Pixabay




NIEIDEALNIE

 


- Ładna jesteś. Przyjemnie się na Ciebie patrzy - napisał lekko.

- Dzięki - odpisała. Kiedyś by dodała "ojej, naprawdę? O Jezu, cudny jesteś. To znaczy Ty, a nie Jezus (Jezus w sumie też),  ale o Ciebie mi chodziło". Tak właśnie by się kiedyś zapętliła we własnych słowach robiąc z siebie idiotkę. A idiotką przecież nie była. I faktycznie, przyjemnie się na nią patrzyło. 

- Mam nadzieję, że nie jestem zbyt natrętny - może uznał,  że ona się przestraszy?

- Póki co nie 😁 - odparła i dodała emotkę. Rozbawił ją. Chyba był delikatny. 

- Wydałaś mi się miła, dlatego odważyłem się napisać - dodał. 

- Ja jestem miła 😊- i znów się uśmiechnęła. Przecież jest. To tylko stwierdzenie faktu, a nie żadne zarozumialstwo. 

- Piękne masz zdjęcia. Te krajobrazów także. Musisz być wrażliwą osobą - drążył trochę próbując czegoś się dowiedzieć. Może go zainteresowała. 

- Zdjęcia owszem. Są piękne. Lubię na nie patrzeć. I masz rację, jestem wrażliwa - nieźle ją odgadywał. 

- To widać, po tym jak pokazujesz siebie i świat dookoła. 

- Tak go widzę. Jest piękny, ale nieidealny, ze skazami. Jak człowiek - pisząc to nieco się zamyśliła. 

- Racja. Dlatego myślę, że jesteś interesująca - chyba się uśmiechnął, a może jej się tylko wydawało. 

- Jestem - odpisała.

- I pewna siebie 😄 - dodał. 

- Pewniejsza - sprostowała. - Kiedyś taka nie byłam. W końcu się z sobą dogaduję i myślę, że mam swoją wartość, coś do powiedzenia, a nie tylko ładną buzię. 

- Lubię pewne siebie kobiety - stwierdził. - Są intrygujące. 

- Masz rację. Te niepewne siebie mogą irytować. Chcą być w centrum uwagi na siłę, a te pewne siebie nie muszą. Wiedzą, ile znaczą- napisała zgodnie z tym, co myśli. 

- To dobrze, że znasz swoją wartość. 

- Znam. Wiem, ile umiem, czego chcę się jeszcze nauczyć. Nie jestem już sfrustrowana, że czegoś nie potrafię. Skupiam się na tym, co mi wychodzi - znów rozwinęła swoją myśl. 

- Czyżbyś była ideałem? - zapytał lekko ją podpuszczając. Może nawet kapka flirtu w tych słowach by się znalazła. 

- Absolutnie. Żaden ideał 🤣 - chyba słyszał jak głośno się śmieje. - Jestem idealnie nieidealna. Mam całe spektrum wad! 

- I dobrze. Ideały są nudne. - skwitował krótko. 

- Tekst dnia! - niemal krzyknęła. I pomyślała, ten człowiek ma rację. Niby to frazes, ale jakże prawdziwy. Czy ideał jest intrygujący? Czy wzbudza jakieś emocje (poza zachwytem, zapewne ograniczonym czasowo)? Czy miewa słabości? 

Gdy wszystko jest równe, proste, złożone w kosteczkę lub gdy ktoś jest perfekcyjny, to ile da radę w czymś takim lub z kimś takim wytrzymać? 

Skazy, felery, niedoskonałości są nęcące. Niekoniecznie szpecą. 

- Szkoda życia na gonienie za ideałem (bez względu na to, co to lub kto to jest)- napisała. - O ileż przyjemniej jest w spokoju nasycać się tym, co lub kto, wciąż intryguje, zaskakuje, a jej/jego niedoskonałości tylko dodają uroku. 

- Zgadzam się. Ganiać nie ganiam. Wolę chodzić. Może kiedyś się uda spokojnie pospacerować z takim interesującym nieideałem...jak myślisz? - zapytał.

- Próbuj. Ten nieideał też zapewne nie znosi perfekcjonizmu. Musi poznać Twoje skazy - odparła. 

- Sporo ich - przyznał szczerze. 

- To dobrze. Nudno nie będzie, przecież ideały Cię nie interesują 😊 - odpisała znów się uśmiechając. - Jak siebie lubisz to inni też to zrobią. A jak nie polubią to ich strata. Nic na siłę. 

- Racja, nic na siłę 🤗 - i zakończyli rozmowę. Nieidealną, ale za to ciekawą. Nie nudzili się oboje. Miło się pisało, tak po prostu. Może będzie jeszcze okazja, by porozmawiać. Tak na luzie, bez spięcia. Lekko, radośnie, szczerze. Nieidealnie i nie na siłę...


Podoba Ci sie mój post?

Udostępnij go proszę.

Obserwuj mój blog.

To blog pisany przez kobietę nie tylko dla kobiet.



RODZINA TO NAJLEPSZY PREZENT

 



Rozwiązanie konkursu "RODZINA to najlepszy prezent, jaki możemy otrzymać" - #rodzina #family 

⬇️

Kiedyś nie rozumiałam pojęcia "RODZINA". Ot, mama, tata, babcie, dziadkowie, trochę wujków, ciotek, kuzynów. Głośne towarzystwo, z którym muszę się całować i lubić na siłę.

Urodziny, imieniny, komunie, wigilie. Wszelkie uroczystości rodzinne. To było takie oczywiste i...nudne.  Oni byli na wyciągnięcie ręki, czasem mnie irytowali, bo zamiast na kolejny zlot wolałam biegać z koleżankami po podwórku, grać w gumę, bawić się w chowanego, a jako nastolatka rozmyślać o sympatiach.

Aż w końcu przyszedł czas, gdy zaczęłam pojmować, czym właściwie ta RODZINA jest.


R jak razem. Jesteśmy ze sobą, gdy jest dobrze i źle. Pamiętam, gdy wylądowałam w szpitalu, po kolei wszyscy przychodzili w odwiedziny. Ciocia smażyła mi paluszki rybne i przynosiła jeszcze gorącej folii aluminiowej. Dziadek codziennie pilnował, bym zjadła jogurt. Każdy coś dla mnie robił. 

Gdy babcia powoli odchodziła na oddziale paliatywnym, cała rodzina zrobiła grafik odwiedzin. Byli z nią dzień i noc. Składali się na wszystko i choć przy stole nie raz o politykę kruszyli kopie, to tu byli zgrani jak nie wiem co.

Jak byłam w ciąży kuzynka podarowała mi wszystko, co miała po swoim synku, bym nie musiała kupować wanienki, kaftaników, body, pajacyków, czapeczek, bluzeczek... 


O jak oddanie. Bez wątpienia tego mnie bliscy nauczyli, gdy należało opiekować się schorowanym dziadkiem, kiedy pojawiały się kolejne dzieci, bo ja i całe kuzynostwo pozakładało rodziny. 

Do dziś pamiętam oddanie mojej babci, która cierpliwie robiła ze mną pierogi, specjalnie dla mnie smażyła pączki bez marmolady, a rano w najtęższy mróz szła po świeże bułeczki, które zjadałam jeszcze w łóżku. 

Dziś, gdy wujek przebywa w izolacji, bo ma koronawirusa, znów rodzina co i rusz podrzuca mu jedzenie i leki. 


D jak dom. Nie musi to być willa ani pałac z basenem. Różnie nam się poukładało. 

To po prostu cztery ściany, w których czuję się bezpieczna i zawsze mile widziana. To ciepła herbata i kawałek ciasta bez rodzynek, bo moi bliscy wiedzą, że ich nie znoszę. To zupa pomidorowa z makaronem i udka pieczone. To uśmiech i troska z zapytaniem - Co u ciebie? To zawsze wolne miejsce przy stole i kąt do spania. To miejsce, gdzie drzwi są zawsze i mogę bez zapowiedzi się pojawić, i zostać, jak długo chcę. 


Z jak zaufanie. Bez wątpienia moim najbliższym mogę zaufać. To do kuzynki jako pierwszej wysłałam zdjęcie testu ciążowego z dwiema kreskami. To rodzina dawała mi wsparcie, gdy poddawałam się długiemu leczeniu i kiedy potrzebowałam pomocy przy opiece nad dzieckiem. Moja  dziewięćdziesięcioletnia babcia ze mną chodziła do łazienki i chciała, bym to ja pomogła jej się umyć. Wszystko było i jest w rodzinie kwestią zaufania. 


I jak indywidualizm. Każdy z nas jest inny, inaczej wygląda, myśli i się zachowuje. Różnimy się, choć jesteśmy mniej lub bardziej podobni. Nauczyliśmy się siebie, chyba już na pamięć i nic nas już nie zdziwi. 


N jak nadzieja. Tak rodzina mi ją daje a ja przekazuję dalej. Nadzieję na lepszy dzień, inne jutro, na kolejny krok, jaki zostanie wykonany. Na zdanie egzaminu, spłatę kredytu, staranie się o dziecko, wyleczenie. Bo nadzieja nie jest matką głupich tylko wytrwałych. 


A jak akceptacja. To w rodzinie szalenie ważne. Czuję się wśród moich bliskich bezpiecznie i pewnie, choć nie jestem idealna, mogę mieć inne poglądy, czegoś nie lubię, a coś uwielbiam. Rodzina mnie nie wyśmieje, nie wytknie palcami. Doradzi, pomoże, wesprze, a jak trzeba to da kopa w tyłek i ustawi do pionu. To rodzina nauczyła mnie fundamentalnych wartości, z nich się wywodzę i nie wstydzę. To rodzina dała mi najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to cała ferajną spędzało się wakacje nad jeziorem, pływało rowerami wodnymi, piekło kiełbaski przy ognisku. Zimą natomiast jeździło na sankach lub łyżwach, wcinało placuszki i ziemniaki z garnka, grało w chińczyka. Nie było luksusów, a mimo to byliśmy szczęśliwi i radośni. Po dzisiejszy dzień wspominamy jak kuzynka wpadła do wanny z karpiem. Gdy ja oszukałam panie w przedszkolu udając gorączkę, a w rzeczywistości mając mokre majtki. Gdy babcia złorzeczyła na dziadka, a on i tak nie reagował, bo był głuchy na jedno ucho (ale co sobie babcia ulżyła to było jej). Gdy wujek zamykał moją mamę (a więc swoją siostrę) w łazience, gdy ta wychodziła do szkoły niespóźniona, a zaspany wujek nie chciał dostać uwagi sam, więc uciekał się do takich sposobów. Gdy moja ciocia w wieku dziesięciu lat zaprowadzała moją mamę do żłobka, bo babcia i dziadek pracowali od szóstej. Gdy rodzeństwo mojej mamy z radości, że babcia wraca z pracy, wyglądało z okna i grało marsz szczęścia na garnkach i patelniach. Gdy ta sama babcia robiła na drutach ubrania nam i naszym lalkom. Mnóstwo mamy takich opowieści, naszych, rodzinnych. 

Niektórych z tych osób już nie ma wśród nas, pusto jest bez nich na tym statku, ale mimo to jakoś płyniemy, choć wiatry i prądy różne. Każdy z nas jest i kapitanem, i majtkiem. Idealnie nie jest, ale przecież najważniejsze jest, że płyniemy rodzinnie i razem. 


KOMPLEMENT

  - Ładna sukienka. - No coś ty, stara. - Ślicznie dziś wyglądasz. - Nie przesadzaj. - Do twarzy ci w tych okularach. - E tam. Zwykłe oksy. ...